Pewnej nocy do schroniska w Morskim Oku dociera przemoczony mężczyzna, blady i przywodzący na myśl upiora. Nie odzywa się, jest zdezorientowany, zdaje się pochodzić z innego świata. Rankiem znika, a w trakcie poszukiwań pracownicy schroniska odnajdują ciało innego turysty w Morskim Oku.
Po Tatrach rozlewa się strach. Góry zaczynają szeptać, że oto pojawił się Topielec – demoniczna istota powstała z potępionej duszy, która wedle starych tatrzańskich legend musi odkupić swoje winy przez siedem lat topienia ofiar.
Gdy Wiktor Forst podejmuje śledztwo, odkrywa, że zmarły turysta kilka dni wcześniej trafił do starej góralki, znawczyni dawnych podań, która przepowiedziała mu śmierć przez utopienie. Szybko okazuje się, że to tylko jedna z niewytłumaczalnych rzeczy, które wiążą się ze sprawą…
gorgan mnie strasznie męczy jako villain, no ale wiadomo, że langer po prostu zawyżył poprzeczkę. poza tym same bangery, może z wyjątkiem ingi i olafa, którzy są stworzeniami mistycznymi, ich wiek jest perfekcyjnie niewyraźny, a w ogóle to wszystkie traumy znoszą świetnie tak długo, jak mogą grać w planszowki.
also sugestia, że chyłka 20 to będzie chyłkaverse avengers assemble? remigiuszu i am seated. wszyscy błagają, żebym przeczytał coś innego autora but i am simply too seated
Niestety był to jeden ze słabszych tomów - pomysłów na fajną książkę było wiele: legendy tatrzańskie, Morskie Oko, Topielec, zagadka, ale gdzieś w tym wirze wszystko się rozmyło. Na domiar złego dwie postaci kobiece mąciły mój czytelniczy spokój i nawet duet Forst-Osica był jakiś taki... bez polotu, niż jak to zwykle bywało. Dobrze było sprawdzić, co u Wiktora, ale coraz mniej zaczyna mi się to wszystko podobać. Dałabym dwie gwiazdki, ale za zaskoczenie na koniec daję jedną wyżej.
„Urwisko” to kolejny tom przygód niezniszczalnego komisarza Forsta. Tym razem historia ma nieco bardziej kameralny charakter, przynajmniej na początku. Wprowadzenie wypada naprawdę dobrze - mamy tajemnicze zabójstwo, mroczne przepowiednie, intrygujące tropy i kilka sprytnych zagrań ze strony Forsta. W drugiej części powieści tempo wyraźnie przyspiesza i książka zamienia się w solidny akcyjniak, który nadal potrafi wciągnąć i dostarczyć rozrywki. Niestety, później pojawiają się problemy. W trzeciej części wraca jedna z najsłabiej wykreowanych postaci w całym cyklu, co wyraźnie obniża poziom i wprowadza niepotrzebną irytację. W tym momencie nawet Langer - ze swoim nieco absurdalnym zwyczajem pojawiania się na miejscu zbrodni z kijkami do nordic walking - wypadał bardziej przekonująco. Finał książki jest już wyraźnie przekombinowany. Zwroty akcji sprawiają wrażenie wymuszonych - ich celem jest raczej zaskoczenie czytelnika niż logiczne rozwinięcie fabuły. Autor zapowiada przy tym zamknięcie historii w kolejnym tomie, choć trudno powiedzieć, czy będzie to „Forst 11”, czy może „Chyłka Szabernaście”. Podsumowując - jest lepiej niż w poprzednich częściach, choć warto zauważyć, że po „Berdzie” poprzeczka była ustawiona dość nisko. Pierwsza połowa to całkiem solidny kryminał, niestety później coraz bardziej ustępujący miejsca mało wiarygodnej sensacji.
WE’RE BACK BITCHES to mi się podobało, i to bardzo. Forst wraca i wciąga tak mocno, jak robił to na początku serii. Czuję się bardzo usatysfakcjonowana tym, co tu przeczytałam.
Forst to bohater, który od pierwszych części sprawił, że chciało się jechać w góry. Niestety 11 tom mnie wynudził. Ile razy można uratować się spod gilotyny w ostatniej sekundzie… Oby Konfiguracja zakończyła zmagania komisarza bo obawiam się, że Forst stanie się jak odgrzewany kotlet niczym Chyłka.
