Minęło ćwierćwiecze od transformacji ustrojowej w Polsce. Choć różne dane wskazują na całkiem dobrą kondycję polskiej gospodarki, społeczeństwo nie jest w najlepszym stanie. Młodzi ludzie masowo emigrują, spada liczba urodzeń, instytucje publiczne są nieefektywne, brakuje poczucia wspólnoty między Polakami, a na scenie politycznej rozgrywa się pełen afer medialny spektakl. Czy istnieje wyjście z tej sytuacji?
Jan Sowa, autor szeroko komentowanej książki Fantomowe ciało króla, pokazuje źródła tego stanu rzeczy, obala mity na temat polskiej historii, poddaje błyskotliwej i krytycznej analizie dominujące w Polsce nurty polityczne: konserwatyzm oraz neoliberalizm, i w przystępny sposób wskazuje, że istnieje też trzecia droga...
Jan Sowa (ur. 1976) – studiował filologię polską, psychologię i filozofię na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie oraz na Uniwersytecie Paryż VIII w Saint-Denis. Doktor socjologii, pracownik naukowy Katedry Kultury Współczesnej UJ. Jest autorem około stu tekstów opublikowanych w Polsce i zagranicą oraz dwóch książek: Sezon w teatrze lalek i inne eseje (2003) i Ciesz się, późny wnuku. Kolonializm, globalizacja i demokracja radykalna (2007).
To jedna z tych sytuacji, gdy trudno wystawić ocenę. Po zastanowieniu jednak: bardzo dobra, choć z zastrzeżeniami. Po pierwsze: mam mieszane uczucia myśląc o adresacie. Bo „Inna Rzeczpospolita jest możliwa. Widma przeszłości, wizje przyszłości” to książka po prostu nierówna. I to na wielu płaszczyznach. A im bliżej przyszłości, tym proporcjonalnie wyboje i trudności dla czytelnika większe. Czerpiąc z tytułu: jeśli chodzi o widma przeszłości - jest doskonale. Treść dotyczy tematów poruszanych we wcześniejszych utworach autora, jest mu doskonale znana i przemyślana. Co zaowocowało zadziwiająco lekkim i przyjemnym w odbiorze stylem. Krótko mówiąc: tezy sensowne, klarownie wyłożone i podparte twardymi argumentami. Może (a według mnie nawet powinien) to przeczytać każdy Polak. Nie tylko osoby związane z naukami społecznymi. Reszta książki jest już stylowo cięższa, coraz bardziej nasycona „aparatem pojęciowym” i raczej nie przeznaczona dla szerokiego grona odbiorców. Analizy związane z „Solidarnością” są kontrowersyjnie świeże, choć tu już znajomość podstaw nauk społecznych będzie pomocna. Natomiast wizje przyszłości jakoś zupełnie do mnie nie dotarły. Ta część jest najcięższa w odbiorze i wypełniona odniesieniami do różnych teorii. A w ogóle, to niby wiem, co autor miał na myśli, ale... czegoś brak, miałem wrażenie, że nie dodrukowano podsumowania, że książka skończyła się w pół zdania. Choć trzeba uczciwie przyznać, że już we wstępie zostałem ostrzeżony, że autor ma pewną koncepcję, z której szkicem chce mnie zapoznać. Co by jednak nie mówić: Pan Jan Sowa ma talent i rozwija się. Ja na pewno czekam na więcej.
Sowa tłumaczy dlaczego wolnorynkowy kapitalizm nie mógł się u nas udać. Najpierw pokazuje, że cała Europa wschodnia szła zupełnie inna drogą rozwoju niż stany, Wielka Brytania, Hiszpania, Niemcy. My mieliśmy bardzo długi okres sarmacki, w którym panował bardzo dziwny wtórny feudalizm, który narzuciliśmy na przykład Ukrainie traktując ją jak "Polskę niżną". Ten feudalizm opierał się na klasie chłopskiej która musiała odrabiać nawet 10 dni pańszczyzny w tygodniu. Nie rozwijaliśmy kompletnie gospodarki, nie szliśmy za technologiami, byliśmy uparcie gospodarka rolną, gdy reszta świata stawała się już gospodarką opartą na przemyśle. Co więcej , nawet nie potrafiliśmy tego rolnictwa rozwinąć w taki sposób, żeby pola uprawiać sprytnie. Po prostu powiększaliśmy je i wyzyskiwaliśmy chłopów jeszcze bardziej. W czasie 200 lat Kraków powiększył się z 15 tys do 25 tys mieszkańców, a taki Londyn z 10 tys do miliona. Podobnie Berlin. No ogólnie wiocha straszna, zaścianek. Główny wniosek Sowy jest taki, że to jest taka historyczna wyrwa, że my nie potrafiliśmy jej zasypać. Nasze mieszczańskie relacje społeczne i w ogóle życie społeczne nie potrafiło się zawiązać. Po wojnie na szybko ksztalcilismy ludzi żeby mieć jakiekolwiek elity, żeby doskoczyć do procesu industrializacji. Polacy z chłopów stawali się robotnikami i wkurwiali się, że od zawsze żyjący obok nich Żydzi lepiej wyszli na zajmowaniu się handlem, niż my na roli i w dworkach. Był taki moment że kupcy mieli więcej hajsu niż ubożejaca szlachta. I tu mamy początek transpokoleniowej traumy, o której pisał Leder w Prześnionej Rewolucji. Już wtedy znaleźliśmy sobie wroga i mamy go dziś. Dalej jest o tym że Solidarność była prawdziwą rewolucją i to z ducha komunistyczną, a zatrzymaną przez komunistów (ZSRR) który