Na osiedlu, gdzie wszyscy wszystko o sobie wiedzą… ktoś w końcu wiedział za dużo.
Pewnego ranka mieszkańcy znajdują ciało prezesa spółdzielni – człowieka, który zdążył poróżnić się z każdym. Przy nim leży teczka z pozornie przypadkowymi przedmiotami. Każdy przedmiot ma właściciela. Każdy – swoją historię.
I każdy może stać się dowodem przestępstwa.
Gdy policja zaczyna zadawać pytania, atmosfera na osiedlu robi się niepokojąca. Bo choć wielu miało powód, by prezesa nie lubić… to jedno jest pewne – ktoś dał upust swojej nienawiści.
Na prośbę starszej sąsiadki w sprawę angażuje się Hania – nastolatka, która zamiast szukać winnego, próbuje udowodnić, że wszyscy są niewinni.
Tylko czy to w ogóle możliwe?
Bo w miejscu, gdzie rzeczy znikają bez śladu, a tajemnice latami leżą za ścianą, prawda rzadko jest tym, czym się wydaje.
A ktoś na tym osiedlu bardzo chce, żeby nigdy nie wyszła na jaw.
Bezpretensjonalny humor autora i lekko absurdalny klimat tej historii zachwycą fanów komedii kryminalnych oraz wszystkich czytelników, którzy lubią, gdy pod uśmiechem kryje się naprawdę dobra, wciągająca intryga.
Komedie kryminalne mają w sobie coś niezwykle przyjemnego. Z jednej strony dostajemy zagadkę do rozwiązania i zbrodnię, z drugiej humor, który rozładowuje napięcie i sprawia, że lektura staje się czystą rozrywką. A Śmierć na osiedlu Marcina B. Łukasiewicza bardzo dobrze wpisuje się w ten schemat. Punktem wyjścia jest odkrycie ciała znienawidzonego prezesa spółdzielni mieszkaniowej. Nietrudno się domyślić, że lista osób, które mogły życzyć mu źle, jest wyjątkowo długa, bo ten osobnik wielu ludziom krwi napsuł. Wraz z kolejnymi rozdziałami poznajemy mieszkańców osiedla, ich wzajemne relacje, dawne konflikty i skrywane tajemnice. W samym centrum wydarzeń znajduje się nastoletnia Hania - prowadząca własne śledztwo, a czytelnik razem z nią próbuje oddzielić plotki od faktów i znaleźć odpowiedź na pytanie: kto zabił? I właśnie ten kryminalny aspekt książki podobał mi się najbardziej. Autor umiejętnie podrzuca tropy i myli ścieżki, dzięki czemu długo nie byłam pewna, kto stoi za zbrodnią. Lubię kryminały, które nie prowadzą czytelnika za rękę, tylko pozwalają samemu analizować motywy i podejrzanych, a tutaj właśnie tak było. Rozwiązywanie zagadki sprawiło mi naprawdę sporo frajdy. Nie zabrakło również humoru. Były momenty, kiedy autentycznie prychałam śmiechem, bo niektóre dialogi i sytuacje wypadają naprawdę zabawnie. Nieporadna policja, rezolutna nastolatka, wszystko wiedzące starsze panie obserwujące świat zza firanki i jeden wyjątkowo antypatyczny bohater, którego - mówiąc pół żartem - aż dziw bierze, że wcześniej nikt nie postanowił „usunąć” z osiedla, tworzą całkiem udaną mieszankę. Ale jednocześnie miewałam wrażenie, że książce momentami brakuje umiaru. Chwilami było tego wszystkiego po prostu zbyt dużo. Dialogi i opisy potrafiły się przeciągać, a niektóre sceny wydawały mi się przegadane. Zdarzały się fragmenty, podczas których tempo wyraźnie zwalniało i zamiast z zaciekawieniem przewracać kolejne strony, łapałam się na tym, że zaczynam się trochę nudzić. Największym zgrzytem okazało się jednak dla mnie samo miejsce akcji. Osiedle Marcina B. Łukasiewicza funkcjonuje z mentalnością małej, hermetycznej wioski, gdzie wszyscy wiedzą o wszystkich absolutnie wszystko. Kto na co choruje, jak mają na imię cudze