Po ucieczce z wyspy Sierra i Lana trafiają do niezwykłej kolonii ukrytej pod powierzchnią oceanu. Dla dziewczyn wszystko jest tu nowe – ludzie, zasady i technologia, o której w ich wiosce dawno zapomniano. A choć znalazły schronienie, nie mogą być jednak pewne, czy naprawdę są bezpieczne. Mieszkańcy Odnovy pozostają w napiętych relacjach z inną frakcją i jednocześnie szukają na kontynencie terenu, który nadawałby się do życia mimo skażenia. Wśród nowych ludzi i wyzwań Sierra próbuje znaleźć dla siebie miejsce, ale musi zmierzyć się z własnymi demonami oraz konsekwencjami decyzji, którą podjęła. Zmutowane stworzenia, nieznane tereny i ruiny dawnej cywilizacji przypominają, jak niebezpieczny i nieprzewidywalny stał się świat poza wyspą. Czy Sierra odkryje, co naprawdę doprowadziło do upadku dawnego świata i jaką tajemnicę skrywają szamanki?
Jak zwykle w takim wypadku, na wstępie zaznaczam, że recenzja przeznaczona jest dla czytelników, nie dla autorów.
W zeszłym roku „Serce pochowane na drzewie” okazało się jedną z gorszych książek, jakie przeczytałam. Dlaczego sięgnęłam więc po drugi tom? Po pierwsze, chciałam sprawdzić, czy miała miejsce jakaś poprawa. Po drugie, byłam w sumie ciekawa, w jaki sposób poprowadzona zostanie dalej fabuła. Niestety, poprawy nie stwierdzono. Obawiam się, że „Serce spowite mrokiem” jest pod wieloma względami gorsze od pierwszego tomu. A to – cóż, spore dokonanie. Zaczynając jednak od pozytywnych stron, w przeciwieństwie do pierwszego tomu, ten posiada fabułę i akcję, coś się faktycznie w nim dzieje. Teraz, obawiam się, muszę przejść do negatywów. Część z nich stanowi dziedzictwo pierwszego tomu, nie będę się więc nad nimi rozwodzić, wciąż jednak bardzo nie podoba mi się przedstawienie mieszkańców wyspy Sierry jako zacofanych barbarzyńców (w tym tomie Sierra odkrywa literaturę i zachwyca się, że po raz pierwszy ma do czynienia z opowieściami – czy jej plemię doprawdy nie ma żadnej tradycji historii oralnych?). Język nie zmienił się na lepsze, wciąż jest poprawny, ale nie mogę z czystym sumieniem nazwać go literackim. Narracja nie ma żadnego wyczucia rejestrów językowych, czy też stylizacji, nie mówiąc już o rozróżnieniu sposobów, w jaki wyrażają się poszczególnie postaci (wyjątkiem jest tu Lana, która wyraża się w sposób odstręczająco wulgarny, co nie dość, iż pozostawia po sobie negatywne wrażenie, to jeszcze nie ma sensu, społeczność ich plemienia nie jest na tyle duża, aby uzasadnić to, dlaczego język Lany tak bardzo różni się od języka Sierry, nie wykształciłyby raczej tak odmiennych idiolektów; rozsądniej by było zróżnicować to, jak mówią one względem tego, jak wyrażają się ludzie z Odnovy). Świat przedstawiony rozszerzył się znacznie – nie jesteśmy już na tej samej wyspie, odwiedzamy podwodną kolonię Odnovy, a także postapokaliptyczne ruiny Luizjany (oczywiście, z epizodycznym, ale mocno przerysowanym przedstawieniem voodoo). Niestety, wciąż brakuje mu klimatu, czy też jakichkolwiek interesujących elementów, które nie byłyby jedynie powierzchowną kalką innych opowieści czy znanych motywów gatunkowych. Same wielkie pająki nie czynią wiosny. Odnova przywodzi na myśl Dystrykt Trzynasty z trzeciego tomu „Igrzysk śmierci” – w zamyśle jest to ściśle utylitarne i autorytarne społeczeństwo o sztywnych regułach, niezbędnych do przetrwania. Tutaj też nie zostało wniesione nic, co ożywiłoby ten koncept albo tchnęłoby w niego oryginalność. Nie wszystkie elementy się również zgadzają. Dowiadujemy się, że ze względu na ryzyko przeludnienia, aby posiadać dziecko, trzeba otrzymać przydziałowe pozwolenie – widzimy, jak kobieta, która nielegalnie zaszła w ciążę zostaje skazana na ciężkie roboty. Jednocześnie jednak, Reed wraz ze swoją byłą małżonką zaliczyli wpadkę, której efektem jest jego córka, najwyraźniej bez żadnych konsekwencji. Zupełnie jakby autorka nie połączyła tych dwóch wymyślonych przez siebie faktów. Jeśli chodzi o postaci, w porównaniu do pierwszego tomu mamy tu znacznie większą obsadę – niestety, nie przekłada się to na jakość. Postaci poboczne nie są postaciami, a jedynie tekturowymi atrapami, NPC-ami z imionami, którzy pojawiają się co jakiś czas, często tylko na jedną scenę, odbębniają swoją rolę i znikają. Tak jest z byłą żoną Reeda (która pojawia się po to, żeby być karykaturą zazdrosnej ex), z córką Reeda (która pojawia się, aby być stereotypem słodkiego dziecka), z członkami Rady Odnovy (którzy są źli i Sierra im nie ufa). Jedyną nową postacią, która pojawia się częściej i ma jakiś charakter jest Nick Song, jednak jest go za mało i zaczątki jego osobowości są zbyt mało rozwinięte, aby można było to docenić. Jeśli więc chodzi o postaci, tak właściwie cokolwiek można powiedzieć tylko o głównej trójce – Sierrze, Lanie i Reedzie. Niestety, nie można powiedzieć o nich wiele dobrego. Sierra to wciąż Sierra. Jest wciąż irytującą postacią, której narracja nie pozwala popełniać żadnych błędów. W tym tomie, zajmuje się głównie trzema rzeczami – byciem smutną (o czym napiszę więcej trochę dalej), romansowaniem z Reedem i odkrywaniem swoich mocy. Mam wrażenie jednak, że największym problemem ze Sierrą w tym tomie jest to, iż przestaje być własną postacią – a staje się Aloy z przeceny. Aloy – to główna bohaterka gry Horizon Zero Dawn, która jak przyznaje autorka stanowiła jedną z głównych inspiracji powieści. Osobiście nie grałam w nią, ale moja przyjaciółka jest jej wielką miłośniczką i dużo mi opowiadała, widać więc wyraźnie, iż niestety, w wielu aspektach przekroczona została ta cienka granica między inspiracją a cichym plagiatem. Sierra, podobnie jak Aloy, odkrywa w sobie moce, jest wyjątkowa i najwyraźniej, również jest tak naprawdę znalezionym podrzutkiem niewiadomego pochodzenia. W efekcie, bardziej niż oryginalną postać, przypomina dziwną amalgamację Aloy, disneyowskiej Pocahontas i autorskiego self-insertu. Lana, która w poprzednim tomie była czymś zbliżonym do interesującej postaci, w tym tomie niestety traci to zaszczytne miano. Ze względu na to, iż otrzymała własną perspektywę, a język i styl powieści nie pozwalają odróżnić głosów narracji różnych postaci, staje się podobna do Sierry – jedynie bardziej wulgarna, ostrzejsza w stylu bycia i trochę bardziej aktywna w działaniach. W kilku momentach Lana deklaruje w duchu, iż stanie się cieniem Sierry, jej mroczną stroną i będzie robiła wątpliwe moralnie rzeczy, na które sama Sierra nie byłaby w stanie się zdobyć, ogólnie jednak, w jej zachowaniu nie ma niczego specjalnie mrocznego, szarego moralnie, czy choćby trochę kontrowersyjnego. Reed, którego autorka na swoich social mediach porównuje do golden retrievera, stał się w tym tomie mocno problematycznym love interestem i wbrew intencjom, bynajmniej nie jest „chodzącą zieloną flagą”. Romans między nim i Sierrą napisany jest w sposób, który całkowicie ignoruje zaistniałą między nimi różnicę sił i możliwości. Narracja próbuje mi wmówić, iż Reed wspiera Sierrę w jej ciężkich chwilach, nie przymusza jej do rzeczy, na które nie jest gotowa, szanuje jej granice i tak dalej. Na początku powieści Reed stwierdza, iż chce być z Sierrą i „dać ich związkowi szansę” i ani on, ani narracja zdają się nie zauważyć, iż Sierra nie znajduje się w pozycji, w której mogłaby odmówić bez żadnych obaw. Reed, jako starszy od niej człowiek, który zabrał ją z jej świata do swojego, powinien jednak wpaść na to, iż zanim przejdą do jakichś deklaracji miłosnych i związków, należałoby dać jej czas na to, aby oswoiła się z