Najmocniejsza powieść Katarzyny Michalak. Roztrzaskuje serce na kawałki, wzbudza skrajne emocje, wzrusza do łez. A przecież ta historia może się przydarzyć każdemu…
Michał Sokołowski, młody i utalentowany chirurg oddany swojej pracy, nie zauważa momentu, w którym staje się ona ważniejsza niż rodzina. Dopiero gdy jego ukochana żona i najmłodszy synek giną pod kołami rozpędzonego samochodu, Michał zrozumie, co tak naprawdę jest ważne. Za późno… Ale to nie koniec jego tragedii. Los bywa okrutny, a ludzie jeszcze bardziej. Pogrążonego w rozpaczy mężczyznę czeka jeszcze jeden cios, który spadnie z najmniej spodziewanej strony. Zrozpaczony ojciec musi podjąć o desperacką walkę o prawa do opieki nad pozostałymi dziećmi i stawić czoła nie tylko wymiarowi sprawiedliwości, ale i tym, którzy powinni stać po jego stronie. Michał musi znaleźć w sobie siłę, by wykrzyczeć: Nie oddam dzieci! Albo… utraci je również.
"Buldożer prosto w serce", "wzrusza do łez", "trudna emocjonalnie" - po takich recenzjach, uzbrojona w chusteczki do ocierania łez mych czystych rzęsistych (czemu podejrzewam że będą to łezki zażenowania lub płacz ze śmiechu?), zasiadam do lektury "Dzieciaczków". Żeby nie tracić czasu, będę na bieżąco spisywać swoje przemyślenia.
Oczywiście będą spoilery. To znaczy nie żeby akcja książki była jakoś specjalnie nieprzewidywalna, ale jeśli chcesz Czytać Michalak Pierwszy Raz dla Akcji, to czuj się ostrzeżony.
Hey ho, let's go.
Michał, Tadek i Alfred. Cudowny chirurg z powołaniem, tępawy alkoholik-kierowca ciężarówki, znęcający się nad zwierzętami i schorowaną matką (do tego kokainista!), syn polityka, zepsuty do szpiku kości, podpalający bezdomnych dla zabawy. Serio? SERIO? To jest tak karykaturalnie przerysowane, że aż trąci parodią.
Na początku dowiadujemy się trochę o mistrzowskich technikach seksualnych ("potrafił rozpalić ją jednym gestem dłoni" - jakiś wiedźmiński znak? Znak Igni?), najlepszych sposobach na podryw („Od dziś to miejsce obok ciebie, moja śliczna, należy do mnie”) i o realiach pracy chirurga (powrót z SORu o północy? Po północy pacjentów jest mnóstwo, nikt też nie robi zmian o północy! Jeśli jesteś na SORze o tej godzinie, to znaczy że robisz nockę. Proste i logiczne. A dałoby się to inaczej rozwiązać, np. dyżur pod telefonem do nagłych wezwań. Ale to by wymagało odrobiny RISERCZU).
Tymczasem dwójka Złych do Szpiku Kości bohaterów spotyka się (och jak romantycznie się poznali, wyrywali laski, niepełnoletnie w dodatku) na wspólnym chlanku i ćpanku. Próbka opisów tej subtelnej, wrażliwej i pogodnej pani Michalak: "Tam rżnęli półprzytomne od wódki i prochów dziewczyny na zmianę, we wszystkie otwory ciała – dopóki sił starczyło. Na koniec pieprzonka Alfred, któremu już nie stawał, wyciągnął skądś kabel i zaczął w jakimś dzikim obłędzie obie dziewczyny tym kablem napieprzać."
Tadek wciągnął koki, wyhaczył z Alfredem dziewczynkę ("Wyglądała na jakieś piętnaście lat, uśmiech miała tak niewinny, że niemal dziewiczy, ale spod kurtki wystawał rąbek kusej sukienki, a z dekoltu wyrywała się na wolność para krągłych piersi. Tadek zerknął w rowek między nimi i poczuł, że jest gotów. Gdyby dziewczyna usiadła na miejscu pasażera, bez wahania wyciągnąłby fiuta i zmusił ją, by wzięła do ust." - mogę zwymiotować?). Podryw idzie pełną parą ("– Macie jakieś dragi? – dopytywała się z tyłu dziewczyna. – Będą dragi, będą drinki, będą twarde fiuty – zaśmiał się Alfred."), tymczasem praca na SORze trwa dalej ("– Doktor właśnie skończył operować. Powiem mu, że pani jest." - operować na SORze? BUAHUAHUA. Można stamtąd co najwyżej skierować na chirurgię, gdzie dyżurni zrobią pilny zabieg. U nas w szpitalu jest zawsze jeden lekarz dyżurny, jeden pod telefonem i stażysta pod telefonem. Co ona sobie wyobraża, koleś rzuca wszystko i idzie np. operować niedrożność, co często zajmuje sporo czasu, a za ten czas SOR stoi? A inne nagłe przypadki?), żona z dzieckiem wyjeżdża ze szpitala, Źli nadal pędzą, za chwilę powinnam sobie wypłakiwać oczy przy opisie wypadku... Drżę z niecierpliwości.