Książki Remka albo się kocha bezkrytycznie albo dopatruje różnych nieścisłości, grafomani i jeszcze innych dziwnych rzeczy. Ja należę do pierwszej kategorii. Każda z nich ( mam na myśli książki) wciąga, łapie w szpony i nie wypuszcza przed końcem. A i to jak w coraz większym stopniu bohaterowie różnych serii pojawiają się w innych..... :) Cymesik.
Not gonna lie, lubię się czasem móc pojechać po złych książkach (kto nie lubi?), dlatego po 11. tom Forsta sięgnąłem motywowany wielką nostalgią i sentymentem do tej serii, na dodatek z wyczekiwaniem na coś szalenie polaryzującego. Efekt jest jednak niestety taki, że ten tom był tak sztampowy i nieodkrywczy, że nie mam w sobie wiele szczególnych słów, aby móc go skrytykować czy nie daj Boże pochwalić. Niektóre rzeczy są w tej serii stałe i niezmienne: nieśmiertelność Wiktora Forsta, upiorna górska atmosfera wszechobecnego mordu, wiek dzieci Dominiki, brak jakiejkolwiek konsekwencji fabularnej i efektu świeżości.
Urwisko to w zasadzie jedna z najbardziej klasycznych powieści z tego cyklu. Czemuż klasycznych? Ano dlatego, że nie mamy tutaj tym razem niczego, co by szczególnie czytelnika mogło szczególnie zaskoczyć. Po lekturze dziesięciu tomów, doskonale wiemy, co dostaniemy i surprise, surprise, gdybyście wykonali bingo przed lekturą, to moglibyście odhaczyć w sumie wszystkie najbardziej typowe Mrozowe zagrywki dla Forsta. Lektura jedenastej odsłony skłoniła mnie do rozkminy - jakim cudem Chyłka, która też jest tasiemcem przeokrutnym wypada w zestawieniu z Forstem mimo wszystko znacznie korzystniej? Bardzo prawdopodobne, że sądowy koncept pozwala na nieco więcej realizmu i elementowi świeżości, ale niestety, Tatry zdają się już same siebie zjadać i zapętlać. Ileż można temu komisarzowi stawiać kłód pod nogi, ileż razy można go (lub kogoś innego!) zrzucić z wysokości, postrzelić, krzywdę zrobić na wielorakie sposoby? I teraz pytanie, które trzeba sobie zadać myśląc o tej serii - co tak naprawdę byłoby lepszym rozwiązaniem, wymyślenie nowego konceptu, wprowadzeniu może jakichś nowych pierwszoplanowych bohaterów, którzy by nieco ożywili całą serię czy brnięcie utartym i doskonale znanym już przez fanów schematem?
Bardzo życzyłbym sobie, aby rozwiązanie, które zastosowano w końcówce (o którym przy okazji któregoś z poprzednich tomów wspominałem, że jest to szalenie dobry kierunek) odświeżyło tę serię, może nadało jej nieco innego kierunku, bo żal mi tego Forsta, że to wszystko takie na jedno kopyto pisane. Już pal licho te zagadki kryminalne, bowiem z tomu na tom bywają coraz mniej angażujące, ale chciałbym, aby Mróz się na moment zatrzymał i wtłoczył w tę serię troszeczkę więcej życia i realizmu, bo od 10 lat stoimy w tym samym miejscu.
I w sumie - mam nawet kilka sugestii:
Podsumowując: marzy mi się chwila przerwy dla tej serii, aby móc wrócić z przytupem i z potrzebnym tu szalenie przeskokiem czasowym, który na ten sztampowy, na ten moment przynajmniej, cykl rzuciłby nowe światło.
+1 za Tatry, to zawsze będzie dodatkowo punktowane. Poza tym nic nowego, czyta się lekko, taki fastfood literatury. Przewidywalne, a im bliżej końca tym większe znużenie.
