„Rivers of Babylon” to kultowała słowacka książka z lat 90-tych, omawiana nawet w ramach przygotowania do matury. I ja się wcale nie dziwię, bo to coś świetnego! W warstwie zewnętrznej to pełna satyry powieść przygodowa dla dorosłych, a jak sie zacznie grzebać głębiej to znakomity komentarz do Czechosłowacji czasu przemian i wkraczającego kapitalizmu.
Prymityw Rácz ze słowackiej wsi wyrusza za pieniędzmi do wielkiego miasta. Przypadkowo zostaje palaczem w kotłowni hotelu Ambassador, a że nie bardzo ma ochotę na ciężką pracę i wkurza go rozkazywanie Dyrektora to zakręca kurki i zabiera ogrzewanie nie tylko hotelowi, ale okolicznych sklepów i lokali. Wystarczyło zabranie ludziom ciepła, by jedli mu z ręki i zrobili dla niego wszystko. Tak oto bardzo szybko Rácz przejmuje władzę w hotelu, w dodatku staje się królem cinkciarzy i terroryzuje całą okolicę.
To bardzo męska książka i używam tego stwierdzenia celowo, choć sama takich podziałów nie lubię. Ale to, że jest męska, nie oznacza, że jest przeznaczona tylko dla mężczyzn, mam na myśli bardziej, że to meżczyźni grają w tej książce pierwsze skrzypce, a kobiety są bohaterkami pobocznymi. Można jednak napisać książke męską i gangsterstką, w której nie brak seksizmu , ale w której to wszystko klika i składa sie w całość. Można też stworzyć antybohatera, który jest chamem i prostakiem, ale zrobić to tak, że nie czuje się niesmaku. Zresztą wszyscy bohaterowie są tu anty - ale przy tym są barwnymi dziwakami.
Sporo tu surrealizmu i satyry, dzieją się rzeczy niemożliwe i wyolbrzymione, trochę jak u Pielewina, a czytając tę łotrzykowską historię bawiłam się wybornie.