nową sytuacją i może, bo ja wiem, poznała więcej ludzi, tak aby nie był de facto jej jedynym punktem odniesienia. Wciąż nie wiem, ile Reed ma lat, a przyznam, że chciałabym się dowiedzieć, jaka jest różnica wieku między nim a Sierrą. O bohaterach tyle, teraz czas na rzeczy, które wyjątkowo mnie zirytowały: • Sierra w pewnym momencie zdobywa się na refleksję na temat tego, jak różne jest podejście Odnovy i jej plemienia do macierzyństwa. W jej plemieniu, kobiety były zmuszane do zachodzenia w ciążę i bardzo często umierały w połogu. W Odnovie, kobiety, jak ujmuje to Sierra, nie mają do tego prawa (do umierania w połogu??), co według bohaterki jest najwyraźniej równie złe. Zakładam, iż miał być to komentarz na temat różnych form, jakie przybiera odbieranie kobietom autonomii reprodukcyjnej, wyszło jednak bardzo osobliwie. • Powieść była bardzo, bardzo blisko tego, aby powiedzieć coś interesującego na temat eugeniki w polityce Odnovy, zamiast jednak dojść do tej kwestii, zgubiła się gdzieś po drodze. • W Odnovie Sierra i Lana otrzymują oficjalne nazwiska. Sierra staje się Sierrą Rowan, od imienia jej matki, Lana zaś Laną Toms, od imienia jej ojca (dlaczego w ten sposób, a nie z jakąś konsekwencja, nigdzie nie wyjaśniono). W pierwszej chwili Lana nie jest tym zachwycona, jej ojciec był przemocowym alkoholikiem, którego szczerze nie cierpiała. Ostatecznie jednak akceptuje swoje nowe nazwisko, stwierdzając, iż może nadać mu własne znaczenie. Całkiem interesujący wątek, prawda? Cóż, może byłby interesujący, gdyby nie odbył się w drugim rozdziale i nie zajął trzech zdań. Od tego czasu, zarówno Lana, jak i narracja nazywają ją naprzemiennie imieniem i nowym nazwiskiem i słowa nie wyrażą tego, jak bardzo mnie to raziło. Jak szybko zaczęlibyście myśleć o sobie nazwiskiem, które nadano wam trzy minuty wcześniej? Jest to dla mnie niestety znamię niewyrobionego warsztatu literackiego. To, w jaki sposób postaci myślą o sobie i w jaki myśli o nich narracja może być bardzo interesującym aspektem stylu. Tymczasem, narracja w tej powieści pozostała na etapie szkolnym, wypracowań na lekcjach polskiego, w których nauczyciele przestrzegali przed powtarzaniem słów. Podejrzewam, iż autorka nadała Lanie nazwisko, gdyż potrzebowała drugiego słowa, którym mogłaby ją określać oprócz jej imienia. Sierra jest „shanką”, „byłą uczennicą szamanki” etc., Wade jest „okularnikiem”, Lana została więc „Toms”. Niemniej, bardzo to razi, wydaje się nienaturalne, zarówno jeśli chodzi o styl, jak i psychologię postaci. • Moja największa zagwozdka w całej fabule dotyczy Hancock. W pierwszym tomie, Reed powiedział Sierrze, iż miejsce z którego pochodzi nazywa się Hancock i jest to osada na dachach wieżowców. Dał jej do zrozumienia, iż tam właśnie ją zabierze. Tymczasem, w tym tomie trafiamy do Odnovy, podwodnej kolonii i najwyraźniej, Reed pochodzi jednak stąd. Hancock zaś – jak się okazuje – to siedziba Skrzydła, wrogiej Odnovie organizacji. Ten dysonans nie jest nigdzie wyjaśniony. Czy Reed kłamał w pierwszym tomie? Jeśli tak, to dlaczego? I dlaczego Sierra ani przez chwilę tego nie kwestionuje? Czy nie zdziwiła się, kiedy zabrał ją w zupełnie inne miejsce, niż obiecywał? Czy nie powinna przynajmniej zażądać wyjaśnień? • Opisy akcji, te w których Sierra używa swoich mocy są żywcem wyjęte z gry komputerowej, łącznie z wyświetlającymi się przed jej oczami cyferkami i liniami podpowiadającymi jej odległość do wroga. Zgaduję, że jest to pokłosie wspomnianej „inspiracji” Horizon Zero Dawn, a także przykład tego, iż różne media wymagają różnych rozwiązań. W grach, albo nawet na filmach coś takiego może działać, ponieważ to media wizualne. W książce takie opisy brzmią sztucznie i niezgrabnie. • Dowiadujemy się, dlaczego Sierra, a także wszyscy mieszkańcy jej wyspy są najbledszymi blondynami wszechczasów. Otóż – są oni potomkami sztucznie wychodowanych ludzi, u których naukowcy wszczepili nanoboty. Niestety, z jakiegoś powodu, nanoboty okazały się nader rasistowskie i przyjmowały się tylko u ludzi białych. Przyznam, że o rasistowskich nanobotach to jeszcze nie słyszałam jak długo żyję. • Queers cannot be happy. Podczas gdy Sierra pociesza się po tragicznej miłości do Hektora i znajduje szczęście z Reedem, Lana stwierdza, iż po stracie Dakoty nigdy się nie zakocha i chociaż poznaje w Odnovie dziewczynę imieniem June, nic z tego nie wychodzi. W dodatku, ich relacja rozgrywa się właściwie cała w timeskipie, zupełnie jej nie widzimy. • Na początku powieści, Sierra podobno cierpi na depresję, chociaż trudno powiedzieć, czy po śmierci siostry, po opuszczeniu znanego sobie świata, czy może dlatego, że przez przymusową kwarantannę nie mogła widzieć Reeda cały tydzień. Jej depresja jest opisana w najbardziej stereotypowy i przerysowany sposób, z katatoniczną niemal apatią i widmami dręczących ją zmarłych bliskich (w liczbie jej siostry, jej matki, jej ciotki i, z jakiegoś powodu, Dakoty, ukochanej Lany, której imię padło w pierwszym tomie raz i nic nie sugerowało, aby Sierrę łączyła z nią jakakolwiek więź). Narracja próbuje później wmówić mi, że Sierra wyszła z depresji dzięki własnej sile, a nie tylko dzięki wsparciu mężczyzny, fakty jednak mówią coś innego. • Gdzieś w połowie powieści, Sierra dowiaduje się, że Amara, jej ciotka i mentorka nie żyje. Amara była w pierwszym tomie jedną z ważniejszych i ciekawszych postaci, teraz zaś otrzymała jedną krótką wzmiankę, Sierra przelotnie myśli o tym, że nie jest jej tak żal, jak sądziła, że będzie i akcja idzie dalej. • Kwarantanna, której Sierra i Lana zostają poddane po przybyciu do Odnovy jest przedstawiona jako nieludzkie traktowanie i ograniczanie wolności, które wpędza Sierrę w depresję skuteczniej, niż śmierć jej jedynej siostry. W czasach po Covidzie takie przedstawienie jest co najmniej wątpliwym wyborem.
To tyle z mojej strony. Znalazłyby się jeszcze i inne sprawy, które mogłabym poruszyć, ale wtedy recenzja zrobiłaby się stanowczo za długa.
👉 „Gdy Sierra wpatrywała się w ściany swojego więzienia, po raz kolejny dotarło do niej, że znów zaufała nieodpowiedniemu mężczyźnie”.
I zostałam oczarowana już od pierwszego zdania. Serio.
Po wydarzeniach z „Serca pochowanego na drzewie” Sierra i Lana trafiają do Odnovy - kolonii ukrytej pod powierzchnią oceanu. To miejsce pełne technologii, tajemnic i obietnic bezpieczeństwa. Problem w tym, że w świecie po upadku cywilizacji nic nie jest tak proste, jak się wydaje.
Jeśli pierwszy tom był świetny, to drugi wciągnął mnie jeszcze bardziej. Czekają tu nowe zagrożenia, kolejne sekrety, coraz bardziej niebezpieczne tereny i pytania o to, co naprawdę doprowadziło dawny świat do zagłady.
Bohaterowie? Mega. To jedna z tych serii, w których naprawdę przejmuję się losem postaci i chcę wierzyć, że w końcu dostaną choć odrobinę spokoju. 🥺
Świat? Niebezpieczny, ale jakże fascynujący. Im więcej dowiadujemy się o upadku dawnej cywilizacji, technologii przodków i tajemnicach ukrytych poza bezpiecznymi osadami, tym bardziej chcę odkrywać kolejne elementy tej układanki.
Akcja? Nie zwalnia nawet trochę. Co chwilę pojawiają się nowe zagrożenia, sekrety i zwroty akcji, które skutecznie utrudniają odkładanie książki.
Wątek romantyczny? Och, Sierra ma farta. 🤭❤️
I wiesz co? Naprawdę boli mnie świadomość, że to będzie tylko trylogia. 😭 Nie chcę rozstawać się z tymi bohaterami. Nie chcę opuszczać tego świata. Chcę jeszcze dziesięciu tomów o szamankach, tajemnicach przodków i wyprawach przez postapokaliptyczne pustkowia.