wnuki, który sąsiad potrącił psa w 1979 roku, czyj syn tak naprawdę nie jest synem, jakie odmiany ziemniaków kto preferuje na zimę. To oczywiście celowy zabieg - taka wszechwiedza sąsiedzka jest paliwem całej fabuły. Problem polega na tym, że dla czytelnika, który nigdy czegoś takiego nie doświadczył, ta wszechwiedzą jest trudna do przełknięcia jako wiarygodna rzeczywistość. Wystarczy zadać sobie szczere pytanie: co tak naprawdę wiemy o naszych sąsiadach? Imię? Twarz? Może nazwisko, jeśli sprawdziliśmy domofon? Skonfrontowanie tej codziennej anonimowości z osiedlową wszechwiedzą z powieści daje efekt lekkiego dysonansu, który trudno wyłączyć i który co jakiś czas przypomina o sobie. Być może takie miejsca rzeczywiście istnieją. Ja jednak nigdy się z czymś takim nie spotkałam i może właśnie dlatego przez całą lekturę miałam poczucie pewnej sztuczności. Ta osiedlowa wszechwiedza nieustannie kołatała mi z tyłu głowy i nie pozwalała do końca uwierzyć w przedstawioną rzeczywistość. Podsumowując: Mimo tych drobnych zastrzeżeń Śmierć na osiedlu okazała się całkiem przyjemną lekturą. To książka, która nie aspiruje do miana mrocznego kryminału. Jej zadaniem jest przede wszystkim bawić i dostarczyć czytelnikowi kilku godzin lekkiej rozrywki. I z tego zadania wywiązuje się naprawdę dobrze. Autor ma oko do absurdu osiedlowego życia i potrafi go opisać z czułym przymrużeniem oka. Mechanizmy relacji sąsiedzkich, subtelna hierarchia spółdzielnianych sporów, granica między winą a podejrzeniem - to wszystko obserwacje trafne i z humorem. Śmierć na osiedlu to solidna, miejscami błyskotliwa komedia kryminalna, która ma dobry pomysł, sympatycznych bohaterów i zagadkę, przy której czytelnik naprawdę się angażuje. Jeśli lubicie komedie kryminalne z sąsiedzkimi konfliktami i brudnymi sekrecikami, warto dać tej książce szansę. A nuż okaże się, że na waszym osiedlu też mieszka ktoś, kto wie o wszystkich zdecydowanie za dużo. Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Flow #współpracarecenzencka #współpracabarterowa #współpracareklamowa
Było warto” – to ostatnie słowa bohaterki tej książki i uznałam, że będą one również idealnie pasować jako początek mojej recenzji. Bo naprawdę było warto przeczytać tę historię! Nie sądziłam, że koniec aż tak mnie zaskoczy. Kompletnie się tego nie spodziewałam – ani razu moje przypuszczenia nie poszły w tym kierunku! 🤯 Oczywiście nic Wam tutaj nie zdradzę, taki spoiler od razu skreśliłby całą przyjemność z czytania tego kryminału. 😉 Więc jak kryminał, to trup, a jak trup – to zagadka do rozwiązania. 🔎 A wszystko zaczęło się od tego, że mieszkańcy osiedla znajdują na jednej z ławek martwego prezesa spółdzielni mieszkaniowej, Zygmunta Braniewskiego. Dodam tylko, że był to prezes powszechnie... znienawidzony. Doskonale wiedział, jak uprzykrzyć ludziom życie i zdawało się, że świetnie się przy tym bawi. To automatycznie rzuca cień podejrzeń na każdego, bo każdy miał jakiś powód, żeby się pana Zygmunta pozbyć. Równocześnie z oficjalnym śledztwem policji, swoje małe dochodzenie podejmuje jedna z lokatorek – starsza pani Ewa, która prosi o pomoc swoją 17-letnią sąsiadkę, Hanię. Kobiety, zamiast szukać mordercy, próbują rozwiązać tę zagadkę, udowadniając... kto jest w tej sprawie niewinny. Ciekawe, prawda? I muszę przyznać, że są w tym całkiem dobre! Ale czy to na pewno było morderstwo, czy może nieszczęśliwy wypadek? Prezes był w podeszłym wieku, więc może odszedł z przyczyn naturalnych? Czy macie już ochotę to sprawdzić? 🕵️♀️ Akcja historii toczy się na klasycznym blokowisku, przez co książka jeszcze bardziej mnie zaintrygowała. Momentami miałam wrażenie, że czytam o czymś, co dzieje się na moim własnym osiedlu (bo tak się składa, że też w takim miejscu mieszkam). 😉
