To już dziesięć lat od kiedy pierwszy tom Kłamcy zagościł na półkach i w sercach czytelników.
Loki – nordycki bóg kłamstwa na usługach aniołów, a także, mimochodem, bohater pięciu książek, komiksu i gry karcianej – nie ma czasu świętować. Oto bowiem przyjdzie mu się zmierzyć z jednym z największych swoich wrogów. W dodatku na własne życzenie, bo wszystko wskazuje na to, że Dezyderiusza Crane’a, samozwańczego boga popkultury, stworzył omyłkowo nie kto inny jak Loki właśnie.
Teraz rozpoczyna się gra z czasem, tym trudniejsza, że z każdą chwilą nowy bóg coraz lepiej poznaje swoje możliwości. Jego główną mocą jest kontrola nad narracją, a nawet… nad całą opowieścią.
Jubileuszowa powieść o Lokim to wariacka jazda bez trzymanki umiejscowiona fabularnie pomiędzy opowiadaniami z drugiego tomu. Pełna gościnnych występów, ciętych bon-motów i będących wyznacznikiem serii popkulturowych nawiązań usatysfakcjonuje wszystkich miłośników Kłamcy.
Człowiek, który nie potrafi usiedzieć w miejscu. Pisarz, komik stand-upowy, publicysta, podróżnik. Autor ponad dwudziestu książek, a także licznych opowiadań, słuchowisk, artykułów, sztuk teatralnych i scenariuszy.
Najfaniejsze w tej książce są obrazki Lubiłam serie o Kłamcy autorstwa Ćwieka, gdy byłam w gimnazjum, a może już nawet w liceum, w każdym razie na etapie średnioszkolnym. Z tym, że ja na tym etapie już nie jestem, a te książki tam zostały, ba, albo one się cofają, ale ja już nie pamiętam, jaka głupia byłam. Nie wracałam do Kłamcy od lat, bo fajniejsze wersje Lokiego czytam w fanfiction do Marvela i jestem pod tym względem zaspokojona. Ponieważ na skutek zbiegów okoliczności trafiły do mnie dwie książki, które uznaję za Ćwiekowe autorskie fanfiction do Kłamcy, czyli Kłamca 2.5 i Kłamca. Papież sztuk, uznałam, że sobie poczytam. Cholera, to był błąd. Jak na polskie fanfiction to może i fajne, ale zdecydowanie nie jest to fanfiction najwyższego lotu. Po pierwsze festiwal kiełbasiany bez slashu? Że niby jaki w tym sens? Ale naprawdę podziwiam to jak (nie)zręcznie można się było pozbyć jedynej postaci kobiecej w serii tylko dlatego, że się nie ma na nią pomysłu. Owacja na stojąco. Lokiemu dowcip się stępił i to mocno, bo humor ma teraz zdecydowanie fekalno-genitalny i pozostaje mi jedynie mieć nadzieję, że jednak taka głupia w gimnazjum nie byłam. Co zaś do użycia popkultury jako sposobu kreacji nowego bóstwa – będę pierwsza, która stwierdzi, że w zsekularyzowanym społeczeństwie popkulturowe afekty są bardziej żywe niż uczucia religijne i że Star Wars praktycznie jest religią albo pełni analogiczne funkcje społeczne i nie ma w tym nic złego. Ale, cholera, można by mieć jakiś pomysł na to, co się na ten temat pisze, a nie rzucać hasłami, jakby takie terminy jak „konwencja” wszystko wyjaśniały. Niby czym są popkulturowe klisze, którymi operuje Crane? Nawet analizatornie mają bardziej rozbudowane teorie imperatywu narracyjnego niż Papież sztuk swoje pojęcie o popkulturze. A skoro autorowi nie chciało się zadbać o wyjaśnianie świata przedstawionego i jego zasad to mnie się nie chce czytać do końca. Chyba najsłabszym momentem w powieści jest ten, gdzie dochodzi do starcia na polu dziecięcej wyobraźni. I te kreowane na siłę przerażające hybrydy, jakie mają zaludniać wyobraźnię Billy’ego można uznać za definicję terminu „starać się za bardzo”. Ćwiek powinien sobie odświeżyć Gaimana, największego piewcę dziecięcej grozy i autora najlepszego Lokiego w popkulturze, żeby przypomnieć sobie, jakimi zasadami rządzą się dziecięce strachy i lęki. Wystarczy zestawić hybrydy z lasu boboków ze światem, który odkrywa Coralina i Matką-Pajęczycą. Siła strachu, jaką wzbudzała Matka nie leżała w tym, że była pokraczna i przerażająca na pierwszy rzut oka, ale w tym, że odsłaniała, jak w krzywym zwierciadle, pokraczność i strach, które bierzemy za oczywistość i codzienność, za normalność. Pokazywała ukryte skrzywienie świata, którego uczymy się nie dostrzegać, ale dzieci jeszcze tego nie potrafią, bo ich socjalizacja nie dobiegła końca i widzą wypaczenia, które nazywamy normą. Nie muszą tworzyć własnych wypaczeń. Tym, co je przeraża w ciemnościach sypialni są ich własne zabawki. I zasadniczo jest mi smutno, bo kolejny kawałek dzieciństwa (cóż, wczesnej młodości) poszedł w cholerę i już nie będę o nim myślała z sentymentem. A nie mam aż tak wiele rzeczy, które sprawiały mi kiedyś przyjemność, żebym mogła się ich bez żalu pozbywać.
