Płonie ognisko i szumią knieje, a morderca jest wśród was.
Złorzecze ukryte wśród lasów wydaje się miejscem, gdzie nic się nie zmienia. Do czasu.
Nad Borami Tucholskimi przechodzi wichura, która łamie drzewa jak zapałki i zmienia spokojną okolicę w chaos. Wśród powalonych pni zostaje znalezione ciało byłego leśniczego, Jana Śliwy. Wszystko wskazuje na tragiczny wypadek.
Las pamięta wszystko. Nawet to, co ludzie od lat próbują zakopać pod ziemią i przykryć milczeniem.
To jeden z tych kryminałów, w których atmosfera odgrywa równie ważną rolę jak sama zagadka. Od pierwszych stron czuć wilgoć borów, ciężkie powietrze po wichurze i niepokój unoszący się nad małą społecznością, która od lat żyje obok własnych sekretów. Autorka bardzo umiejętnie wykorzystuje scenerię Borów Tucholskich. Las nie jest tu jedynie tłem wydarzeń, ale czymś żywym, obserwującym i przechowującym pamięć o dawnych tragediach.
Ogromnie podobało mi się również prowadzenie fabuły na kilku płaszczyznach czasowych, które powoli splatają się w jedną całość, odsłaniając kolejne warstwy przemilczeń, win i starych krzywd. Autorka nie spieszy się z odkrywaniem kart, dzięki czemu napięcie narasta stopniowo i naturalnie. To bardziej kryminał oparty na atmosferze oraz psychologii bohaterów niż dynamicznej akcji, ale właśnie dzięki temu historia działa tak dobrze.
Największą siłą książki są jednak bohaterowie. Nie ma tutaj postaci jednoznacznie dobrych ani całkowicie złych. Wszyscy noszą w sobie jakiś ciężar, rozczarowanie albo dawną winę. Szczególnie dobrze wypada postać komendanta - zmęczonego życiem, który próbuje zamknąć swoją pierwszą sprawę. Bardzo dobrze zostały pokazane mechanizmy funkcjonowania małej społeczności, gdzie ludzie wiedzą o sobie więcej, niż chcieliby przyznać, ale jednocześnie od lat uczą się milczeć.
„Złorzecze” to niezwykle klimatyczny debiut, który momentami przywołuje skojarzenia z najlepszymi kryminałami regionalnymi i nurtem forest noir. Nie jest to historia oparta na tanich zwrotach akcji czy brutalności, ale na powolnym odkrywaniu prawdy i atmosferze nieustannego napięcia. Po zamknięciu książki zostaje przede wszystkim uczucie chłodu i świadomość, że najgroźniejsze burze często wcale nie przechodzą nad lasem, lecz wewnątrz ludzi.
„Złorzecze” sponsoruje podróż do miejsca, gdzie pozornie wszystko płynie spokojnie, a nieco zapomniany świat funkcjonuje we własnym rytmie. Mimo tej scenerii już od pierwszych stron czuć, ze pod tą fasadą tkwi coś więcej, czyli tajemnice, urazy i dawne winy, które już w blokach startowych gotują się do ataku.
Punktem zwrotnym jest gwałtowna wichura, która oprócz dewastacji krajobrazu, dewastuje pozorny spokój za sprawą ciała Jana Śliwy. Pozornie nie ma sensacji, a wszystko wygląda na wypadek, jednak autorka skutecznie zasiewa niepewność, a każdy kolejny rozdział lawinowo odkrywa dawne tajemnice.
Lubie korzystanie z dwóch ram czasowych i muszę przyznać, że autorka bardzo dobrze operowała przedstawiając wydarzenia, z różnych osi, a stopniowe odkrywanie tajemnic ciekawiło i zdecydowanie wzbudzało emocje, a każde kolejne wydarzenie zaskakiwało i sprawiało, że oczekiwałam, co jeszcze za rogiem na mnie czeka.
Dla mnie ta książka najmocniej stoi atmosferą, ponieważ autorce udało się zaadaptować scenerie do tego stopnia, że sama w sobie nudzi niepokój i poczucie izolacji, a gdy doda się do tego zamkniętą społeczność, pełną nieufności i powiązaną siecią zależności to już wiadomo, że wszystko zagra znakomicie.
Mocnym punktem są wykreowani bohaterowie, ponieważ Kasak nie stworzyła postaci płaskich, każdy jest jakiś i co ważne każdy na swój sposób jest moralnie niejednoznaczny, bo trudno tutaj wyrokować co jest dobre a co złe.
Historia bez wątpienia klimatyczna i mroczno nastrojona na wrażenia, mnie przedstawione realia przekonały, a lokalny koloryt zagrał idealnie. Nie brakuje tajemnic, sekretów i bohaterów, którzy często budzą skrajne emocje. Ja jestem kupiona i czekam na więcej.