Iwona Serej po raz kolejny udowodniła, że potrafi stworzyć historię, od której trudno się oderwać. A ja już nie mogę się doczekać kolejnych!!
"Serce spowite mrokiem" jest interesującym przypadkiem. Z jednej strony powinna być to moja ulubiona książka. Bazuje w końcu na grze, którą kocham całym sercem, zawiera elementy fantasy i postapo. Niestety, każdy z tych elementów był tak bardzo niedopracowany i nieumiejętnie zbudowany, że po raz kolejny zawiodłam się całym sercem (pun intended). Nie mam serca (hehe), by pisać do drugiego tomu tak długą recenzję jak do pierwszego, więc powiem tylko i jak zwykle - RECENZJE SĄ DLA CZYTELNIKÓW, NIE AUTORÓW i możemy przechodzić do rzeczy.
Język - jakimś cudem mam wrażenie, że pogorszył się od czasu pierwszego tomu. Błędy językowe szerzą się nawet w zdaniach używanych w marketingu. Główne bohaterki, Lana i Sierra mówiłyby prawie w nieodróżnialny od siebie sposób, gdyby nie to, że Lana używa absolutnie prostackiego języka prosto z blokowiska w latach 2000.
Bohaterowie - nadal nie da się ich lubić, serio. Sierra nadal jest płaska jak ściana. Dostaje depresji, bo przez trzy dni musiała siedzieć na kwarantannie z przyjaciółką (what a horror) i nie widzi się z Reedem. Oczywiście siedzi na kwarantannie dłużej, całe dwa tygodnie (co autorka ma do kwarantanny, to nie jest zła rzecz), ale to nie tak, że jest tam bez wyjaśnienia. Miło, że zauważa, że miłość nie uleczy jej depresji, ale i tak jest to napisane w sposób, jakby właśnie to miłość ją uleczyła. Jej serce nadal pochłania mrok. Po drodze okazuje się, że zostaje Aloy z dyskontu, dostaje łuk, tajemniczą przeszłość i rasistowskie nanoboty w ciele (ale o tym to się jeszcze rozpiszę).
Lana, jak każda inna gejowa postać w tej serii nie może być szczęśliwa. Cały czas jej myśli zajmuje Dakota, co jest akurat spoko, mogłoby fajnie wyjść, gdyby nie to, że ona nie może przejść nad tym do porządku dziennego w przeciwieństwie do Sierry, która dość szybko zapomina o siostrze i związuje się z Reedem. Jej relacja nie zasłużyła nawet na to, by znaleźć się w głównej linii czasowej, tylko jest napisana w retrospekcji. Lana okazała się jak ojciec, jest przemocową zołzą, która język znalazła na śmietniku przy blokowisku, ale przynajmniej jest MINIMALNIE bardziej znośna od Sierry. A by pokazać, że jest przemocowa - w jednym z pierwszych rozdziałów UDERZA Sierrę, by ta wysła z depresji. No nie ma serca (ha!) ta kobieta. Do tego to jej przywłaszczenie nazwiska jakie jej nadano jest tak sztuczne i bezsensowne, że przez całą powieść krzywiłam się, kiedy narracja nazywała ją Toms. No po prostu nie.
Reed nadal jest płaską kluchą. Zniknął chill guy in the jungle, pojawił się chill guy under water, który przy okazji okazał się... przerażający? Nie rozumiem, dlaczego mamy kibicować jego relacji z Sierrą? To jak się w jednej scenie obraca w jej kierunku ze złością wypisaną na twarzy, bo Sierra próbowała z niego zażartować, sprawiło, że miałam ciary na plecach. I to jak bardzo był na nią sfrustrowany, bo Sierra się nie chciała z nim przespać... to jest ten green flag, który miał nas porwać? Chyba do więzienia. Nie przekonuje mnie również fakt, że ma być zduszony przez swoją przeszłość i swoje czyny. Przecież oczywiste jest, że nie ma sensu poświęcać całej drużyny na nikłą szansę uratowania kogokolwiek z łap stwora, który bez problemu posłał w piach 60 ludzi. Do tego, jeśli faktycznie Reed z każdej swojej misji wraca z wieloma ofiarami na swoich rękach, to dlaczego nie został zdegradowany? Tyle pytań, a brak odpowiedzi... Reszta bohaterów nie jest bohaterami. Często pojawiają się w jednej scenie, nawet bez opisów wyglądu, by zaraz potem zniknąć z powieści. Nawet Gia, córka Reeda nie ma swojego opisu, a zdawałoby się, że powinna mieć większe znaczenie w fabule, skoro ten tak ją kocha i jest jego motywacją. Na koniec powieści giną 2 postacie, które miały w sobie jakiekolwiek zaczątki charakterów.
Świat się nam rozszerza, dowiadujemy się, że istnieje poza wyspą i Odnovą cały kontynent, a na nim Luizjana (sic!). Dostajemy wielkie pająki, wielkie robaki (?) i wielkie kałamarnice (które przetrwały od obecnych czasów? Kto wie!). Każdy ze stworów pojawia się raz i nie sprawia głównym bohaterkom żadnych problemów, wiadomo że nic się im nie stanie. Dostajemy też AI i tym samym mam ochotę rozpocząć quiz "jak wiele rzeczy zostało wzięte z gry Horizon Zero Dawn?". Moja odpowiedź to "za dużo". Ilość wątków, która wydaje się ściągnięta żywcem z gry jest zatrważająca i to nie było zabawne nawet w poprzednim tomie. Ale wracając, mamy Odnovę (czyli w praktyce Dystrykt 13), która według narracji ma być tak samo zła jak wyspa Sierry, ponieważ odbierają kobietom autonomię, w praktyce zaś nie pozwalają im na darmo umierać i ze względu na przeludnienie tworzą kolejki do tego kto może zajść w ciążę. Straszne rzeczy, każą stosować ludziom antykoncepcję, serce (i will not stop) się kraje. Do tego w pierwszym tomie była mowa, że Reed mówił, że jest z Hancock. Jednak w drugim tomie Sierra w ogóle nie jest zdziwiona, ani nie ma problemu z tym, że leci do Odnovy, a Hancock to zupełnie inne miejsce, siedziba wrogiej frakcji. Nie ma żadnego wyjaśnienia, dlaczego Reed skłamał. Sierra też zdaje się tym nie przejmować.
Problematyczne wątki, czyli znowu się zaczyna. Zapytacie co tym razem? - Notatki naukowca nie zostają znalezione przez Sierrę, to my jako czytelnicy je widzimy, ale to nie przeszkada, by główna bohaterka czerpała z nich wiedzę o świecie. Poza tym, że są nudne, to przedstawiony w nich mizoginizm nie jest ani trochę subtelny, ani dobrze przedstawiony. - Tragic queers. Czyli postacie gejowe nie mogą być szczęśliwe. Znowu. Przedstawienie voodoo. Z obecnym dostępem do internetu i dyskursów online na te tematy, to na prawdę powinno być lepiej przedstawione, niż tu zostało. - Rasistowskie nanoboty, najwyraźniej są w stanie określić rasę człowieka i przystosować się do niego tylko i wyłączenie wtedy, gdy ten jest biały. That's enough. - Przedstawienie związku Sierry i Reeda jako perfekcyjnie zdrowego green flaga. No nie jest. Reed ma cały czas przewagę pozycji nad Sierrą. Jest starszy. Frustruje się, gdy one nie daje mu czego on chce. Jest straszny. Jest jej przełożonym. No po prostu nie. - Przedstawienie depresji jest infantylne i nieprzemyślane, tak samo jak w Sabacie Kocich Wiedźm. - Lana jest tak samo przemocowa jak ojciec, ale narracja tego nie zauważa.
Historii nie bardzo mam siłę opowiadać, bo fabuła gna na łeb na szyję (ale przynajmniej jakaś jest, nie tak jak w pierwszym tomie), ale chcę napomknąć kilka rzeczy o zakończeniu. Poza tym, że jest trochę bzdurne, to najwyraźniej dowiadujemy się, jak skończył się świat. I to jakimś cudem jest jeszcze bardziej bzdurne. Zaczyna się od tego, że najwyraźniej jakieś tsunami pochłania połowę populacji Japonii, o tak po prostu. Dlaczego? Zmiany klimatyczne tego nie powodują, więc to nie jest wyjaśnieniem, mimo tego, że faktycznie się dzieją. Więc raczej nigdy się nie dowiemy. Ale później się okazuje, że na Ziemię miał spać wielki meteoryt! Najwyraźniej naukowcy, największe mózgi na świecie nie były w stanie wpaść na nic innego poza fabułą filmu z Brucem Willisem, Armageddon, więc wysłali w kosmos atomówki. Świetnie. Tylko część z tych atomówek pospadała na ziemię (jak blisko był ten meteoryt? XD), co przestraszyło głowy państw, które najwyraźniej musiały mieć chwilowe zaćmienie umysłu i zapomnieli o meteorycie. W konsekwencji powysyłali na siebie nawzajem kolejne atomówki i bomby biologiczne i po tej całej kanonadzie no przeżyło mało osób. Czy tylko ja mam wrażenie, że to jest absolutnie absurdalna sytuacja, która powinna zostać lepiej wyjaśniona? W każdym razie dostajemy apokalipsę nad apokalipsy.