Z niektórymi bohaterami potrafimy zżyć się jak z przyjaciółmi. Ja mam tak z Lokim z Kłamcy od Jakuba Ćwieka. Polubiłam szczerze tego skubańca i wyrachowanego drania, a jego poczucie humoru nieodmiennie mnie bawi do łez. Dlatego długo nie wytrzymałam od poprzedniego tomu, by nie sięgnąć po kolejny tom jego przygód. I tym razem między tymi fantastycznymi okładkami znalazłam pełnoprawną powieść ze świata Kłamcy. Loki, nawet o tym nie wiedząc, powołuje do życia nowego boga – Dezyderiusza Crane'a. Początkowo jest on aktorem, a potem przekształca się w boga popkultury. Zna wszystkie schematy, które widzimy na co dzień w kulturze popularnej, świetnie ogarnia co powinien zrobić w danej sytuacji i jaki to będzie miało efekt. Dzięki temu jest niemal niepokonany dla Lokiego, który musi się naprawdę nieźle nagimnastykować. A na dodatek musi uważać, bo Michał jest na niego wściekły za to, co się stało... Na szczęście, w ogólnym rozrachunku, i tak będzie musiał zjednoczyć swoje siły z nordyckim bogiem, by opanować powstały chaos. Co ja Wam tu będę długo mówić – Loki wciąż i niezmiennie bawi mnie tak, jak przy pierwszym tomie. Jest cały czas tak samo wredny, ironiczny i bezczelny, jak przez wszystkie poprzednie tomy. A przy tym nie sposób go nie polubić i w jakiś sposób nie zaprzyjaźnić się z nim. Widać jednak, że jego postać ewoluuje z tomu na tom, zmienia się nieco psychika bohatera, co cieszy – nie ma chyba nic gorszego, niż bohater, który w ogóle się nie zmienia. Dlatego każdy kolejny tom czyta się z uśmiechem na twarzy i niekontrolowanymi wybuchami śmiechu. Najbardziej w sumie brakowało mi aniołów w tej historii, bo pojawia się tylko epizodycznie Michał i Gabriel – dla odmiany jest za to dużo Bachusa i Erosa, którzy bawią bardziej niż archaniołowie, a ich postaci są przy tym naprawdę ludzkie i przesympatyczne. Przy tym wszystkim całość książki jest wypakowana akcją od pierwszej do ostatniej strony. Co ciekawe, Ćwiek postanowił tym razem w nieco inny sposób pobawić się z czytelnikami. W kilku miejscach możemy sami zdecydować, w jaki sposób historia ma się toczyć – potem i tak wracamy do jednego i tego samego punktu, co może nieco rozczarowywać. Kolejnym zaskoczeniem jest to, że w środku znajdziemy też nieco komiksu, a wszystkie ilustracje wykonała Magdalena Babińska (znana skądinąd z ilustrowania i przygotowywania okładek do ostatnich książek Anety Jadowskiej). Bawi również wykorzystanie w scenie strzelaniny slow-motion – wydawałoby się to niemal niemożliwe w książce, a jednak tak jest. Loki w samochodzie wykonuje w zwolnionym tempie takie nieprawdopodobne akrobacje, że kręgosłup na samą myśl o tym boli. Nie brakuje tu też po raz kolejny nawiązań do filmów, literatury i muzyki, którą znamy, a ich odnajdywanie sprawi każdemu czytelnikowi sporo frajdy. Ten tom był wydany dekadę po opublikowaniu pierwszej książki z serii o Lokim, bogu kłamstwa i iluzji. Dlatego też na końcu książki możecie przeczytać o historii powstawania tej serii, o tym, jakie powstawały oprócz niego inne powieści autora, a także jak zajmował się innymi projektami. To spora gratka dla każdego fana twórczości pisarza. Każdy kolejny tom historii o Lokim i jego przygodach jako Cyngiel Niebios niezmiennie bawi i sprawia mnóstwo frajdy. Jeśli jeszcze zastanawialiście się nad tym, czy sięgnąć po tę serię, to zachęcam już po raz czwarty – bierzcie i czytajcie, dobra zabawa gwarantowana!