zarzucili komunistyczne ideały. Natomiast Solidarność z początku w ogóle nie chciała zmiany gospodarczej. Chciała "godnej" pracy, żeby robotnicy nie byli pałowani. Żeby mieli jedzenie w kantynie, żeby było żarcie na pułkach. ZSRR nie chciało tego zapewnić bo nie doceniało istotności gospodarki konsumpcyjnej. Zbyt mocno kojarzyła się im z kapitalizmem. Lepiej było im przeznaczać wszystkie nadwyżki na przemysł ciężki. Wszystko by wygrać zimnowojenny wyścig. Niestety ale KOR nie rozumiał robotników. Oni woleli walczyć za wolność słowa (bo to za nią byli pałowani) niż za wolność zgromadzeń (za to pałowano robotników). Nie mogli się dogadać, bo byli pałowani za odmienne rzeczy, a więc co innego było dla nich ważne. :( No i koniec końców przyszedł stan wojenny, który musiał się wydarzyć żeby Rosja nie interweniowała we własnej osobie. :/ Ten stan wojenny internował najważniejszych ideowych działaczy i osłabił w ludziach rewolucyjny potencjał. Ludzie z PZPR tacy jak Balcerowicz zaczęli interesować się prywatyzacją państwowych majątków, Breżniew umierał, Jeffrey Sachs (ten od banku Goldman Sachs) przylazł do Balcerowicza z inicjatywą pożyczki dla kraju od Międzynarodowego Funduszu Walutowego i tak właśnie zarzucilismy ideę równości kapitału prywatnego, państwowego i spółdzielczego (jeden z piękniejszych postulatów solidarności) na rzecz fascynacji wolnorynkowym kapitalizmem w modelu amerykańskim. Chcieliśmy gospodarczo naśladować ludzi którzy mieli zupełnie inna historię od nas. I wyszło jak wyszło. Nie mogło się udać. Nie da się tych samych metod użyć na tak innym gruncie. Liczenie tu na sukces to przykra iluzja, w której żyjemy.
Dość nierówna. Wtręty o psychoanalizie, na przykład, według mnie wniosły niewiele poza zaciemnieniem wywodu. Z drugiej strony fragmenty o działalności Solidarności mocno wciągające 🤷🏻♀️
Czy inna Rzeczpospolita jest możliwa? Po przeczytaniu wcale nie jestem przekonany, że jest. Jestem za to przekonany, że Polska nie była i nadal nie jest - jak niekiedy jest to przedstawiane - krajem dobrobytu i sprawiedliwości społecznej. Jan Sowa twierdzi, że utknęliśmy w pewnego typu "minimum lokalnym". Wydaje nam się, że "historia się skończyła" i że w końcu osiągnęliśmy optymalny ustrój ekonomiczno-polityczny, ale tak nie jest. Rzeczpospolita potrzebuje gruntownej naprawy i warto o to walczyć abyśmy nie byli jak "świnie stojące na straży fabryki parówek".
"Liberalizm gospodarczy opowiada się za minimalną liczbą zasad ograniczających swobodę działania podmiotów. a wiadomo, że brak reguł - czyli tak zwana wolna amerykanka - sprzyja przede wszystkim silnym. Jeżeli walka toczy się bez ograniczeń, to największe szanse wygrać ją ma ktoś, kto jest jednocześnie silny i pozbawiony skrupułów. Liczy się skuteczność, a ta zależy od posiadanych zasobów i możliwości działania. Gdy Anglia akumulowała bogactwo i walczyła o pozycję światowego hegemona, prowadziła politykę ochrony swojej gospodarki. Gdy stała się silna, przeistoczyła się w czołowego adwokata wolności handlu. Ameryka też nie mogła zrobić głupstwa, czyli stać się orędowniczką liberalizmu, nie mając wystarczająco silnej pozycji. Największa głupota, jaką może zrobić słabszy, to domagać się walki bez reguł. To gwarancja szybkiego nokautu. Mniej więcej coś takiego robią polscy liberałowie gospodarczy. (...) Liberalizm gospodarczy jest ideologią bogatych i silnych. Z tego powodu jego aplikacja w polskim kontekście nie ma kompletnie sensu. Promując go w Polsce, zachowujemy się jak świnie stające na straży fabryki parówek"
Przeczytać warto, ale… byłby zawód gdybym wcześniej nie przeczytał kilku polemik (np. Orlińskiego) z niektórymi tezami tej książki. No więc zawszasu wiedziałem w jakich punktach słabości się spodziewać i mniej więcej tak to właśnie wyglądało. Zdecydowanie ciekawa część krytyczna, choć Sowy jazda po sarmatczyźnie jest niczym ponad autostreszczenie tez z jego poprzedniej, obszerniejszej książki. Podpasiła mi analiza istoty i dziedzictwa "Solidarności". Natomiast tam, gdzie przechodzi do proponowania rozwiązań, bywa albo ogólnikowy, albo wpada w zachwyt różnymi rozwiązaniami technicznymi, których sam nie do końca rozumie i najczęściej zalicza w tych momentach widowiskowe zderzenie z rzeczywistością (widoczne oczywiście dla kogoś, kto ma o tych sprawach jako takie pojęcie, ale tu odsyłam choćby do wspomnianego wyżej felietonu i blognotki WO).
Generalnie warto wrzucić na ruszt, żeby wiedzieć o czym się mówi (a mówi się o tej książce sporo), ale tak raczej z obowiązku. Na szczęście to krótka rzecz, przy odrobinie samozaparcia do zrobienia w jeden wieczór.