I już po. Sztampowe do bólu. Delikatny, gasnący uśmiech, pośmiertna cesarka i wyjęcie żywego noworodka z brzucha. Pomijając już techniczne problemy, cesarka zajęłaby trochę czasu, już po paru minutach niedotlenienia mózg zaczyna obumierać - a tu dzieciątko zdrowe, krzyczące, pewnie APGAR 10...
Zgadnijcie kto ratuje życie kierowcy? Oczywiście Wybitny Chirurg! Jeszcze jest Wybitny Anestezjolog o diagnostycznym skillu większym niż posiada dr House, "– Zleciłem komplet: i alkohol, i narkotyki. Gdy go przyjmowałem, źrenice miał rozszerzone jak po koce – mruknął anestezjolog." - rozszerza źrenice też np. amfetamina, która jest w Polsce dużo bardziej popularna niż kokaina. Ale pierwsze o czym pomyślałby lekarz, to rozszerzenie źrenic z powodu poważnego urazu mózgu! Facet jest po wypadku, a pierwsze o czym koleś myśli to koka? Idiotyzm.
"– Ciekawe, czy będzie pan to mówił, gdy kiedyś trafi pan na mój stół operacyjny, a ja będę tym, który może ocalić panu życie. To był argument – czy raczej szantaż – którego Michał używał bardzo rzadko. Działał zawsze. W tym przypadku również, bo inspektor się zawahał." - tyle jeśli chodzi o kochanego, wspaniałego, emanującego dobrem doktora z powołania. To wcielenie empatii... Wzruszyłam się. Wpuść mnie na miejsce zbrodni, albo skrwawisz się na mym stole. Jeszcze w stanie tak silnych emocji to byłoby zrozumiałe, ale nasz Michałek nie po raz pierwszy szantażował w ten sposób.
"była stażystką na oddziale ratunkowym, jak wszystkie stażystki w całym szpitalu beznadziejnie zakochaną w doktorze Michale Sokołowskim. Był on nie tylko najprzystojniejszym lekarzem w Lubieniu, ale też najbardziej uroczym. Zawsze miał dla młodszych kolegów dobre słowo, o ile przykładali się do obowiązków. Chętnie dzielił się z nimi wiedzą i doświadczeniem. Nawet świeżo upieczonym stażystom pozwalał wziąć igłotrzymacz w drżącą dłoń i nakładać szwy co bardziej krnąbrnym pacjentom..." - tak, wiemy już wszyscy jaki pan doktor jest wspaniały, mimo tego że po godzinach posługuje się obrzydliwym szantażem. I łał, co za łaska, pozwala stażystom zszywać! Moi interesujący się chirurgią koledzy jeszcze na studiach chodzili sobie podyżurować na SOR, lekarze byli im wdzięczni że chcą zszywać i sami zajmują się najbardziej uciążliwymi pacjentami, czyli Jacusiami spod monopolowego z rozbitymi głowami.
"- Baby są jak psy, jak raz w tygodniu im nie wpierdolisz, odgryzą ci jaja." "Ile razy słyszał to samo, przyjeżdżając do rodzinnej awantury, wezwany przez sąsiadów: „To moja wina, potknęłam się na schodach”. Ech... Nigdy nie zrozumie kobiet, które pozwalają się tak traktować, ale kto by je zrozumiał." - kto by je zrozumiał? Co ja czytam? Cały mechanizm zachowania się kobiet doświadczających przemocy domowej jest dokładnie opisany i poznany. Pierwszy lepszy link - http://www.rops-bialystok.pl/ppwr/?pa... - trudno poczytać na ten temat? Trochę empatii...
"– Nasz Gwiezdny Spacerowicz[1] wypisał się na własne żądanie.", "[1] Gwiezdny Spacerowicz – ang. Skywalker, od Luke Skywalker z Gwiezdnych Wojen." - eeee, co ma Luke Skywalker do Antosiunia, Rozpustnego Syna Złego Polityka? O, jest: "– Gwiezdny Spacerowicz? – Drozd uniósł brwi. – Tak go nazwałyśmy. Noc po wypadku taki niby ranny i obolały, że jęczał co chwila, „pożyczył” ubranie pacjenta z sali obok i wybrał się na dwugodzinny spacer pod gwiazdami." Yyyy... Okej?
