Jan Rodowicz "Anoda" był legendą Szarych Szeregów. To on pierwszy rzucił butelkę z benzyną podczas akcji pod Arsenałem. UB przyszło po niego w Wigilię 1948 r. Dwa tygodnie później już nie żył. Oficjalna wersja mówiła: wyskoczył z okna czwartego piętra gmachu Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Nikt z bliskich w to nie uwierzył. Wszyscy słyszeli o ubeckich torturach. Podejrzewano, że "Anodę" śmiertelnie pobito albo zastrzelono. Czy dowiemy się kiedykolwiek, jak było naprawdę?
Nie ma chyba takiej osoby w Polsce, która by nie słyszała o Janie Rodowiczu "Anodzie". Zwłaszcza, że "Kamienie na szaniec" była obowiązkowa lekturą szkolną. Historia jego życia nie ogranicza się tylko do II wojny światowej. Do dzisiaj nie wiadomo jak naprawdę zginął. Jedynie znane jest miejsce jego śmierci - budynek Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego przy ulicy Koszykowej w Warszawie. Pewnie nigdy się nie dowiemy co dokładnie się stało 7 stycznia 1949 roku w gmachu MBP. Z kart książki Lipińskiego rysuje nam się obraz Janka jako normalnego chłopaka, który musiał szybko dorosnąć w okupowanej Polsce. Przez znajomych został zapamiętany jako pogodny i skory do figlów młodzieniec. Gdy trzeba było chwycić broń robił to bez wahania. Przyjaźnił się z bohaterami "Kamieni na szaniec" Kamińskiego. Po wojnie przyczynił się do zbierania wspomnień z czasów okupacji. Razem z Bogdanem Cielińskim spisali powstańczą działalność batalionu "Zośka", zawierająca meldunki i rozkazy. Podczas aresztowania w 1948 roku udało się ukryć dokumenty. Książkę czyta się szybko. Jest to dobry reportaż historyczny. Polecam.