I jeszcze jedna sprawa. Plagiat (allegedly) Horizona. Wyobraźcie sobie, macie główną bohaterkę o niezwykłym kolorze włosów, która została wychowana w plemieniu, do którego ją podrzucono. Jest odludkiem, nie zna tam praktycznie nikogo, poza osobą, która się nią opiekuje. Umie posługiwać się łukiem, jest niesamowita, jeśli chodzi o rozumienie tego jak wyglądał kiedyś świat, a poprzez zaawansowany komputer jest w stanie widzieć lepiej przeciwników, rozpoznaje ich bronie oraz wie jak ich zabić. Ach, i w tle dzieje się historia o tym jak świat został zniszczony, a główna bohaterka próbuje dotrzeć do AI, które pomoże jej może ocalić to co pozostało. Co opisałam? Grę Horizon Zero Dawn, czy Serce spowite mrokiem? Oczywiście, Serce2 ma sporo innych elementów, które wrzuca bez przemyślenia w historię, ale ilość rzeczy, jakie zostały wzięte z gry jest zatrważająca. Do tego zostały dosłownie skopiowane, nie ma tu przemyśleń, ani wariacji na ich temat. Nie zostały dostosowane do historii, nie wiadomo dlaczego znalazły się tu takie wątki, a nie inne. Horizon jest świetnym przemyśleniem na temat tego jak ludzkość może wspólnymi siłami dojść do cudownych rzeczy, nawet jeśli nie jesteśmy w stanie zatrzymać apokalipsy. Serce2 pokazuje, że nie ma w naszym świecie miejsca na nic innego niż mizoginizm. Wonderful.
Końcowe przemyślenia. Pierwszy tom był zły. Drugi jest jeszcze gorszy, jakimś cudem. Przeczytam kolejny, ponieważ uwielbiam czytać złe książki i och, jak chciałabym się zaskoczyć i faktycznie napisać dobrą recenzję ostatniego (hopefully) tomu. Niestety, nie polecam tej książki, ale mam nadzieję, że moja recenzja kogoś ubawiła. I standardowo, wierszyk poniżej.
Odnova Od nowa Pusta głowa (bo Serce 2 zlasowało mi mózg)
This entire review has been hidden because of spoilers.
„Serce spowite mrokiem” czyli drugi tom „Serca pochowanego na drzewie” od Iwony Serej moim okiem 📖👇🏼
Na start powiem, że książkę otrzymałam w ramach współpracy recenzenckiej od wydawnictwa excalibur i bardzo dziękuję za tą możliwość! Zakochałam się w twórczości Iwony i cieszę się, że mogę dołożyć swoją, małą cegiełkę w historii Sierry!
Ale, ale - przejdźmy do samej książki. „Serce spowite mrokiem” (premiera 30.05) to naprawdę ŚWIETNA kontynuacja pierwszego tomu. Iwona doskonale rozwinęła wiele wątków, ale w szczególności: tajemnice dookoła końca świata i przetrwania ludzkości oraz historie niedoszłej szamanki - Lany, która rzuciła wszystko by wybrać się z Sierrą w świat.
„Nawet największa miłość nie uleczy kogoś, kogo złamano. Nie w pojedynkę” - mój ulubiony cytat 🙈
Fabuła bez spoilerów 👇🏼
Sierra i Lana trafiają do niezwykłego podwodnego świata, który dysponuje zaawansowaną technologią -Kolonii, która została zbudowana pod wodą, a wielu jej mieszkańców nigdy nie wyszło na powierzchnię z powodu braku odporności na skażenie. Jej mieszkańcy pracują nad odnalezieniem ziemi obiecanej — miejsca, w którym zwierzyna i uprawy będą rosły i nadawały się do spożycia, a przede wszystkim przetrwają w trudnych warunkach. Jednak „Odnova” nie jest jedynym miejscem, które poznacie w drugim tomie serii. „Serce spowite mrokiem” zabierze Was w podróż przez postapokaliptyczny kontynent, gdzie żyją zmutowane stworzenia, a świat stał się nieprzewidywalny i BARDZO NIEBEZPIECZNY dla człowieka.
Chcecie odkryć co tak naprawdę doprowadziło do upadku dawnego świata i kim są szamanki? Zapraszamy na pokład „Serca spowitego mrokiem”! Wszystkie drogi prowadzą do domu! (ale walnęłam insite XD)
Kilka słów ode mnie🐉
wona potrafi w książki, co ja mam wam powiedzieć więcej? Nie spodziewałam się, że drugi tom pójdzie właśnie w takim kierunku. Fundacje, koniec świata, rygorystyczne zasady panujące w koloniach i tajemnice, których poznanie rozpocznie łańcuch nieoczekiwanych wydarzeń oraz poświęceń.
Tom drugi porusza wiele ważnych tematów współczesnego świata, takich jak wojna, przeludnienie, podziały społeczne, pogoń za władzą czy stereotypy związane z kobietami. Zawiera również mocne przemyślenia dotyczące ciąży, całego tego okresu oraz rygorystycznych zasad z nim związanych w fabule.Wszystkie te wątki zostały bardzo dobrze wplecione w historię i dodają jej jeszcze więcej mroku, realizmu oraz tajemniczości, która dosłownie przykuwa was do książki.
„Może dla nas, kobiet, nie istnieje miejsce, w którym mogłybyśmy żyć po swojemu? (…)”
Różnice między tomami📖
Po pierwsze — przywitajcie drugą perspektywę, czyli niedoszłą szamankę Lanę, która towarzyszy Sierrze podczas trudnej wyprawy. Przyznam szczerze, że pokochałam jej postać jeszcze bardziej, a gdy poznałam jej historię, zrozumiałam, skąd bierze się jej cięty język i dystans do świata. Podziwiam jej upór, determinację i siłę. To bohaterka, która puszcza do mnie oko i mówi: „Patrz teraz”. Nie boi się walczyć o swoje. Jeśli poczuje, że nie została wysłuchana, będzie krzyczeć do utraty głosu. Nie da się zamknąć, pokonać ani spławić. O nie — Lana zawsze pójdzie pod prąd i zrobi wszystko po swojemu.
„– Mnie tam przekonaliście już przy darmowej gorzale – wtrąciła Lana.”
A żeby było jeszcze ciekawiej, dostajemy również „zapisy audiowizualne” pracownika laboratorium zaangażowanego w tajny projekt, który odgrywa bardzo ważną rolę w całej fabule. To naprawdę mocny wątek. Uwielbiam, jak dobrze Iwona go poprowadziła. Tak dobrze, że zostawiłam mnóstwo znaczników w książce, bo po prostu nie mogłam uwierzyć w to, co właśnie czytam i co tu się dzieje! MOCNE!
Bohaterowie👩🏻🦳
Bohaterowie nabierają jeszcze większej wyrazistości i kontrastów. Szczególnie Lana, która zdradza nam nieco więcej o sobie. Jej postać wnosi do całej historii coś nowego, mocnego i ostrego, co bardzo mi się podoba. Dodatkowo, poznając jej przemyślenia dotyczące zarówno teraźniejszości, jak i przeszłości, zaczynamy lepiej rozumieć jej motywacje oraz temperament. Powiedziałabym, że Lana jest bohaterką o szarej moralności. Nie boi się poświęcić kogoś w obronie osób, na których jej zależy, co stanowi ciekawy kontrast dla Sierry. Sierra, lekko zagubiona, łagodna i obarczona kompleksem ratowania innych (jak określiłaby to Lana), za wszelką cenę chce nieść dobro i pomoc, choć w jej głowie panuje coraz większy chaos. Mimo tego pogubienia podczas walki pozostaje skoncentrowana, szybka i precyzyjna. Te dwie stanowią naprawdę dwie strony monety i uwielbiam to, jak uzupełniają się i tworzą jedną wspólną historię.
Relacja miłosna❤️
W drugim tomie otrzymujemy kontynuację wątku Sierry i Reeda. Ich relacja rozwija się powoli i pozostaje raczej tłem dla głównej fabuły, co bardzo mi się podoba. Sierra i Reed są dla siebie oparciem i wyraźnie ich do siebie ciągnie. Ich wspólne chwile stanowią słodką odskocznię od brutalnej rzeczywistości, w której przyszło im żyć. Jednak tajemnice oraz świadomość, że tak naprawdę wciąż niewiele o sobie wiedzą, szybko sprowadzają ich na ziemię. Jak wiele jeszcze przed sobą ukrywają? Czy naprawdę mogą sobie ufać?