A tymczasem czego my tu nie mamy. Zła Teściowa, która czepia się tego, że Michała podwiozła do szpitala stażystka. Od razu kurwiarz z niego. Kolejny przykład na karykatury ludzi. I opiekunka do dzieci, Lubieżna Ludka, która zagięła parol na przystojnego chirurga i wietrzy okazję do wyrwania go sobie, skoro zwolniło się miejsce po żoneczce. "A kto najlepiej pocieszy, jak nie gorąca, chętna sąsiadka? Czy takim piersiom oprze się jakikolwiek facet? Już teraz doktorek wodzi za nimi głodnym wzrokiem... Może nie skończy się tylko na pocieszaniu? Może... Ludmiła Zioło już niedługo zostanie Ludmiłą Sokołowską? Pięknie to brzmi. Uśmiechnęła się, oblizując mimowolnie usta."
I kiedy już myślałam, że poziom absurdu nie może być wyższy, przeczytałam to: "Dwaj sanitariusze weszli do sali. Tadek rozdarł się na ich widok, wzywając pomocy, domagając się telefonu, adwokata, rozmowy z Alfredem i co tylko ślina mu na język przyniosła. Jeden z mężczyzn, nic sobie z krzyków Marszaka nie robiąc, podszedł do niego, błyskawicznym ruchem wbił mu igłę w udo i nacisnął tłoczek strzykawki. Tadek wybałuszył oczy, oddech uwiązł mu w gardle. Chciał zaczerpnąć powietrza, ale nie mógł. Nie mógł! Dusił się! – Spokojnie, kolego – odezwał się drugi z mężczyzn. – Dostałeś kapkę pavulonu. Wiesz co to jest? Taki fajny specyfik, który wysyła na tamten świat. Ale my jesteśmy dobrzy chłopcy. Teraz podamy ci narkozę, żebyś się tak nie rzucał. Obudzisz się zupełnie gdzie indziej. Spodoba ci się. Śpij, kolego. Do zobaczenia... Zaśmiał się i podał znieruchomiałemu Marszakowi drugi środek prosto do żyły. Tak, to byli „dobrzy chłopcy”. Oni chcieli go tylko bez niepotrzebnego zamieszania" - ŻE CO? Zwiotczyć, uśpić i bez respiratora/jakiejkolwiek wentylacji transportować człowieka? Dowieźliby zwłoki. I mieliby na głowie prokuratora, problemy, nie wiem kto normalny mieszałby się w takie akcje. Ale to przecież Michalakverse.
"Gdyby pozostał spętany, może te pasy, które właśnie zaczęła rozpinać pielęgniarka, ocaliłyby mu życie." Następnie: "Jeden z mężczyzn zamyka drzwi, podczas gdy drugi staje przy łóżku z poduszką w obu dłoniach i nagle... jednym skokiem siada Tadkowi na piersiach, wbijając mu poduszkę w twarz. Tadek szarpie się gwałtownie. Drugi mężczyzna przytrzymuje z całych sił jego nogi. Tadek walczy... walczy o łyk powietrza... o życie... Ale klatkę piersiową przygniata ciężar pierwszego napastnika. Nawet gdyby chciał zaczerpnąć powietrza, nie zdołałby." Ktoś mi wytłumaczy w jaki sposób bycie skrępowanym miałoby uratować mu życie?
Całkiem niedawno wrzucałam cytat, w którym Michalak wykazuje się całkowitym brakiem empatii względem ofiar przemocy domowej. Otóż ma to ciąg dalszy... Matka bita przez syna i przez męża wreszcie stała się wolna, chce sprzedać dobytek i wynieść się ze wsi, zacząć życie od nowa. Chce zostać gosposią (a wkrótce żoną) biznesmena, który będzie ją bił za źle wyprasowaną koszulę, a później przepraszał. Co na ten temat sądzi narrator? "Mariola zaś... odetchnie, bo podświadomie czekała na ten moment. Znów wszystko wróci do normalności. Marszakowa poczuje się na swoim miejscu. U stóp pana, który pije i bije, ale czasem rzuci dobre słowo czy smakowitą kość. Nie uratujesz wisielca..." - czy ona naprawdę myśli w takich kategoriach? Że ofiary przemocy domowej tego właśnie pragną? Że w głębi duszy przecież tego chcą i potrzebują? Że to jak BDSM? Dajcie mi kubeł, będę rzygać...