Opis spółdzielni mieszkaniowej, jej pracowników i ich podejścia do pracy to był dla mnie absolutny hit! Autor idealnie to uchwycił. Oczywiście nie mogę pominąć zachowania samych lokatorów: plotki, ploteczki i ten przerażający fakt, że wszyscy o wszystkich wiedzą prawie wszystko. 🤫 Każdy bohater jest wspaniale wykreowany. Te rozmowy między nimi, zaczepne odzywki i wścibskość... Od razu przypomniało mi się, jak pod moim oknem (bo niestety tak postawili ławkę) siedzi grono starszych pań, potocznie nazywane osiedlowym monitoringiem. Bez żadnej krępacji opowiadają o kimś, używając imion, nazwisk, a czasem nawet numeru klatki i mieszkania! 🫣🤣 Kto mieszka w bloku, ten doskonale wie, o czym mowa.
Humor tej książki idealnie trafił w mój gust, a sytuacje były jak z życia wzięte. Dzięki temu całość czytało się z wielką przyjemnością i zaciekawieniem. Była to moja pierwsza przygoda z twórczością autora i po tej lekturze już wiem, że na pewno nie ostatnia! 📚
Jeśli myślicie, że największe dramy dzieją się w romansach, to najwyraźniej nigdy nie byliście na zebraniu wspólnoty mieszkaniowej.
🔎 O CO CHODZI
Na osiedlu zostaje zamordowany prezes spółdzielni. Problem? Nikt specjalnie nie płacze, a lista podejrzanych spokojnie mogłaby konkurować z listą mieszkańców bloku.
W sprawę angażuje się Hania, która na zlecenie pani Ewy prowadzi własne śledztwo. Tyle że tu każdy coś widział, każdy coś słyszał i każdy ma teorię. Efekt? Dotarcie do prawdy jest trudniejsze niż znalezienie wolnego miejsca parkingowego pod blokiem.
👥 BOHATEROWIE
Hania: Nasza główna śledcza z przypadku. Bystra, rzucona na głęboką wodę przez panią Ewę, musi lawirować między plotkami a faktami
Trio z policji – oficjalnie prowadzą śledztwo. Nieoficjalnie jeden z nich, młody funkcjonariusz, ogarnia sprawę mniej więcej jak instrukcja z Ikei bez obrazków.
Mieszkańcy osiedla – i tu zaczyna się najlepsza zabawa. Plotkarze, wszystkowiedzące sąsiadki, lokalni eksperci od wszystkiego i ludzie, którzy przypadkiem wiedzą zdecydowanie za dużo. To oni kradną show.
🎭 KLIMAT & EMOCJE
Najmocniejszy punkt tej książki to jej znajomość życia. Każdy znajdzie tu typy z własnej klatki schodowej: sąsiada, który zawsze ma opinię, i panią, która wie wszystko lepiej niż google.
Autor z humorem pokazuje małe społeczności, gdzie plotka działa szybciej niż światłowód, a cudze życie jest sportem narodowym. To miks kryminału, satyry i bardzo celnych obserwacji codzienności.
🎯 DLA KOGO
Dla każdego, kto mieszkał w bloku i miał "tego" sąsiada. Idealne też dla fanów lekkich kryminałów i obyczajówek z przymrużeniem oka.
⭐ WERDYKT
Ta książka to jak podglądanie sąsiadów przez judasz, ale całkowicie legalne i z dużą dawką humoru! Łukasiewicz napisał świetny, lekki kryminał, który kupuje czytelnika swoją autentycznością. Czyta się samo, głównie dzięki postaciom, w których bez problemu odnajdziesz kogoś ze swojego otoczenia. Idealna, niezobowiązująca lektura, która bawi i idealnie punktuje ludzkie dziwactwa.