“(...)Pozwoli sobie na to uczucie, które już rosło w trudnych warunkach: smagane wiatrem, nękane suszą, samotne pośród ostrych kamieni.”
Moja ocena ⭐️
Zdecydowanie tom drugi przebił pierwszy. Mam ważenie, że rzadko się to zdarza, ale rozbudowane wątki, akcja, dynamika postaci i tajemnice powoli wychodzące na wierzch - to wszystko robi ogromną robotę i pokazuje prawdziwy talent Iwony Serej. Czekam na kontynuacje!
„Serce spowite mrokiem” to druga część serii autorstwa Iwony Serej (Wydawnictwo Excalibur).
Książka otrzymana w ramach współpracy barterowej.
Po ucieczce z wyspy Sierra i Lana trafiają do Odnovy - niezwykłej kolonii ukrytej w głębinach oceanu. Jest to bezpośrednia kontynuacja wydarzeń z „Serca pochowanego na drzewie”, które swoim mocnym finałem pozostawiło mnie z opadem szczęki. Z tym uczuciem musiałem żyć cały rok, aż w końcu otrzymałem plik z kontynuacją. Zdecydowanie warto było czekać.
Pierwsza część książki skupia się na życiu w Odnovie. Sierra przeżywa żałobę i nie potrafi dojść do siebie po wydarzeniach z poprzedniego tomu. My, jako czytelnicy, poznajemy całkowicie nowy system funkcjonowania społeczności i swego rodzaju polis, które wraz z bohaterkami musimy odkrywać od podstaw. Na szczęście wszystko wypada bardzo wciągająco - wprost nie mogłem oderwać się od książki. Uwielbiam, gdy w światach postapo czytelnik poznaje nowe społeczności i może obserwować różnice między nimi a tym, co znamy z rzeczywistości lub innych przedstawionych kultur. Mimo wszystko trochę zabrakło mi większej dawki science fiction oraz bardziej szczegółowego przedstawienia funkcjonowania samej kolonii. To motyw rzadko spotykany w gatunku, dlatego tym bardziej intryguje i wnosi do historii powiew świeżości. Odnova to chyba ten element książki, który pozostanie ze mną na długie lata po zakończeniu serii.
Druga część powieści skupia się bardziej na aspekcie przygodowo-eksploracyjnym: misjach, wyprawach i odwiedzaniu różnych środowisk na powierzchni. Tutaj autorka kładzie większy nacisk na odkrywanie świata i akcję. Dzieje się naprawdę dużo, ale jako zwolennik dialogów, rozwoju postaci i relacji między bohaterami czerpałem z tej części nieco mniej radości. Nie zmienia to jednak faktu, że śledziłem wydarzenia z wypiekami na twarzy. Im więcej odkrywamy opisywanego świata, tym silniejsze odczuwam skojarzenia z serią gier Horizon. Ta książka była dla mnie dokładnie tym, czym „Forbidden West” było dla całej serii - rozszerzeniem świata, zwiększeniem skali wydarzeń i pokazaniem nowych możliwości. Odbieram to zdecydowanie na plus.
W „Sercu spowitym mrokiem” autorka mocno zaakcentowała rozwój Lany i Sierry, a ich przemiana stanowi jeden z najważniejszych elementów historii. Obie przechodzą naprawdę wiele i cieszę się, że wydarzenia realnie wpływają na ich emocje, przeżycia i charakter. Sierra stała się dużo silniejsza psychicznie, odważniejsza i bardziej odpowiedzialna. Na samą myśl o rozwoju jej postaci przechodzą mnie ciarki. Lana również nie pozostała w tyle - z samotnej buntowniczki walczącej wyłącznie o siebie staje się kimś, kto potrafi walczyć także dla innych.
Reed trochę stracił w moich oczach, ale ostatecznie wyszło to historii na dobre. Jego obraz z pierwszego tomu mógł być dla nas zbyt wyidealizowany. W kontynuacji widzimy go wśród swoich - nie tylko jako przywódcę, ale również podwładnego, kolegę, męża i ojca. Zachowuje się jak prawdziwy człowiek z krwi i kości, a nie bohater na białym koniu, który po prostu uratował Sierrę. Niezwykle zwiększa to realizm zarówno samej postaci, jak i całego wykreowanego świata.
Nie mogło również zabraknąć wszystkiego tego, za co polubiliśmy pierwszy tom: ogromnych zmutowanych zwierząt (kałamarnic czy pająków), anomalii pogodowych, mocnych zwrotów akcji i silnego napięcia emocjonalnego. Jestem pod ogromnym wrażeniem tego, jak dobrze i płynnie czyta się książki Iwony. Już od pierwszej strony czułem się jak w domu, mimo że bohaterowie znaleźli się w wyjątkowo niesprzyjających okolicznościach. W mojej subiektywnej ocenie napięcie emocjonalne jest oddane idealnie w odpowiednim balansie, tak jak zachowana równowaga między opisami i dialogami. Ja jestem świrem i mógłbym czytać książki bez żadnej akcji, ale ta nawet dla mnie wypadła intrygująco - szczególnie walka z kałamarnicą i pająkami!
Iwona Serej rozwija się zarówno jako człowiek, jak i autorka, choć trudno mi wskazać tutaj ogromny progres, ponieważ już jej debiut całkowicie zawrócił mi w głowie. „Serce spowite mrokiem” jest jednocześnie czymś świeżym i czymś znajomym - tym razem po prostu w większej skali i z większą liczbą stron (w końcu!).
Zdecydowanie polecam tę książkę fanom pierwszej części, którą nadal z ogromnym entuzjazmem będę polecał każdemu miłośnikowi fantastyki postapo. Iwona dostarczyła nam kawał świetnej kontynuacji i zdecydowanie warto o niej mówić. Nie mogę doczekać się finału trylogii!
💙Postapo 💙Podwodna kolonia 💙Found Family 💙Laboratoria 💙Tajemnice przeszłości 💙Zapisy audiowizualne 💙Zmutowane bestie 💙Niezwykłe umiejętności 💙16+
Sierra i Lana uciekły z wyspy, ale coś, co początkowo miało być wolnością, bardzo szybko stało się kolejnym więzieniem. Podwodna kolonia, której nie mogą swobodnie opuszczać, nowe zasady, którym muszą się podporządkować, zupełnie inny porządek świata i ludzie, którzy im nie ufają, a to dopiero początek tego, co je czeka.
Ach, co to była za emocjonująca historia! „Serce pochowane na drzewie" było świetne, ale ta kontynuacja, moim zdaniem, bije pierwszy tom na głowę. Totalnie przepadłam. Widać ogromny progres pisarski autorki. Świat został tutaj przepięknie rozbudowany, a nowa rzeczywistość, w której przyszło żyć bohaterkom, jest jednocześnie fascynująca i przerażająca.
Życie w Odnovie mocno różni się od tego, co Sierra i Lana znały do tej pory. Mamy tu zaawansowaną technologię, podwodną kolonię, zasady, ograniczenia i ciągłe poczucie, że pod powierzchnią kryje się coś więcej. To miejsce z jednej strony daje nadzieję, a z drugiej budzi niepokój, bo wolność okazuje się dużo bardziej skomplikowana, niż mogłoby się wydawać.
W pierwszym tomie nie byłam największą fanką Lany, ale tutaj wszystko totalnie się zmieniło. Pokochałam jej siłę, upór i to, że mimo własnego bólu się nie poddawała. Walczyła nie tylko o siebie, ale też i o Sierre. Kocham relację jaką stworzyły, ich więź jest przepiękna oraz pokazuję, że rodzina to nie tylko ta z krwi i kości ale również ta znaleziona przez nas.
Jeśli chodzi o naszą główną bohaterkę na początku widzimy ją w rozsypce. Jest pełna bólu, żalu i poczucia winy, ale dzięki wsparciu przyjaciół powoli zaczyna stawać na nogi. Sierra przechodzi ogromną przemianę, nie nagłą, ale bardzo prawdziwą. I właśnie to tak mocno mnie w niej poruszyło.
Bardzo lubię też relację Sierry z Reedem. Jak dla mnie to naprawdę świetny facet - opiekuńczy, cierpliwy, nienaciskający. Nie sądziłam, że aż tak polubię bohatera, który ma dziecko, a tu proszę, dosłownie mnie kupił.
Cudownym zabiegiem było dodanie zapisów audiowizualnych z badań nad projektem sprzed apokalipsy. Dzięki nim stopniowo odkrywamy kolejne elementy układanki, a informacje, które dostajemy, powoli zaczynają tworzyć coraz pełniejszy obraz całej sytuacji. Mega podobało mi się czytanie tych fragmentów, bo dodawały historii tajemnicy, napięcia i takiego naukowego a zarazem mrocznego klimatu.
W książce dostajemy cudowną, ciężką atmosferę postapo, gigantyczne bestie kroczące po świecie, misje pełne napięcia, laboratoria, sekrety i walkę o przetrwanie. Bardzo ciekawy był też wątek innej kolonii, z którą Odnova ma na pieńku oraz to, że mieszkańcy Odnowy szukają miejsca na ziemi, gdzie mogliby w końcu normalnie funkcjonować.