"– Zabierze go pani? Do sierocińca? Nas też? I wtedy Matylda palnęła coś, co spowodowało wybuch. – Owszem. Jeśli wasz tata nadal nie będzie o was dbał, zabiorę. Zbynio zbladł śmiertelnie, nóżki się pod nim ugięły, powieki zatrzepotały i byłby upadł, gdyby Michał jednym skokiem nie znalazł się przy synku i nie chwycił go na ręce. – Ty podła, okrutna wiedźmo! – wysyczał, patrząc z nienawiścią na Matyldę. – Jak śmiesz straszyć moje dzieci w moim domu?! – Zrobił krok w przód. Kobieta, porażona obłędem w jego oczach, cofnęła się w panice, wpadła na zamknięte drzwi. – Wynoś się! Bo ci pomogę...! – syczał mężczyzna, tuląc do piersi bezwładne ciało dziecka." Później wyskoczył na dziennikarzy z młotkiem i rozwalił wideofon. Waliło od niego wódą, był wychudzony, zaniedbany, w domu śmierdziało kałem i moczem nieprzewiniętego dziecka, starszy synek ssie kciuk i moczy się w nocy ze stresu, bo tatuś drze się na płaczącego z powodu kolki malucha, nie no, zupełnie kryształowo czysta i niepodejrzana rodzina. Zupełnie niepotrzebnie się wszyscy martwią... To na pewno z powodu szukania taniej sensacji! I oczywiście zaraz wezwanie do sądu, bez żadnego wywiadu środowiskowego przeprowadzonego przez pracownika socjalnego... Tja.
Oczywiście rozprawa kończy się dobrze, bo zła Grażyna, która miała chrapkę na dzieci Michała okazała się być pozbawioną skrupułów mendą, która przygarnia kociątka, a gdy kociątka stają się kotami, usypia je, wywozi do schroniska albo wyrzuca w lesie i patrzy jak biegną za samochodem. Michał żeni się ze stażystką-Hanią, a zły do szpiku kości Antoś zostaje potrącony na tym samym zakręcie, nadziewa się piersią na głaz i kona w męczarniach, bo Bóg dał mu pięć minut cierpienia za każdą minutę cierpienia osób, które zamordował.
Pierwszy raz ever było mi niedobrze jak czytałam książkę. I nie, to nie było z winy nadmiaru spożytego przy lekturze alkoholu, choć może powinnam była pić na znieczulenie. Never ever widziałam coś tak napisanego pod tezę i tak kliszowatego, a w dodatku tak przedramatyzowanego. Autorka-narrator wisi nad bohaterami jak słonko w Teletubbies albo łeb Zordona i co jakiś czas grozi im złowieszczo, że pożałują tego czy owego. Dramatyczne wielokropki skaczą po akapitach. Dramat goni dramat (od tragicznej śmierci, przez niemożność posiadania własnych dzieci, przez tatusia pijaka, przez… arghrg). Tyle tragedii tam nawrzucano i to w formie zdanie tu, zdanie tam, od dialogu do dialogu, pomiędzy dialogami bohaterowie w kółko biją się w pierś i wyją jacy to oni źli byli, źliiiii, och (tu trochę dramatycznych wielokropków) och, jak mogli, jak strasznie, że trudno się nimi przejąć. I tak, w życiu tragedie mogą się skumulować, ale w książce wygląda to jakby fabuła prześmiewała samą siebie, a nad tym wszystkim unosi się duch zmarłej, która wśród tego plugastwa co pozostało żywe jawi się niczym anioł i gdzie jest sprawiedliwość, że to ona właśnie musiała zginąć.
Mam wrażenie, że autorka chciała za dużo w raczej cienką książkę wcisnąć, bo i dramat mężczyzny, który stracił żonę, i dramat reszty rodziny, i dramaty osób postronnych, i dramat dzieci, i perspektywę winnych tragedii, i jeszcze śledztwo, i walkę o opiekę nad dziećmi, że siłą rzeczy nie dało się żadnego z tych wątków rozwinąć. Były sygnalizowane i tyle, a ja powinnam być dobrym czytelnikiem i je sobie dopowiedzieć na podstawie słów kluczowych.
Nope. To tak nie działa.
Cała książka nie działa. Lubię się czasami czytelniczo struć, ale chyba przedawkowałam.
Szczerze nie wiem co ja sobie ubzdurałam, że to jest reportaż. 🤪
W każdym bądź razie książka jest raczej przygnębiająca. Ukazuje przykre realia „sprawiedliwych” sądów i mediów, to jak trudne potrafi być życie i jak okrutni są ludzie. Przykro się też czyta o tym, jak bliscy głównego bohatera zachowują się w obliczu całej sytuacji, bo tak naprawdę to właśnie jego rodzina w najgorszym dla nie go momencie zadaje mi kolejny cios.
Mimo wszystko styl pisania książki to jest jakaś porażka. Baaaardzo ciężko się przez to czyta i bardzo nieprzyjemnie. Wulgarny, prostacki i nieintuicyjny. Mam wrażenie, że autorka chciała sprawić, żeby treść była dosadniejsza i mocniejsza w przekazie, ale prawda jest taka, że to wszystko się zrobiło tylko takie niewiarygodne, brzydkie i miejscami obrzydliwe.