Zawiodłam się. Nudna, przewidywalna fabuła, która odhaczała kolejne popkulturowe tropy, ale zupełnie bez wdzięku czy świeżego podejścia. Brakowało mi humoru, który pamiętam z poprzednich części. Może to czas podkolorował wspomnienia, ale Loki Ćwieka nigdy nie wydawał mi się dupkiem, a tu nim jest. W dodatku zupełnie pozbawionym uroku. "Papież" dzieje się przed trzecim Kłamcy, więc z góry wiadomo, że bohaterom nic nie będzie, ale brak nowych informacji o postaciach, pogłębienia ich relacji, interesujących nowych postaci. Czegokolwiek co utrzymałoby moje zainteresowanie akcją.
Podobała mi się paragrafówkowa zabawa z czytelnikiem, burzenie czwartej ściany, ale to trochę mało.
„Dezyderiusz. Upragniony. Jestem tym, czego się pragnie, jestem oczekiwanym. Jestem podażą dla popytu. Jestem... – …trupem – mruknął Chus.”
„Kłamca 2. Papież Sztuk” jest kolejną częścią z serii „Cyngiel Niebios” i tak jak poprzednia część jest w pewnym sensie nowelką, której fabuła (jak z tytułu wynika) ma miejsce pomiędzy tomem drugim, a trzecim. Ta część jest pod każdym względem inna niż poprzednie oraz te, które nadejdą, nie tylko zaskakuje historią, ale również formą. Z tego co dobrze pamiętam, to „Papież sztuk” jest również swego rodzaju przejściem, gdyż poprzednie części autor podzielił historię na opowiadania, które tworzą całą logiczną fabułę. Tutaj w tej części już nie mamy opowiadań, a jedną ciągłą historię i tu właśnie następuje moment przejścia, gdyż (tak jak mówiłam o ile dobrze pamiętam z poprzedniego wydania) kolejne dwie części również tworzą jedną ciągłą historię, tyle że podzieloną na rozdziały.
„– Jak to jest być bogiem, pytasz? – mruknął. Skinął palcem w stronę drzwi, przekręcając w nich zamek, na ułamek sekundy, zanim poruszyła się klamka. – Zabawne, ale do tej chwili nie miałem jeszcze pojęcia. Ale powiem ci: to fantastyczne uczucie.”
Loki tym razem musi stawić czoła nowemu bóstwu, które może być jak dotąd największym wyzwaniem z jakim dawny As miał styczność i to w dodatku na własne życzenie, ponieważ Dezyderiusz Crane jest w pewnym sensie synem Lokiego. Jak zawsze przy jego boku stoją Eros i Bachus, którzy mogą się okazać niewystarczającym wsparciem dla Kłamcy. Przy pierwszej okazji pozbycia się nowonarodzonego boga, zawalają sprawę, a Crane zaczyna rosnąć w siłę zbierając grono wiernych. Wszystko to starają się ukryć przed aniołami, lecz Loki posiada większą ilość nieprzychylnych mu osób niż przyjaciół, przez co bardzo szybko skrzydlaci orientują się w sytuacji i interweniują.
Wbrew pozorom zakończenie całej historii nie jest takie zwyczajne jak czytelnikowi. Może się zdarzyć, że ta książka nie tylko was zaskoczy, lecz i wpłynie na wybór podczas czytania.