Misje, na które wyruszali bohaterowie, były świetne, bardzo mocno chłonełam wszystko co autorka chciała nam pokazać, każdą anomalie świata, było to naprawdę wciągające, a dodatkowo laboratorium, to co się tam działo .... wow.
Po lekturze zostaje w głowie naprawdę dużo myśli. Autorka świetnie pokazuje, jak przerażająca może być wizja świata, w którym rozwój technologii, eksperymenty i ludzka ambicja wymykają się spod kontroli. To nie tylko historia o przetrwaniu, ale też o konsekwencjach decyzji podejmowanych przez ludzi, którzy uznali, że mogą przekraczać każdą granicę.
Końcówka mocno wbija w fotel i sprawia, że trudno od razu wrócić do rzeczywistości. Zostawia z emocjami, pytaniami i ogromną potrzebą poznania finałowego tomu. Ja jestem zachwycona i zdecydowanie potrzebuję więcej tej historii.
Ksiażkę czytało mi się tak szybko, że sama nie wiem kiedy dotarłam do ostatniej strony, po prostu nagle odwracam strone a tam nic nie ma, po prostu koniec. A ja siedziałam I nie wiedziałam co zrobić ze sobą po takim zakończeniu.
Dziekuję Wydawnictwu i Iwonie za możliwość bycia częścią tej genialnej historii💙
,,Serce spowite mrokiem" drugi tom historii o odważnej szamance i jej niebezpiecznych przygodach w nowym świecie.
Po tym jak Sierra i Lana uciekły ze swojej rodzinnej wyspy wraz z dwoma nieznajomymi trafiły do ich "bezpieczniej" bazy. Wszystko byłoby fajnie, gdyby nie fakt, że ich kolonia jest ukryta pod wodą... Dla dziewczyn jest tutaj nowe, zaczynając od ludzi kończąc na technologii. Mimo, że dziewczyny znalazły schronienie nie mogą być pewne czy są tam bezpieczne. Mieszkańcy koloni nie ufają im i pokazują to otwarcie. Tak samo napięte stosunki mają z inną frakcją na powierzchni. Obydwie kolonie szukają kolejnych miejsc gdzie można by żyć mimo skarżenia ziemi. Sierra w tym samym czasie walczy z własnymi demonami i decyzjami, które podjęła. W tym wszystkim jej największym wsparciem zostaje Lana. Mimo, że z początku dziewczyny się nie dogadywały teraz mogą się nazywać siostrami. Nowe tereny, ruiny pozostałe po dawnych czasach, moce które nie chcą być już pod kontrolą i zmutowane stworzenia. To wszystko składa się na nowy świat, który dziewczyny muszą odkrywać na bieżąco i uczyć się go od podstaw. Sierra próbuje odkryć co się stało z poprzednim światem? Czy jej się uda? I kto będzie ją wspierał podczas tego?
Kocham! Ja wiem, że ostanio mówię ciągle to o książkach, które czytam, ale co ja poradzę skoro same perełki się ostatnio pojawiają? Ale skupmy się na tej konkretnej książce. Pierwszy tom pokochałam całym sercem i miałam co do tego bardzo wysokie oczekiwania, które ja szczęście zostały spełnione!!! Dalej głównym wątkiem były niebezpieczeństwa nowego świata oraz szamanka, a nie relacja między bohaterką i jej ukochanym. Chociaż ten wątek też nie został pominięty i zapomniany, a autorka powoli go rozwija. Jednak niezwykle się cieszę, że nie przyćmił on całości. Uwielbiam też wątek między Sierrą, a Laną. To że mimo wcześniejszej nienawiści teraz dziewczyny są dla siebie rodziną. Chociaż rozbawiło mnie gdy zaczęły nazywać się siostrami, czemu? nie wiem, jakoś tak XDD. Nie muszę nikomu powiedzieć, że świat powala na kolana. Jego budowa, to jak został przemyślany i to jak zaskakuje nas na każdym kroku. Po prostu na kolana przed autorką. Próbowałam znaleźć coś co by mi nie pasowało i jedyne do czego mogę się doczekać to że... chce już trzeci tom XDD. Ledwo skończyłam drugi (pochłonęłam go w dzień) i teraz muszę cierpieć i czekać na trzeci tom. Manifestuje by autorka nie trzymała nas długo w niepewności i szybko oddała kolejną książkę! Bo skończyć w takim momencie to normalne zbrodnia XXD.
RECENZJA: Serce spowite mrokiem, Iwona Serej (tom 2) 🩵 ❓️ Dalej lubicie dystopie czy to tylko relikt przeszłości? Moja ocena: 4+/5 ⭐️ Moja opinia: Kiedy byłam w gimnazjum i liceum, trwał istny boom na książki w klimatyce postapo. Na historie ukazujące wizję ludzkości w dalekiej przyszłości. Chociażby Igrzyska Śmierci i Więzień Labiryntu doczekały się swoich ekranizacji. Książka Shatter me (Dotknij mnie - wtedy jeszcze Dotyk Julii) i serial The 100 stały się moimi obsesjami (i to dosłownie, bo wiele lat później zrobiłam sobie tatuaż z pierwszego i robię cosplay na festiwal Pyrkon z drugiego). Dalej uwielbiam dystopie i z chęcią sięgam po historie z tym motywem. Szczególnie, że te książki bywają dość trafne w swoich przewidywaniach (co z kolei bywa przerażające). Po pierwszym tomie "Serca" chciałam więcej i czułam się zaintrygowana postacią szamanki Sierry. Kiedy na PTK w marcu zobaczyłam odsłonięcie okładki do 2 tomu - po prostu wiedziałam, że muszę ją przeczytać. Uwielbiam nawiązania do mitycznej (i bajkowej) Atlantydy, więc umiejscowienie akcji w podwodnej bazie to dla mnie strzał w 10. Pierwsza połowa książki była dla mnie trochę wolniejsza, ale mamy tu wątki straty i przepracowywania żałoby. Później akcja znacząco przyspiesza i zaczyna się jazda bez trzymanki - wyprawy, walka, zmutowane stworzenia, zagadki. Sierra musi zmierzyć się z własnymi demonami, a Lana przechodzi niezwykłą transformację w kobietę, która wie czego chce i po to idzie. Mocnym punktem jest rozkwitająca przyjaźń między bohaterkami. Mamy tu pięknie ukazany wątek zdrowej, dojrzałej relacji miłosnej z tomu 1 - która nie dusi, a jest wsparciem. Plus za wątki innej relacji i to wlw! Całość dopełniły świetne ilustracje i notatki naukowca w treści, które rzucają światło na to, jak doszło do zagłady. Samo zakończenie "Serca..." dosłownie wyrywa z kapci. Warsztatowo jest to też najlepsza książka, jaką czytałam od tej autorki. Poczułam się jak przy czytaniu ulubionych dystopii z okresu gimnazjum/liceum. A to właśnie takich książek mi ostatnio brakuje na rynku czytelniczym! Podsumowując, czekam na tom 3 i mam nadzieję, że zobaczymy go niedługo. [współpraca]
Jeśli pierwszy tom był postapo Pocahontas, to drugi coraz śmielej skręca w stronę The 100.
📝O CO CHODZI Po wydarzeniach z I tomu Sierra i Lana trafiają do Odnovy — kolonii ukrytej pod powierzchnią oceanu. Są tu zaawansowana technologia, nowe zasady i ludzie, którzy wiedzą o dawnym świecie znacznie więcej, niż chcieliby powiedzieć.
Problem w tym, że schronienie nie zawsze oznacza bezpieczeństwo.
👥BOHATEROWIE & RELACJE Sierra — wciąż trzyma poziom zdrowego rozsądku, choć tym razem obserwujemy ją w znacznie bardziej kruchej odsłonie
Lana — zadziorna, lojalna i twardo stąpająca po ziemi. To właśnie ona często staje się dla Sierry kotwicą, gdy ta zaczyna tonąć we własnych emocjach
Reed — jego relacja z Sierrą rozwija się dalej, ale nie przyćmiewa fabuły.
Mieszkańcy świata — pokazują, że nawet po końcu świata ludzie nadal potrafią tworzyć podziały, ukrywać sekrety i walczyć o władzę
Bardzo podobało mi się to, że autorka nie skupia się wyłącznie na romansie. Równie ważne pozostają przyjaźnie, lojalność i relacje budowane pomiędzy ludźmi, którzy pochodzą z kompletnie różnych światów.
✨KLIMAT & EMOCJE To tutaj najmocniej czuć klimat The 100 – dostajemy zderzenie społeczności, sekrety przeszłości i rozrastający się świat, który okazuje się o wiele bardziej skomplikowany, niż ktokolwiek przypuszczał.