Szczerze gdyby ktoś przepisał tą książkę to mogłoby to być coś dobrego. 🫣
Przyznam szczerze, że do tej pozycji podchodziłem trochę inaczej niż do innych książek Michalak. Z opisu książki wynikało, że to najmocniejsza powieść autorki, że wzbudza wiele emocji i wzrusza do łez. Przedstawia poważny temat. Na szczęście Kaśka mnie nie zawiodła i książka jest badziewna, źle napisana i tak ckliwa, że aż śmieszna, tylko z tego powodu doprowadziła mnie do łez. Oto kilka opinii fanek Michalak:
- „Wstrząsnęła mną, wywołała lawinę uczuć i łez” - „Nade wszystko uczy pokory i empatii” - „Nie jest łatwa, z pewnością nie jest miła i przyjemna, ale jest ważna” - „Poruszyła moje serce” - „Książka skłania do refleksji i rozmów” - „”Nie oddam dzieci” to wybitnie angażująca pozycja, porusza serducho” - „Niezwykle dojrzała” - „Pierwsze miejsca na listach bestsellerów całkowicie zasłużone”
Tymczasem kilka fragmentów z książki:
- „Tam rżnęli półprzytomne od wódki i prochów dziewczyny na zmianę, we wszystkie otwory ciała – dopóki sił starczyło. Na koniec pieprzonka Alfred, któremu już nie stawał, wyciągnął skądś kabel i zaczął w jakimś dzikim obłędzie obie dziewczyny tym kablem napieprzać." - „Wyglądała na jakieś piętnaście lat, uśmiech miała tak niewinny, że niemal dziewiczy, ale spod kurtki wystawał rąbek kusej sukienki, a z dekoltu wyrywała się na wolność para krągłych piersi. Tadek zerknął w rowek między nimi i poczuł, że jest gotów. Gdyby dziewczyna usiadła na miejscu pasażera, bez wahania wyciągnąłby fiuta i zmusił ją, by wzięła do ust." - „– Macie jakieś dragi? – dopytywała się z tyłu dziewczyna. – Będą dragi, będą drinki, będą twarde fiuty – zaśmiał się Alfred." - „- Baby są jak psy, jak raz w tygodniu im nie wpierdolisz, odgryzą ci jaja.” - „Wyciągnął syna z aresztu następnego dnia po tym, jak ten „dla jaj” podpalił człowieka. Nie człowieka. Bezdomnego. Stary lump konał w mękach przez trzy dni. Ojciec mu tylko twarz obił – nie za to, że podpalił tego kundla, ale...” (to ta nauka empatii i pokory płynąca z tej książki, że bezdomny to nie człowiek, a kundel?)
Naprawdę zastanawiam się czy ja czytałem tę samą książkę, co osoby, których opinie przytoczyłem.
Przejdźmy może do samych głównych postaci, bo zostały tak przerysowane jak tylko się dało. Michał Sokołowski, wybitny chirurg, bezgranicznie oddany pracy. Uwielbiany przez cały personel no i oczywiście wszystkie pielęgniarki, które chciały by mu wskoczyć do łóżka. Bo jak to u Michalak, doktor jest przystojny, umięśniony i posiada wielki sprzęt, który ledwo mieści się w spodniach. Do tego ma trójkę dzieci, czwarte w drodze, piękną żonę i willę z basenem. Tadek Marszak to kierowca tira, który przewozi konie na rzeź. Nie lubi swojej pracy, znęca się nad zwierzętami, dźgając je metalowymi prętami pod napięciem. Wszystkie zarobione pieniądze przepuszcza na „imprezy, alkohol i „dziwki”. Żeby było mało znęca się nad swoją schorowaną matką, bo w ten sposób odreagowuje swoją frustrację. Często sięga po kokainę przed każdą trasą, ale tylko odrobinę, żeby szef się nie zorientował. Wtedy czuję się jak „pan świata”. Alfred Niro to syn polityka, zepsuty do szpiku kości. Niro szczyci się tym, że w życiu nie przepracował ani jednego dnia, a pieniądze dostaje od ojca. Żyje sobie jak chce, uważa że jest królem świata. Dla zabawy podpala bezdomnego i „poluje na ludzi”, cokolwiek Michalak miała w głowie. Na początku książki dowiadujemy się, że Michał Sokołowski zapomniał odebrać syna z przedszkola, bo został dłużej w pracy. Jego żona sama musiała odebrać dziecko. W tym samym czasie dwójka antagonistów, Tadek i Alfred spotkali