O Boże. Znowu pochłonięta połowa na raz. Najgorsza w tym wszystkim była chyba świadomość że znowu rok czekania na kolejną część przede mną i będę wymyślać milion alternatywnych scenariuszy przez ten czas. I jeszcze drobna uwaga - jak gdzieś kolejny raz przeczytam że dalsze losy w "Konfrontacji" to oszaleje. Ta premiera powinna już być ogłoszona
3/5 Stęskniłam się za Forstem, Dominiką i Osicą, więc sięgałam po tę książkę z radością, ale muszę przyznać, że się zawiodłam. Wszystko jest dla mnie już za bardzo przekombinowane. Wiele wybaczam Mrozowi, wiele akceptuje (umówmy się, że Forst już dawno powinien nie żyć, gdyby książki z tej serii respektowały prawa fizyki), przyjęłam z rozbawieniem to, że Dominika przeżyła i konspirowała, choć było to absurdalne, ale powoli mam dość. Wolałabym poczytać o czymś nowym, nowy seryjniak w Tatrach, albo nawet w Krakowie, na którego tropie jest Forst, a nie mielić w kółko tych samych motywów. Cieszyłam się na jakąś nowość, ale kiedy jak zwykle sprowadziło się to do starych demonów i Gorgana, który z więzienia dyryguje płatnym zabójcą, to ręce mi opadły. Wiem, że realnie rzeczywiście powiązania, jakie łączą Wiktora, Dominikę, Edmunda i Olgę z Wyszogrodzkim powinny powrócić i przysporzyć im kłopotów, ale Mróz już tyle razy udowadniał, że nic sobie nie robi z praw fizyki i ciągu przyczynowo-skutkowego, że można sobie było to darować i ruszyć naprzód. Chciałabym poczytać o rozwoju relacji Wiktora i Dominiki i o wspólnym rozwiązywaniu zagadek. Równie mocno nie podoba mi się to, że zarówno seria z Langerem, jak i seria z Forstem spotkają się w spólnej kontynuacji (podobna adnotacja pewnie znajdzie się w 20. części Chyłki, która już za pasem). Na marginesie, Dominika i Wiktor dostali białej gorączki, gdy dowiedzieli się, że Nemrod rozmawiał z dziećmi pod szkołą (oczywiście zrozumiałe), ale zupełnie nie przejmowali się dziećmi przez całą książkę. Biegali wesoło po górach i okolicy, a kto w tym czasie zajmował się dziećmi, kto pilnował, żeby nie stała im się krzywda? Siedziały w szkole od rana do nocy, czy chcemy udawać, że wcale nie minęło aż tyle czasu, żebyśmy musieli się martwić dziećmi? Mam wrażenie, że to jedna z gorszych powieści Mroza, które czytałam. Na pewno nie przystaje do świetnej serii z Komisarzem (która też miała swoje potknięcia, ale co do zasady ją uwielbiam). Podsumowując: zawiodłam się, ale mimo to czytało mi się szybko i sprawnie, bo po prostu lubię tych bohaterów i ten styl. Zakończenie oczywiście równie wkurzające i rozczarowujące. Liczę, że Konfrontacja mnie pozytywnie zaskoczy, ale póki co się nie zapowiada:( Naprawdę, historia z Topielcem i zagadką sprzed 20 lat miała ogromny potencjał (swoją drogą śmierć Jagny została wyjaśniona w dwóch zdaniach przez Malma, co było bardzo słabe), ale została skopana na rzecz odgrzewania tego samego koleta. Mimo to, daję 3/5 z sentymentu i liczę na poprawę.
This entire review has been hidden because of spoilers.