Akcja momentami zwalnia na rzecz relacji, ale paradoksalnie to nie wada – historia przypomina stare przygodówki, które zamiast gnać na złamanie karku, pozwalały spokojnie eksplorować otoczenie. Ogromny plus przyznaję też za brak magicznego uzdrawiania z traum; tutaj każda decyzja z pierwszego tomu zostawia realny, bolesny ślad.
🎯DLA KOGO Dla każdego, kto polubił pierwszy tom i chce zobaczyć, jak sprawnie autorka rozwija swój world-building. Jeśli szukacie postapo, które zamiast hord zombie stawia na technologię, eksplorację nieznanych, skażonych lądów i trudne dylematy moralne.
⚖WERDYKT Drugi tom nie stawia na nieustanną akcję, ale nadrabia światem, tajemnicami i bohaterami. Iwona nie powiela schematów, całkowicie zmienia scenerię i udowadnia, że świetny debiut nie był przypadkiem. Czekam na finał.
"Sierra weszła na pokład statku jako ostatnia. Długo spoglądała na opuszczony przyczółek i nie mogła pozbyć się wrażenia, że to zaledwie początek. Nigdy nie sądziła, że kontynent będzie bezpieczniejszy od wyspy, ale traktowała je na równi: zakładała jedynie, że napotka inne zagrożenia. Na wyspie najniebezpieczniejsze były klekoty i trujące mgły, a w przypadku kontynentu: olbrzymie pająki na południu, Skrzydło na północy, kanibale i promieniowanie na północnym wschodzie. Do tego olbrzymie połacie pustkowi, na których nie dało się znaleźć nawet źdźbła trawy."
No nie mogłam doczekać się kolejnego spotkania z szamanką Sierrą! Pierwszy tom wylądował w mojej topce roku, więc moje oczekiwania co do kontynuacji były bardzo wysokie.
Drugi tom zaczyna się dokładnie tam, gdzie skoczył pierwszy, Sierra wraz z Laną po ucieczce z wyspy trafiają do kolonii ukrytej pod powierzchnią oceanu. Początkowo są uwięzione pod pretekstem kwarantanny, pod płaszczykiem ostrożności kryje się ciekawość i obawa. Dla mieszkańców kolonii i dla rady "dzikuski" stają się nie tylko sposobem na poznanie sekretów wyspy, ale także narzędziem do negocjacji z silniejszymi, z tymi, którzy na kontynencie szukają prawdy ukrytej głęboko w laboratoriach zniszczonych podczas wielkiego wybuchu, po którym świat zmienił się w to co dziś niesie śmierć.
W "Sercu spowitym mrokiem" obserwujemy rozkwit uczuć między Sierrą i Reedem, jest to pokazane bardzo delikatnie ale z iskrą. Najważniejszym zaskoczeniem okazuje się tajemnica związana z eksperymentami nad nanotechnologią. Odkrywamy strona po stronie nie tylko niebezpieczny kontynent, ale także zaglądamy w przeszłość i to co ona skrywa okazuje się odpowiedzią na wiele pytań, które od pokoleń stawiały szamanki. Skąd się wzięła ich moc? Dlaczego są tak wyjąrkowe? Wiecie gdzie szukać odpowiedzi.
"Serce wielokrotnie złamane, na drzewie pochowane. Serce mrokiem spowite, ku ciemności zwrócone. Serce w stal obleczone, w ogniu unicestwione."
Serce pochowane już było, spowite mrokiem też, więc teraz czas na to obleczone stalą...
"Może i zniszczyliśmy świat, ale ten przetrwał i nie należy już do nas."
Pierwsza część czyli „Serce pochowane na drzewie” to było moje pierwsze zetknięcie się z post-apo i nie sądziłam, że aż tak mi się spodoba! W kontynuacji - „Serce spowite mrokiem” jest też silniejszy motyw dystopii - dla mnie to też swoista nowość 🤭 I od razu mogę powiedzieć, że zachwycił mnie pomysł na podwodną kolonię i społeczeństwo z jasnymi, choć rygorystycznymi zasadami.
W tej części Sierra z Laną mierzą się z nową dla nich rzeczywistością pełną niebezpiecznych stworzeń i zmutowanych potworów. Muszą nauczyć się życia w nowej, odizolowanej społeczności, a powrót do znanego im życia nie jest już możliwy 👀 Do tego nowa rzeczywistość wcale nie jest sielankowa, tak jak Sierra i Lana sobie to wyobrażały 😮💨 Cliffhangery zna każdy, ale dobry hook na początku książki? Już od pierwszej strony miałam sporo pytań i pełno wątpliwości.
Obie dziewczyny próbują uporać się tragicznymi wydarzeniami i stratą, uwielbiam to jak ludzko zostały one przedstawione i to, że zagłębiamy się w psychikę bohaterów ❤️
I tutaj Iwona poruszyła też trudne tematy takie jak żałob@ czy długotrwałe załamanie nerwowe, już w poprzedniej części pojawiła się przem0c domowa, alk0holizm i przedmiotowe traktowanie kobiet. Naprawce doceniam wprowadzenie do książki tr@um@tycznych przeżyć, bo to dzięki nim lepiej rozumiemy bohaterów i ich działania, dodaje to im głębi i wyrazistości, a przede wszystkim - o tym trzeba mówić, nawet jeśli jest to niewygodne 👏🏻
Pojawia się wątek sztucznej inteligencji, którego się tu nie do końca spodziewałam, a który bardzo mi się spodobał. Zostałam zaintrygowana i czekam na rozwinięcie 🤔 Tajemnice wciąż się mnożą i pojawia się więcej pytań, niż odpowiedzi.
Bardzo spodobał mi się format książki, wplecenie zapisków z badań sprzed katastrofy i poprowadzenie dwóch linii czasowych. No i nie da się nie wspomnieć o oprawie graficznej - ilustracje w tekście są cudowne ❤️ a do tego arty 💙
Jeśli szukacie spicy scen to nie w tej książce, co dla mnie jest naprawdę dużym plusem 🤭 Ale nie brakuje tu napięcia między Sierrą i Reedem, wątpliwości ale i nadziei. Czasem brakuje mi w książkach relacji przedstawionej w naturalny sposób, gdzie bohaterowie nie są sobie przeznaczeni i bez względu na konsekwencje zrobią dla siebie wszystko -i tutaj dostałam właśnie taką przyjemnie przyziemną relacje, która nie jest osią całej książki ❤️
„Nie mogę obiecać ci małżeństwa. Ani rodziny. Nie wiem nawet, czy potrafię zbudować dobry związek... - wyszeptał. - Ale dla ciebie jestem gotów spróbować. Zasługujemy na szansę."
Nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała o subtelnym wątków queerowym i nie jest on wciśnięty na siłę, a naprawdę złożony emocjonalnie i poprowadzony naturalnie 👏🏻
Warsztatowo ten tom jest na pewno bardziej dopracowany i przemyślany, widać, że Iwona z każdą książką pisze lepiej i lepiej (nie żeby poprzedni był słabo napisany, nie zrozumcie mnie źle 🤭). Przyjemnie obserwować, gdy ktoś rozwija skrzydła 🕊️
„Serce wielokrotnie złamane, na drzewie pochowane. Serce mrokiem spowite, ku ciemności zwrócone...”
[współpraca reklamowa @wydawnictwoexcalibur ]
Kojarzycie te książki, przy których mówicie sobie „jeszcze tylko jeden rozdział”, a kończycie o trzeciej nad ranem, czytając podziękowania?
Lojalnie ostrzegam – Serce się do tej grupy zalicza. I gwarantuję, że nie będziecie żałować ani minuty, nawet jeśli następnego dnia Wasze dziecko postanowi obudzić Was skoro świt. 😅
Sierra i Lana muszą odnaleźć się w zupełnie nowej rzeczywistości. Do tej pory względnie wolne, trafiają do zamknięcia. Ich radykalna decyzja o ucieczce z wyspy przynosi zupełnie inny skutek, niż zamierzały, a mieszkańcy podwodnego miasta zdecydowanie za mocno zaczynają interesować się ich pochodzeniem.
Kiedy książka zaczyna się zdaniem: „Gdy Sierra wpatrywała się w ściany swojego więzienia, po raz kolejny dotarło do niej, że zaufała nieodpowiedniemu mężczyźnie”, wiesz, że będzie grubo. I jest. Zresztą po Sercu pochowanym na drzewie i Sabacie wiedziałam już, że biorę w ciemno wszystko, co wyjdzie spod ręki Iwony.
Początek rozwija się dość powoli. Mamy czas, by poznać nowy świat, na nowo rozgryźć bohaterów i przyzwyczaić się – tak jak główne bohaterki – do warunków panujących pod wodą. Sierra jest bardzo zagubiona, ale stopniowo budzi się z letargu odkrywając uśpioną w sobie moc. W końcu mamy też okazję bliżej poznać Lanę. Choć wcześniej nie pałałam do niej sympatią, teraz zdecydowanie ją zyskała. Jest narwana i czasem lekkomyślna, ale im dalej w historię, tym bardziej ją podziwiałam. Przeszła wiele, a mimo to odnalazła w sobie siłę, by walczyć i zebrać swoją towarzyszkę do kupy.