się w barze, gdzie wspólnie postanowili się naćpać i wyrwać jakieś dziewczyny. Los się do nich uśmiecha i do ich samochodu podchodzi „śliczna, szczupła i zgrabna blondyneczka”, która miała ochotę „najebać się do porzygania”. Ci oczywiście zapraszają ją do samochodu i „napruci” wyruszają w trasę. Jak się można spodziewać to oni, spowodują wypadek, w którym zginie żona doktora i jego syn. To miało być wzruszające, rozerwać mi serce, no ale niestety nie poczułem nic. Michalak w taki sposób wszystko przerysowała i wszystko było tak przedramatyzowane, że bardziej zabawne niż smutne. Sztampowe do bólu. Zabawne były też medyczne opisy, które Michalak wplotła do książki. Nawet laik od razu zauważy, że są one tylko jej wymysłem i nie mają żadnego odniesienia do rzeczywistości. Zero przeprowadzonego researchu, no ale to już norma u Kaśki. Opis pośmiertnej cesarki, wyglądał mniej więcej tak, że lekarze rozcięli jej brzuch niczym w „Teksańskiej masakrze piłą mechaniczną” i wyjęli zdrowe i krzyczące dziecko. Żeby dalej było sztampowo, to kierowca, który spowodował wypadek, czyli Tadek Marszak zostaje uratowany przez samego Sokołowskiego. Rozumiecie to? Doktor ratuje życie „mordercy” swojej żony. Cóż za dramat z opery mydlanej. Sam doktor po stracie żony i dziecka miał wzbudzać w czytelnikach litość i współczucie. Jego zachowania miał tłumaczyć żal po stracie ukochanej rodziny, a tak naprawdę Sokołowski był takim bucem, że aż mnie drażnił. Zamiast jemu kibicowałem tym „złym” ludziom, którzy chcieli go pogrążyć i odebrać mu dzieci, twierdząc że on sobie nie poradzi z ich wychowaniem. Sokołowski nie przejmował się niczym, wyżywał się na wszystkich ludziach. Szantażował inspektora, który nie chciał go wpuścić na miejsce wypadku. „– Ciekawe, czy będzie pan to mówił, gdy kiedyś trafi pan na mój stół operacyjny, a ja będę tym, który może ocalić panu życie. To był argument – czy raczej szantaż – którego Michał używał bardzo rzadko. Działał zawsze. W tym przypadku również, bo inspektor się zawahał.”. Inspektor jest również ciekawą postacią. Tylko po dwóch śladach na śniegu, drogą „dedukcji”, doszedł do całego przebiegu wypadku, domyślił się tego, że Alfred ukradł kamerę z samochodu żony Sokołowskiego, gdzie ją ukrył i po co. Aż przewróciłem oczami w tamtym momencie. Może Michalak powinna zacząć pisać kryminały z inspektorem Drozdem w roli głównej? Z taką inteligencją i umiejętnością dedukcji Drozd za kilkadziesiąt lat, mógłby być kultowym detektywem niczym Poirot lub Sherlock. Oczywiście żartuje, Kasiu nie rób tego, nie krzywdź kolejnego gatunku. Wystarczy, że fantastyka już ucierpiała przez twoje „Kroniki Ferrinu”. Kiedy myślałem, że w tej książce było wszystko, Michalak co rusz dokładała nowe dramaty. Teściowa obwiniająca Sokołowskiego, za śmierć swojej córki. Próba odebrania przez nią dzieci. Mafia wynajęta przez ojca Alfreda, żeby pozbyć się wszystkich świadków wypadku. Sąsiadka, która od razu próbowała wskoczyć doktorowi do łóżka. „”Chętnie ci pomogę kochanie, w czymkolwiek zechcesz” - dodała w myślach. Na widok Michała Sokołowskiego, który był naprawdę grzechu wart, robiło jej się ciepło między nogami. Jeszcze za wcześnie, by wyciągnąć po niego dłoń. Jeszcze nie wypada. Ale po pogrzebie żony należałoby się zająć zbolałym wdowcem jak trzeba prawda? A kto najlepiej pocieszy, jak nie gorąca chętna sąsiadka? Czy takim piersiom oprze się jakikolwiek facet?? Już teraz doktorek wodzi za nimi głodnym wzrokiem... Może nie skończy się tylko na pocieszaniu? Może Ludmiła Zioło zostanie niedługo Ludmiłą Sokołowską.”, „-Może ulżyć ci nieco? Mam ręce sprytniejsze niż