Pewnego dnia pod jednym z bloków zostaje znaleziony znienawidzony przez mieszkańców prezes spółdzielni, pan Baranowski. Czy to był nieszczęśliwy wypadek, czy ktoś pomógł mu odejść z tego świata? Tajemniczości całej sprawie dodaje odnaleziona obok teczka pełna przedmiotów należących do różnych mieszkańców. Każdy z nich prowadzi do kolejnych sekretów, a lista osób, które miały powód, by nie darzyć prezesa sympatią jest naprawdę długa.
Śledztwo prowadzą policjanci, którym zdecydowanie bliżej do sympatycznych pechowców niż wybitnych śledczych. Na szczęście jest jeszcze Hania -bystra, spostrzegawcza, niemal osiemnastoletnia dziewczyna, która postanawia odkryć prawdę i udowodnić niewinność mieszkańców.
Największą siłą tej książki są jednak bohaterowie i relacje między nimi. Drobne złośliwości, sąsiedzkie konflikty, wzajemne sympatie i antypatie oraz wszechobecne plotki tworzą klimat, który momentami wydaje się zaskakująco znajomy. Autor świetnie uchwycił nasze codzienne przywary skłonność do oceniania po pozorach, przypinania ludziom łatek i wyciągania zbyt szybkich wniosków.
Intryga jest dobrze poprowadzona, kolejne tropy skutecznie podsycają ciekawość, a humor pojawia się w odpowiednich momentach i sprawia, że ta historia naprawdę potrafi poprawić nastrój. To komedia kryminalna, przy której można się zrelaksować, ale jednocześnie z zaangażowaniem próbować rozwikłać zagadkę.
„Śmierć na osiedlu” nie jest książką, która stawia przede wszystkim na skomplikowaną zagadkę kryminalną czy budowanie napięcia. To przede wszystkim lekka, humorystyczna opowieść o ludziach, ich przywarach, konfliktach i codziennych relacjach. Największą przyjemność sprawia obserwowanie bohaterów i ich wzajemnych interakcji, a nie samo poszukiwanie odpowiedzi na pytanie, co tak naprawdę się wydarzyło.
Dla mnie była to przede wszystkim bardzo przyjemna rozrywka. To książka, którą czyta się szybko i z uśmiechem, idealna na kilka letnich wieczorów lub jeden wolny dzień. Nie jest to historia, do której prawdopodobnie będę wracać wielokrotnie, ale bez wątpienia spełniła swoje zadanie, dostarczając wielu zabawnych momentów i pozwalając na chwilę oderwać się od codzienności. Jeśli lubicie komedie kryminalne, w których równie ważna jak zagadka jest cała grupa barwnych bohaterów, „Śmierć na osiedlu” może okazać się bardzo udanym wyborem.
Kiedy razem z książką dostajesz zabawnie napisane akta sprawy to od razu wiesz, że ten klimat cię wciągnie.Kto nie lubi rozwiązywania zagadek kryminalnych z humorem.
Jedno niby zwykłe osiedle, trup, który naraził się większości mieszkańców i cudowny przekrój bardzo charakterystycznych bohaterów. To brzmi naprawdę dobrze, dodajmy tylko jeszcze kilku nieudolnych policjantów (w tym jednego bardzo),teczkę pełną skradzionych przedmiotów i chupacabrę.
Największym atutem tej książki są bohaterowie i osiedlowy klimat. Plotki, sąsiedzkie konflikty, drobne złośliwości i absurdalne sytuacje sprawiają, że momentami trudno powstrzymać uśmiech.
Jeśli lubicie kryminały z przymrużeniem oka, wyraziste postacie i historie, które czyta się lekko to zdecydowanie warto sięgnąć po tę książkę. Dodam tylko na plus, że zakończenie mnie zaskoczyło.
Przez większą część książki można odnieść wrażenie, że jej głównym celem jest humorystyczne ukazanie atmosfery osiedla, opis jego ekscentrycznych mieszkańców oraz relacji, jakie między nimi panują. Tymczasem zakończenie okazuje się znacznie bardziej przewrotne i nadaje całości zupełnie nowy sens.