Wtrącenia z przeszłości i fragmenty dotyczące projektu bardzo mnie intrygowały. Nie sądziłam, że historia o szamankach z vibem Pocahontas rozwinie się w takim kierunku. Czekam na więcej. POTRZEBUJĘ WIĘCEJ. Zakończenie zostawiło ogromny niedosyt, więc mocno trzymam kciuki za szybką kontynuację.
Och jak ja czekałam na tą książkę! Pierwszy tom skradł mi serce i sprawił, że nie mogłam przestać myśleć o tej historii. Moje oczekiwania były przeolbrzymie, bo autorka postawiła poprzeczkę bardzo wysoko, ale czy udało jej się je spełnić?
Odpowiedź brzmi: tak tak i jeszcze raz tak! Dostałam więcej niż oczekiwałam, emocje były przeogromne, akcja wartka, fabuła zaskakująca a książka niesamowicie wciągająca.
Obawiałam się tego, że po trujących mgłach i zmutowanych stworach już nic mnie nie zaskoczy, jednak Iwona przeszła samą siebie i poza tym, że dostałam więcej niesamowitych potworów, pojawił się też świetnie wykreowany świat zniszczony apokalipsą, gdzie miejsca dla ludzkości zaczęło brakować.
Przejdźmy do bohaterów, bo tym też chciałabym się zachwycić. Zrodził nam się tu przepiękny wątek found family, a relacja Sierry i Lany jest moją ulubioną ever (wybaczcie tym razem nie padło na Reeda). Dziewczyny cudownie się ze sobą zżyły, a niektóre ich momenty przyprawiły mnie o łzy.
Tak jak kocham wszystkich bohaterów, nooo… większość, tak jeden z nich skradł mi serce, a tak dokładniej skradła, bo mowa tu o Lanie! To jak bardzo się utożsamiam z tą bohaterką przerosło moje oczekiwania. Dziewczyna jest silna, waleczna i twardo stąpa po ziemi będą wsparciem dla Sierry. Przyznaję, że z chęcią bym się z nią zaprzyjaźniła.
Ta historia to niezwykła podróż, przez spustoszony zagładą świat, w którym uczennica szamanki próbuje przetrwać i uratować siebie oraz swoich bliskich. Ta książka jest bliska memu sercu i ogromnie Wam ją polecam, jednoczenie nie migać się doczekać na finał tej trylogii! Czytajcie Serce!
Kiedy dowiedziałam się, że 2 tom serii “Serce” będzie dział się w głębinach oceanu od razu wiedziałam, że spodoba mi się jeszcze bardziej niż pierwszy. I właśnie tak było🌊
W tym tomie świat robi się jeszcze ciekawszy, podwodna kolonia z wysoko rozwiniętą technologią i coraz więcej pytań!
Uwielbiam nasze główne bohaterki. Perspektywy Sierry i Lamy przeplatają się z ich sytuacjami z przeszłości, które nadają sensu całej fabule. Do tego dochodzą raporty pewnego naukowca, rzadko kiedy są dostępne w całości, a dotyczą badań nad tym, jak doszło do zniszczenia Ziemi. Na początku nie mówią zbyt wiele, ale wraz z rozwojem historii zaczynają nabierać sensu i wyjaśniają wiele ciekawych kwestii 👀 i czy tak naprawdę był to przypadek?
Ten tom zmusza do refleksji 😅 można się zastanowić czy my też możemy tak skończyć 😐 (tak jak już wiele razy wspominałam) ludzkość naprawdę, aż za często sprawia wrażenie, jakby dążyła do samodestrukcji.
Muszę przyznać, że Lana jest moją faworytką! Uwielbiam jej osobowość, kobieta ma własne zdanie, silną psychę i nie pozwala sobą sterować. A równocześnie nosi w sobie bardzo bolesne wspomnienia po zmarłej ukochanej🫠
Ważnym elementem historii są też “demony” przeszłości. Sierra mierzy się z duchami zmarłych bliskich, które ciągle przypominają jej, że nie mogła ich ocalić i próbują wmówić, jaka to jest beznadziejna.
Podobało mi się również to, że mimo ogromnych różnic między wyspą głównych bohaterek, a zaawansowaną technologicznie kolonią, zaczynają zauważać, że te dwa światy wcale nie różnią się, aż tak bardzo. Sposób życia, zasady, kontrola, ograniczenia. Niby w kolonii jest o wiele więcej udogodnień, ale to wcale nie znaczy, że jest tam lepiej. A do tego różne stwory czyhające w głębiach oceanu…🌊
Temat sztucznej inteligencji ON TOP, przypomina to nasze czasy, przez co cała książka robi jeszcze większe wrażenie!
Jak kiedyś wspominałam 1 tom bardzo kojarzył mi się z historią Tarzana, chociaż później @zaczytany.nauczyciel.yivrett uświadomił mnie, że ten tytuł jest raczej inspirowany Pocahontas. Za to ten tom kojarzy mi się z “Obcym”, “Rojem” Crichtona oraz oczywiście dylogią “Podwodny świat”🩵
Mam ogromną nadzieję, że @kociara_pisze nie będzie nas długo trzymała w niepewności i l kolejny tom pojawi się niedługo, bo już nie mogę się doczekać!
“My, ludzie, nie zasługujemy na to, by przetrwać.” Współpraca barterowa @wydawnictwoexcalibur Dziękuję bardzo za książkę 🪼 #sercespowitewmroku #scifi
Zacznę od tego, że przeczytałam wszystkie książki Iwony, mimo iż pierwszy tom "Serca..." nie zwalił mnie z nóg, wiedziałam, że to dopiero początek i trzeba dać szansę. Już między pierwszym tomem "Serca...", a "Sabatem Kocich Wiedźm" było widać ogromny rozwój w stylu pisania, umiejętności budowania świata, a przede wszystkim pokazywaniu emocji bohaterów (bo tego chyba najbardziej brakowało mi w pierwszym tomie, był dość prosty i okrojony w uczucia). Natomiast to, co zaserwowała nam autorka w drugim tomie serii, poskładało mnie na łopatki! Świetne opisy, rollercoaster emocji, genialny rozwój postaci, naprawdę doskonała robota! Przeczytałam tę pozycję na jednym tchu i powiem tyle: jeśli to dopiero trzecia książka Iwony, strach się bać, co będzie robić z naszymi wnętrznościami każda kolejna. Ogień 🔥❤️
Ścieżka załadowana koniec gry. Ogólnie całość na plus, ale zaznaczam że pierwszy tom był dla mnie lepszy. Tutaj mam mały zgrzyt. Nie jest to zła historia, ale gdzieś po drodze zgubiłam w tym tomie charakter Sierry i nawet Reeda. Na szczęście Lana ratuje całościowo sytuacje i ciągnie to wszystko na odpowiedni poziom. Trochę wkurzały mnie w pewnym momencie informacje na początków rozdziałów. Takie niby dla nas, ale powielające się później w samej historii przez co nie ma takiego efektu wow gdy dochodzimy do punktu kulminacyjnego. Plusy to oczywiście potwory, świat i sama historia bo naprawdę szybko się ją poznaje. Końcówka zdecydowanie mocna, trzymająca, pełna emocji których brakowało mi w pozostałej części.
„Serce spowite mrokiem” czyli post apo dla tych, którzy tęsknią za klimatami rodem z „Niezgodnej” i „Więźnia labiryntu”! Iwona Serej powraca w kontynuacji „Serca pochowanego na drzewie” i jest to powrót nader udany. Sierra opuszcza już nie tak bezpieczny, znany sobie świat i udaje się do ludzkiej kolonii skrytej pod wodą. Tylko, czy życie tam okaże się proste? A może coś będzie nadal ją ciągnąć na powierzchnię? To powrót do świata, który mnie zaintrygował i przypomniał za co pokochałam historie post apo jako nastolatka. Za to, że nic nie jest oczywiste, że często pojawia się tam motyw drogi i tak jest w tym przypadku. Nasza bohaterka rusza w świat, którego nie zna, a jednocześnie odkrywa samą siebie. Swoje potrzeby, uczucia, pragnienia. Autorka opisała to wszystko w niezwykle subtelny sposób, a dodatkowo pierwszy raz od dawna, dzięki niebiosom, zafundowano mi ship, który nie opiera się na toksycznych wzorcach. Nie ma tu kłamstwa, nacisków, chorych podszeptów. Jest czas, przestrzeń i szacunek. I nie jest to na pierwszym planie, bo ważniejsza jest akcja! W pakiecie poznajemy kolejne ludzkie kolonie, dowiadujemy się, dlaczego doszło do zagłady naszej rasy. Czy można sobie wymarzyć coś bardziej komfortowego?! Jeśli tego lata potrzebujecie czegoś co zyska miano #comfortreads to definitywnie to pozycja dla Was, a przy okazji najlepsza książka autorki! 🩵🐙