„W końcu Kłamca uznał, że musi się iść przewietrzyć. Nie zatrzymywali go specjalnie, bo z każdą chwilą robił się coraz bardziej nerwowy, a to nie pomagało w poszukiwaniach.”
Nie będę po raz kolejny opisywać postaci, które pojawiły się już w recenzjach poprzednich tomów. W tej ocenie skupię się na niejakim Marcusie Lesterze, a później znanego jako Dezyderiusz Crane. Nowy bóg popkultury jest potomkiem znanych bogów otóż samego Thora i Lokiego. Kłamca, jak to w jego charakterze leży, sprawił swojemu bratu. As przybrał postać kobiety i uwiódł boga piorunów. Tak powstał antagonista tej powieści, którego nie ukrywam bardzo polubiłam. Oczywiście opisana powyżej historia jest wymyśloną na potrzeby serialu „Bóg pośród nas”, który opowiada przedziwnie podobną historię do rzeczywistości z archaniołami i bożkami. Brzmi zupełnie jakby maczały w tej sprawie pewne kłamliwe paluszki.
Nowy bóg oczywiście w żadnym wypadku nie jest na rękę, do tego z każdą upływającą chwilą staje się coraz silniejszy i dąży do osiągnięcia maksymalnej mocy, dzięki której pozbędzie się zamachowców, którzy czyhają na jego życie. W tym celu wyszukuje odpowiednie sceny z życia przypadkowych ludzi, które w jakimś stopniu odpowiadają sytuacjom z filmów. Wtedy Crane obserwuje całe zajście i wchodzi do akcji w zaplanowanym momencie, zyskując nowych wiernych, którzy go czczą.
Narracja z punktu widzenia Dezyderiusza w pewnym sensie mnie bawiła, ponieważ w momencie, kiedy stał się bóstwem narodziło się jego drugie ja, które jest narratorem powieści. Co mnie rozśmieszało? Otóż sprzeczki bohatera z jego wewnętrznym głosem.
„– Skąd pewność, że ten dobroczyńca to nasz gość? Loki wysunął wykałaczkę językiem, po czym obrócił ją w ustach, na moment szeroko je otwierając. – Instynkt macierzyński.”
Z ogromną przyjemnością wróciłam i przeczytałam wznowienie tej części, nie tylko ze względu na to, że jest to moja ulubiona część, ale również dlatego że Ćwiek w tej książce przekracza wszelkie granice! Nie widziałam jeszcze takiej książki. Mamy tu różnie poprowadzone fabuły, różne zakończenia i oczywiście jak zawsze od groma nawiązań do popkultury. Czasem docierając do pewnych punktów czułam się, jakbym grała w grę, a nie czytała książkę, ze względu na możliwy wybór toru w jakim miałaby się potoczyć się historia. To jest niesamowite jak autor zręcznie tworzy historię, tak że wszystko scala się w całość i nawet pojawienie się komiksu. Jak to w przypadku Ćwieka książkę czyta się błyskawicznie dzięki lekkiemu stylowi i wplecionemu humorowi, który powoduje, że czytelnik mimo woli zaczyna się uśmiechać. Podsumowując mój zachwyt nad tą częścią, zakończę to szczerym poleceniem książki, która jest obowiązkowa dla fanów fantastyki oraz wielbicieli Lokiego.
„– Powiedziałbym: Panie, świeć nad jego duszą, ale tu ani pana, ani duszy, więc… zapytam tylko: Jedziemy tam?”
Dodatkowo po całej przyjemności jaką jest zapoznanie się z fabułą „Papieża Sztuk”, na końcu książki została przedstawiona historia Kłamcy. Znajdują się tam ciekawostki nie tylko dla fanów cyklu, lecz także dla początkujących twórców, którzy mogą się przekonać, że wydanie własnej książki jest nie tylko wielkim szczęściem, ale również czasem mocnym kopem od życia. Jak to mówią: Każdy medal ma dwie strony.
Z perspektywy czytelnika, który od jakiegoś czasu już jest fanem twórczości Jakuba Ćwieka, zdecydowanie polecam wam pójść na spotkanie autorskie, jeśli będziecie mieć taką możliwość. To co jest opisane na końcu, może i zawiera historię „Kłamcy”, ale klimatu wieczorku nic nie pobije, tak więc polecam potraktować tą część jako wstęp do najbliższego spotkania z autorem.
Za możliwość przeczytania wznowienia bardzo dziękuję Wydawnictwu SQN.