twoje. Zaśmiała się. Naparła biodrem na jego biodro. Biust niemal kipiał, opięty do granic przyzwoitości za małą bluzką z dużym dekoltem”. Michalak również poniża kobiety i wykazuje brak jakiejkolwiek empatii do ofiar przemocy domowej. Matka Tadeusza zostaje przedstawiona w taki sposób, że po śmierci swojego syna, który się nad nią znęcał, chce poszukać pracy jako gosposia jakiegoś biznesmena, potem zostać jego żoną i być przez niego bita bo będzie na to czekała z przyjemnością. „Mariola zaś... odetchnie, bo podświadomie czekała na ten moment. Znów wszystko wróci do normalności. Marszakowa poczuje się na swoim miejscu. U stóp pana, który pije i bije, ale czasem rzuci dobre słowo czy smakowitą kość.”. Serio? Michalak myśli, że ofiary przemocy domowej tak naprawdę chcą być bite, że tego pragną i tego potrzebują? Śmieszyła mnie również narrator Michalak, która stała nad bohaterami mówiąc jak to oni pożałują swoich zachowań i co się wydarzy na następnych stronach książki. Wyobrażałem sobie wtedy Kasię, która siedzi przy magicznej kuli i z niej „czyta”. Na sam koniec tej ckliwej historii Sokołowski oczywiście wygrywa w sądzie ze swoją teściową, żeni się ze stażystką. A nasz zły bohater Aflred, który jako jedyny pozostał przy życiu ze sprawców wypadku, umiera w ostatniej scenie potrącony na dokładnie tym samym zakręcie, gdzie zginęła żona i syn doktora. Oczywiście zostaje potrącony przez samochód, który prowadzi tak samo naćpany kierowca. Aflred umiera w męczarniach nadziany na głaz, bo „Bóg doliczył mu pięć minut za każdą minutę cierpienia osób, które zabił”... Już nawet nie wiem co więcej mogę napisać o tej książce, o tym, że jest źle napisana nie muszę nawet mówić. Wszyscy wiemy, że Kasia pisać nie umie. Historia mimo że przedstawia smutny temat, jest napisana w tak komiczny sposób, że nie wzrusza a wywołuje zupełnie inne emocje. Jak zwykle jest szkodliwa, przedstawia gwałt i przemoc domową w stereotypowy sposób poniżający kobiety. Naprawdę dziwię, się że Michalak ma tak zagorzałe czytelniczki, kiedy w ich książkach kobiety są traktowane w sposób tak przedmiotowy. Książka chyba przebiła wszystkie inne jakie czytałem od Kaśki. Nie polecam.
This entire review has been hidden because of spoilers.
Od dawna zastanawiałam się nad fenomenem Pani Katarzyny,koleżanka z pracy poleciła mi to ”dzieło” wypowiadając się o nim w samych superlatywach. Nie wiedzieć czego mogę się spodziewać mówię sobie „idę w to”
Jakie to było marne, język autorki, usilne wprowadzanie brzydkich słów aż krzyczały brakiem smaku, co chwilę powtarzająca się fraza , przypominająca co akapit , ze jeden z bohaterów nie żyje, maskara.
Przeczytane co prawda w dwa dni ale naprawdę można przeczytać pierwszy i ostatnie rozdział i środek nie robi większej różnicy do wyciągnięcia wniosków.
Książka z dużym potencjałem. Pierwsze rozdziały bardzo mnie wciągnęły i myślałam ze dam tej książce wyższą ocenę jednak im dalej czytałam tym ona stawała się monotonna. Rozumiem nie jest to prosty temat i sama książka jest bardzo ciężka do czytania bo opowiada o śmierci małego dziecka i jego mamy. Są tutaj pokazane naprawdę skrajne emocje które mogą towarzyszyć i nam w realnym zużyciu. Jednak mogę dać tylko 3 gwiazdki bo wydaje mi się że z tej powieści można było wyciągnąć więcej
Książka absolutnie wciągająca! Przeczytałam ją w dwa dni. Zgadzam się w stu procentach z zapowiedzią autorki, że jest to seria opowieści o życiu. Historia bardzo życiowa i ogromnie dotykająca serce. Duży plus za cudownie poprowadzone i przedstawione postaci drugoplanowe. Przepięknie pokazane mechanizmy psychologiczne bohaterów.