[SPOILERY!] Paradoks nowego złoczyńcy, czyli inflacja grozy u Mroza Czytając (a właściwie słuchając) Urwisko, odniosłem nieodparte wrażenie, że autorowi w procesie wydawniczym zgubiło się pół książki albo co najmniej dwa tomy porządnego budowania historii. Mamy tu bowiem do czynienia z tak potężnym pójściem na skróty scenariuszowe, że aż zęby bolą. Przez kilkanaście ostatnich tomów Remigiusz Mróz z pietyzmem i mozołem kreował postacie Bestii z Giewontu, Malma, a w końcu Iwo Eliasza. Ten ostatni dostał genialny, wieloodcinkowy build-up: psychopatyczny świr, który potrafił zbudować wokół siebie sektę, precyzyjnie planować intrygi, porwać dziennikarkę i tak skutecznie wyprać jej mózg, że przez dwa tomy stała po jego stronie. Mało tego – w finale Arachni (czyli w bezpośrednio sąsiadującym tomie z innej serii!) autor serwuje nam regularny zlot superzłoczyńców w celi (Langer, Ozyrys, Malm, Kabalista), gdzie wszyscy jak jeden mąż potulnie przytakują, że to właśnie Eliasz jest najpotężniejszym i najbardziej bezwzględnym graczem w całym tym uniwersum. I co robi Mróz w Urwisku? Wrzuca nowego antagonistę, który na przestrzeni zaledwie kilkunastu stron topi dwóch turystów w górskich jeziorach. I to dosłownie wystarczy. To jest cały jego dotychczasowy dorobek. Tymczasem Forst i jego ekipa – ludzie, którzy przeżyli piekło, tortury, psychologiczne gierki i dekadę rzezi fundowaną przez poprzednich psychopatów – nagle dostają zbiorowej demencji. Z miejsca zapominają, z jakiego kalibru potworami mierzyli się do tej pory, zaczynają trząść portkami i z absolutną, niezbitą pewnością autorytatywnie ogłaszają, że ten nowy „Topielec” to wyrachowany profesjonalista, przy którym Eliasz to właściwie amator. To jest podręcznikowy przykład najgorszej rzemieślniczo zasady: „mów, zamiast pokazywać” (tell, don't show). Autorowi nie chciało się (albo z braku czasu nie mogło) organicznie napisać groźnego przeciwnika. Zamiast tego wolał włożyć w usta bohaterów gotową tezę: „Bójcie się go, bo jest najstraszniejszy”, licząc na to, że czytelnik bezkrytycznie to kupi. Fabuła ucierpiała przez to potwornie. I choć samo Urwisko wypada technicznie zauważalnie lepiej niż katastrofalna Arachnia, to to sztuczne, ordynarne pompowanie balonika grozy odbiera jakąkolwiek przyjemność z lektury. Kończ waść, panie Mróz, i zacznij szanować ciągłość własnego świata.
This entire review has been hidden because of spoilers.
Choć od górskich wędrówek mi daleko, to z Forstem i ferajną każda wyprawa jest niezłą przygodą. Z tego miejsca muszę dodać, że wszystkie kąśliwe dialogi Wiktora i Osicy to jest po prostu złoto. Czy wolałabym dostać lżejszą historię, w której nie muszę co kilka stron martwić się o to, że zaraz stracę któregoś z ulubionych bohaterów? Oczywiście że... to zależy. Tak, bo jednak ciągnie gdzieś do szczęśliwych zakończeń i utrzymania poczucia, że już wszystko dobrze i największe wyzwanie to wybór planszówki na dany dzień. Nie, bo wejście między strony powieści nabiera kolorów, gdy ciągle coś się dzieje. A finalnie im więcej zwrotów akcji i zaskoczeń, tym lepiej. Wyczekuję kolejnego tomu i chociaż zapowiedź brzmi nieco jak nadchodzące pożegnanie, jestem przekonana, że do ostatniej kropki jeszcze wiele się wydarzy.
Bardzo podobał mi się akcent mityczny dotyczący "tatrzańskiego topielca". Dodało to powieści niepokojący charakter i mam wrażenie, trochę zneutralizował zapędy autora na robienie z Forsta superbohatera.
No i kończy się tak, że nic tylko przebierać nogami w oczekawaniu na kontynuację. Na szczęście Mróz podpisał jakiś pakt z diabłem, który pozwala mu pisać książki szybciej, niż czytelnik je czyta, więc długo czekać raczej nie trzeba będzie.
Ja: sięgam po inną książkę Mroza, żeby odpocząć od Chyłki. Bohaterowie: o nie, trzeba zadzwonić po mecenas Joannę Chył... Ja: japierdole
Sama w sobie książka naprawdę przyjemna, fabuła zajmująca, bohaterowie też bardzo realistyczni- inspektor Osica to moje alter ego. Obcinam jedną gwiazdkę za kiepski cliff hanger na końcu, no i tą Chyłkę. Wiem, że uniwersa są luźno połączone, ale no naprawdę.
Jestem zawziętą czytelniczką Remigiusza i z uradowaniem czytałam tą kontynuację przygód Forsta. Nawet gdy w czasie czytania widziałam inną, lepszą opcję rozwinięcia akcji, Remigiusz po chwili pisał tak, że jedynie karciłam siebie.
Mróz w formie, chyba najlepszy tom z Forstem od czasów "Widma Brockenu" albo nawet "Przepaści", wracamy trochę do korzeni, jest mniej przerysowania a więcej kryminalnej roboty. Tak trzymać - czekam na Avengersowe endgame w "Konfrontacji".