I tym razem Pan Ćwiek nie zawodzi. Ciekawa fabuła, ciekawy bóg pop-kultury Dezyderiusz Crane, z którym zmierzy się Kłamca, wspaniałe rysunki oraz komiks zawarty w książce, dużo zabawnych momentów i dialogów. Na uwagę zasługują informacje od autora na końcu książki, w których przedstawia różne anegdoty związane z powstawaniem „Kłamcy” i jego wszystkich części. Zdecydowanie polecam. www.czytampierwszy.pl
Tyle razy dawałam szansę tej historii. I tak jak treść jest naprawdę fajna. Ciekawiło mnie to, co Jakub Ćwiek wymyślił w związku z Lokim, ale problem jest w podaniu tej książki. Czasem jest zbyt szczegółowo napisana (z czego niektóre szczegóły jak dla mnie są zbędne) a czasem brakuje kontekstu. Dlatego już przy tej części się po prostu poddałam, bo czułam się bardzo zmęczona jak czytałam tą serię.
Książka przeznaczona dla nielicznych. Zbyt dużo w niej odniesień to popkultury, których "normalny" czytelnik niestety nie jest w stanie ogarnąć. Zbyt dużo również mrugania okiem do czytelnika a za mało wciągającej lektury. Zdecydowanie tylko dla fanatycznych wielbicieli Ćwieka i Lokiego. Inni mogą mieć problem z przyswojeniem tej lektury.
Początek książki był dla mnie nudzący, ale potem akcja się rozwinęła i naprawdę mi się podobała. Spodobał mi się także komiks i możliwość wybrania dalszego ciągu książki. Rysunki też są niesamowite.
Na początku byłam bardzo przekonana - w końcu to kolejny Kłamca, a i wmieszanie go w popkulturę wydawało się kuszące - ale jakoś nie mogłam załapać wspólnego rytmu z tą książką. Jakby Kłamca, ten którego tak znamy i kochamy, gdzieś się przyczaił i całkiem w swoim stylu udawał, że to wcale nie on. Dopiero kiedy książka zaczęła odsłaniać przede mną swoje PRAWDZIWE oblicze, coś zaskoczyło, krzyknęłam (mentalnie, żeby nie straszyć kota. I sąsiadów), że tak, ja jestem za, i skoczyłam, dałam się porwać, zaczęłam znowu dobrze się bawić. Dlatego jeśli Wasza reakcja na początku jest raczej bardziej jak "meh" niż "ale fajnie!", nie dajcie się tak łatwo zwieść i nie rezygnujcie, bo jeśli będziecie cierpliwi, ta książka Was zaskoczy. Chyba że byliście niecierpliwi i zerknęliście od razu na ostatnie strony. NIE ZERKAJCIE NA OSTATNIE STRONY
W telewizji pojawił się nowy serial. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że opowiada o aniołach polujących na bogów z dawnych mitologii, a głównym bohaterem jest wynajęty przez nich do brudnej roboty syn Lokiego, Dezyderiusz Crane. Co gorsze, fani serialu swoim uwielbieniem dla Crane'a powoli przekraczają granicę zwykłej sympatii i zaczynają w niego wierzyć. A wiara to potęga, jak powie Wam dowolny bóg. Nowo powstały bóg popkultury wyrusza na poszukiwanie wiernych, a Loki ma nie lada orzech do zgryzienia. Nie tylko musi unieszkodliwić być może najpotężniejsze istniejące bóstwo (popkultura, skarbie!), ale w dodatku bóstwo, które odziedziczyło po nim spryt i przebiegłość...
Co tu się porobiło! W przedmowie autor wyraźnie mnie ostrzegł, że ta książka nie raz mnie zaskoczy, jeśli jej na to pozwolę, ale tego się nie spodziewałam! To było tak nowe, świeże, oryginalne! Rzeczywiście, byłam zaskoczona. I zachwycona. Pochłonęłam ten tom w jeden wieczór to było jedno z najciekawszych czytelniczych przeżyć, jakie było mi dane doświadczyć. Tak, już w pełni rozumiem skąd ta powszechna miłość do "Kłamcy". Teraz pytanie jak Wam o tym opowiedzieć, żeby nie zepsuć zabawy...