O twórczości Katarzyny Michalak słyszałam już wiele. Jedni ją kochają, inni nienawidzą, ale nikt nie zabroni tej pani pisać dalej. Już na początku zaznaczę, że wcześniej nie czytałam książek Michalak i jest to moja pierwsza styczność z tą autorką i mając w domu jeszcze kilka jej książek nawet po jakiejś nieudanej nie poddam się póki nie pokonam tych leżących w domu i dopiero wtedy wyrobię sobie jakieś zdanie. Temat, jaki postanowiła poruszyć pani Michalak jest bardzo trudny. Wypadek samochodowy, który został spowodowany przez człowieka o wątpliwej reputacji ze znajomymi, którzy również są typami spod ciemnej gwiazdy. Wiele takich wypadków na polskich drogach się dzieje i dziać się będzie, bo ludzie wsiadający pod wpływem alkoholu czy narkotyków za kółko czują się panami świata i tego nic nie zmieni. Ani zaostrzające się prawo, ani nawet kara śmierci. Nic, bo ludziom brakuje wyobraźni. Wiecznie powtarzają sobie: to mnie nie spotka, to mnie nie dotknie. Jednak rzeczywistość jest zupełnie inna i doskonale przekonał się o tym Michał Sokołowski, który do trzecich urodzin swojego najmłodszego dziecka uważał, że ma wszystko i żadne nieszczęście go nie spotka. Stała się tragedia, bo Marta i mały Antoś nie żyją. Udało się tylko uratować dziecko, które kobieta nosiła pod swoim sercem. Świat chirurga się wali. Zatraca się w swojej rozpaczy i zaczyna zapominać o tym, co najważniejsze, o najcenniejszej pamiątce, jaką pozostawiła mu żona: o ich dzieciach. I tak z początkowego współczucia i miejscowego bohatera, który ratował ludzkie życia Michał nagle staje się wrogiem. I teraz uwaga, bo będzie cała masa zarzutów. Czytając pierwsze sto stron ze trzy razy zwróciłam swój zeszłotygodniowy obiad. Serio! Ile można słuchać o tym, jaki to Michał cudowny chirurg, a jaką miał cudowną rodzinę. Dosłownie idealną. A żona? Do rany przyłóż. Dzieciaczki cudowne. Serio? No nie! Nie ma rodzin idealnych! Nie ma! No po prostu nie ma, a jeśli jedyną wadą tej cudownej familii ma być to, że facet zatracił się w pracy to ja dziękuję i postoję. Dodatkowo pewne sytuacje autorka opisuje tak pobieżnie, tak bezpłciowo, że aż człowiekowi chce się płakać (nie ze wzruszenia, a z rozpaczy, że temat został tak potraktowany!). Kolejne! Michał jedzie do warszawskiego centrum medycznego, gdzie przebywa jego najmłodszy syn (urodzony, jako wcześniak) i towarzyszy mu (podesłana podstępem) pewna stażystka i nasz wdowiec już pierwszego dnia zauważa, że ona jest piękna. No, bo zwrócę kolację. Jedźmy dalej. Sprawa wypadku w toku. Cały czas się toczy. Gdy nagle okazuje się, że kierowca nie żyje. Zmarło się biedakowi. I kto jest podejrzany chirurg! A gdy wypowiada policjantom, że „nie jest mu żal i niech mu ziemia ciężką będzie” to słyszy, że to tak jakby się przyznał do zlecenia morderstwa. Także uważajcie, co mówicie, bo jeszcze przypadkiem zleciliście czyjeś morderstwo a o tym nie wiedzieliście. Na litość boską! Mężczyzna stracił żonę i syna, więc jak ma współczuć matce nieżyjącego? Ten człowiek mu ich zabrał, bo wsiadł za kierownicę pijany i naćpany i tak dalej. Tytuł. No wyjątkowo muszę się doczepić, chociaż zazwyczaj tego nie robię, bo nigdy nie zauważyłam tak rażącej pomyłki w tej kwestii. Patrzę na granatową okładkę i widzę „Nie oddam dzieci!”, więc zacierałam rączki z radości na batalie sądowe między krewnymi matki, a ojcem. Na przerzucanie dzieci to do jednego domu to do drugiego. A tu, co?! Zaledwie trzydzieści stron akcji i to dziejącej się tak szybko, że pendolino to już starożytność! Cała sprawa jest trochę bardziej zagmatwana i chętnie bym wam rozwinęła, ale nie będę spojlerować. Nie mam na to siły. Książę przeczytałam w jeden dzień. Gdyby dać mniejszą czcionkę wyszłaby zdecydowanie cieńsza. Język? Prosty jak konstrukcja cepa. A cepy jak wiemy są banalne. Autorka chyba pisała książkę na kolanie i nie przemyślała tego. Zresztą obserwuję bloga Pani Michalak i w tej kwestii pewnie się nie mylę, bo od momentu, gdy ogłosiła chęć powstania tej powieści do chwili jej wydania minęło bardzo miło czasu. I to niestety widać. Jest ona niedopracowana. I niestety nie uroniłam ani jednej łzy, więc albo ona jest tak mało wzruszająca, albo ja tak mało ckliwa. Sami oceńcie. Pozostałe książki Katarzyny Michalak będą musiały odczekać swoje. Będę je sobie dawkować stopniowo. Może coś mnie jeszcze zaskoczy. A tym samym… nawet nie wiem czy to polecić, chyba, że chcecie sobie poczytać coś w jeden dzień. Wtedy proszę bardzo, ale za stracone nerwy ja nie odpowiadam!
"Po to właśnie są przyjaciele: by cię bronić nawet przed tobą samym." ~ Katarzyna Michalak, Nie oddam dzieci!, Kraków 2015, str. 140.
Przeczytałem drugą już książkę Michalak z chorej fascynacji. Nie mogę określić, czy ona tak genialnie nas wszystkich trolluje i śmieje się z dyskusji pod swoimi książkami, czy może pisze to na poważnie. Dlatego też nie wiem, czy docenić geniusz tej parodii, czy bać się tego, co dzieje się w umyśle autorki.