"Loki stał pod drzewem. Żując wykałaczkę, z uwagą przyglądał się dwóm aniołom ostrożnie ściągającym z drzewa ciało anioła Selara. - Zawsze sądziłem, że jest to gość z kijem w środku - zwrócił się do stojącego obok archanioła Michała - ale nigdy nie myślałem, że chodzi o płuca."
Ten tom to pierwsza pełnoprawna powieść, nie zbiór opowiadań. Mamy tu wszystkich naszych ulubionych bohaterów, mamy Lokiego z tym pazurem, na który czekałam tyle czasu, mamy szybką akcję, zaskakujące plot-twisty, mamy - co tu dużo mówić - świetną historię. Opowieść momentami przywodziła mi na myśl mistrza Pratchetta, bo motywy, po jakie sięgnął Pan Ćwiek, spokojnie można by umieścić w Świecie Dysku. Humor wciąż ma się dobrze, a nawet doskonale. Mój narzeczony kilkanaście razy odrywał się od swojej gry, żeby spytać z czego tak się śmieję. Jednym słowem "Kłamca" w najlepszym wydaniu.
"W przeciwieństwie do osób uważających się za religijne, ci maniacy teorii spiskowych to perfekcyjne połączenie idioty i geniusza. Wyznawca idealny, teolog stuprocentowy. Upierając się przy tej jednej rzeczy, którą przyjął na wiarę, będzie szukał i grzebał, a wszystko, co może potwierdzić jego teorię, uzna za kluczowy dowód."
Ale jak napisać o tym jednym elemencie, który tak mnie zachwycił? Jeśli napiszę cokolwiek to zepsuję zabawę. A może nie do końca? Może zróbmy tak...
UWAGA SPOJLERY! Jeśli nie chcesz dowiedzieć się zbyt dużo, omiń następny akapit!
Dam Wam tylko wskazówkę, bo to tylko jeden z pomysłów Pana Ćwieka - resztę będziecie musieli odkryć sami. Wygląda to tak: jeśli chcesz by pocałunek się wydarzył, przejdź do strony 93. Jeśli wolisz, żeby wcześniej pojawił się samolot i powtórzył pewien smutny wrzesień, przejdź do strony 206. Jestem świadoma, że nie każdemu to przypadnie do gustu, ale dla mnie taki zabieg jest absolutnie genialny.
Po spojlerach. Możesz czytać dalej.
Ja znalazłam tu wszystko, czego mogłam oczekiwać. Jestem na tak i chcę więcej. Świetna opowieść, doskonały humor, lekki styl i bohater, który pięknie nam się rozwinął. No i te niespodzianki, które autor porozrzucał po całej książce - palce lizać. Za te niespodzianki właśnie podnoszę ocenę o jedno oczko i tym oto sposobem z prawdziwą przyjemnością wystawiam najwyższą ocenę. Oficjalnie zostałam fanką "Kłamcy" i już nie mogę się doczekać lektury kolejnego tomu. A tymczasem całą serię gorąco Wam polecam!
"Kłamca. Papież sztuk" to jednolita powieść, nie zbiór krótszych czy dłuższych opowiadań, jak to miało miejsce w przypadku wcześniejszych książek. Niemniej jednak jest zaskakująca nie tyle ze względu na swoją treść, ale formę, w jakiej została zaprezentowana. Czytelnik ma bowiem realny wpływ na dalszy przebieg akcji. Zostało to zrobione w bardzo ciekawy i intrygujący sposób, dzięki czemu lektura powieści sprawia jeszcze większą frajdę. Również rysunki znajdujące się w książce są integralną częścią powieści, a nie tylko jej ozdobnikiem, a wśród nich czytelnicy znajdą też komiks. Naprawdę bardzo fajny i ciekawy pomysł.
Tęskniłem :) Książka bardzo spoko, podobała mi się koncepcja małego rpg fabularnego i uśmiechy do grona czytelników. Do tego smaczki na zakończenie również zabawne i ciekawe, mimo, że pojawiałem się na niektórych spotkaniach autorskich ;) Jedyne co mi się nie podoba, to brak numeru na grzbiecie książki :( Mmm, ale ocenę dam najwyższą. Why? Because fuck you, thats why :)
Jak zaczęłam późnym wieczorem, tak skończyłam w środku nocy. Nieświeży niestety już ten kotlet... Ale na pewno bawiłam się o wiele lepiej niż przy Kłamcy 2,5!