Maciej Wesołowski, reporter związany z National Geographic i Dużym Formatem Gazety Wyborczej, przemierza subkontynent, szukając odpowiedzi na pytanie: kim jest współczesny Hindus? W Waranasi godzinami podgląda ceremonie palenia zwłok, w Dardżylingu spotyka się z Gurkhami, uważanymi za najlepszych żołnierzy świata, w Haridwarze obserwuje miliony ludzi rytualnie obmywające się z grzechów w świętej rzece Ganges. W Kaszmirze rozmawia z muzułmańskimi radykałami, w Agrze bawi się na lokalnym weselu, a w Riszkieszu próbuje dociec, dlaczego przed laty John Lennon wyjechał stamtąd trzaskając drzwiami. Wreszcie na granicy indyjsko – pakistańskiej obserwuje tytułowy szpagat w pionie, a więc indyjską odpowiedź na Monty Pythona. To wszystko składa się na czasem przejmującą, czasem wzruszającą, a czasem zwyczajnie zabawną reporterską opowieść o ogromnym, dynamicznie zmieniającym się kraju, w którym nic nie powinno dziwić ani szokować.
Tak naprawdę porwało mnie tu zbyt mało rzeczy, żebym mogła się tą pozycją zachwycać. Owszem znalazłam parę ciekawych aspektów, ale przez to, że polecała to wykładowczyni to myślałam, że będzie to coś o niebo lepszego... Cóż.
Sympatyczna książka, dziennik z podróży po Indiach. Różne narodowości zwyczaje, masa ludzi. Kultura b bogata.
Parę cytatów:
Po chwili przychodzi mi do głowy myśl, że jest pewna analogia między losem Gurkhów w Indiach i Polaków w Europie. Sami lubimy myśleć o sobie jako o najdzielniejszych żołnierzach kontynentu. I doceniają to czasem ci bogatsi, „lepsi” Europejczycy, ot, choćby wtedy, gdy trzeba walczyć o Anglię albo forsować Monte Cassino. Ale dla przeciętnego Niemca, Szweda, Anglika czy Francuza jesteśmy jedynie zbieraczami ogórków lub jagód, kelnerami, portierami, glazurnikami lub hydraulikami. Walecznymi prostaczkami.
Tego nauczyłem się o Hindusach. Kiedy mają nadzieję na zarobek, kłamią niczym Pinokio. Kiedy stracą nadzieję, potrafią być bardzo pomocni.
Mondl lubi wozić cudzoziemców, bo wtedy ekstra pieniądz jest. Można dobry napiwek dostać. Ale ostatnio zauważył, że zwłaszcza młodsi turyści nie chcą jeździć tana-rikszą. Tłumaczą, że im nie wypada, że to podobno dla niego upokarzające. – Jakie upokarzające?! Bez tego bym z głodu zdechł! – złości się. – Kiedy władze zagroziły, że zniosą tana-riksze, było wielkie oburzenie. Ludzie z ulicy nie mogli w to uwierzyć. W Kalkucie ciężko by nam było znaleźć inną pracę. Nie umiemy pisać ani czytać, nie mówimy po angielsku. Poza tym te riksze kilkaset lat tu jeżdżą, jak można tego zakazać?!
Przecznicę dalej mieści się ambasada amerykańska. Niegdyś była to Harrington Street. Później Hindusi wymienili Harringtona na Ho Chi Minha, czyli komunistycznego dyktatora z czasów wojny wietnamskiej, w związku z czym teraz Amerykanie, wysyłając oficjalne noty ambasadorskie, mają na kopertach i firmowych drukach nazwisko swojego ulubionego azjatyckiego polityka. Czy ktoś twierdził, że mieszkańcy Indii nie mają poczucia humoru?
Banerdźi opowie mi o handlu ludźmi w Indiach: – Słyszałeś o tym, że co osiem minut w Indiach sprzedawane jest dziecko?! O tym trzeba mówić, pisać, krzyczeć. Głośno, każdego dnia! W tym kraju to jeden z największych problemów społecznych. Skala handlu ludźmi jest tu przerażająca. Zajmująca się współczesnym niewolnictwem australijska organizacja Walk Free Foundation doliczyła się w 2013 roku na całym świecie trzydziestu milionów ludzi zniewolonych. Z tego aż połowa to Hindusi. Według innych badań od dwudziestu do sześćdziesięciu pięciu milionów obywateli Indii było lub jest ofiarą handlu żywym towarem. Aż osiemdziesiąt procent ofiar tego procederu spotyka się z wykorzystywaniem seksualnym. O tym mówi między innymi raport Biura Narodów Zjednoczonych do spraw narkotyków i przestępczości (UNODC) za rok 2012.
Już w mieście przechwytuje je agencja pośrednictwa. To do niej zgłaszają się potencjalni pracodawcy, szukający młodocianych służących czy robotników. Na czarnym rynku koszt wykupienia nieletniej zamyka się w przedziale trzydziestu, czterdziestu pięciu tysięcy rupii, czyli tysiąc siedemset, dwa i pół tysiąca złotych. Plus ewentualne dodatkowe koszta. Dzieci zatrudniane są do najcięższych fizycznych prac. Zamknięte przez dwadzieścia cztery godziny na dobę w domach swoich panów, sprzątają, gotują, opiekują się niemowlętami. Pracują w warsztatach stolarskich, mechanicznych, cegielniach. Czasem trafiają na ulicę jako żebracy. Czasem zmuszane są do małżeństw z dużo starszymi partnerami. Są wykorzystywane w każdy możliwy sposób. Fizycznie, psychicznie, seksualnie. Pracują ponad swoje siły, nie otrzymując za to wynagrodzenia. Są maltretowane i głodzone. W fabrykach czy manufakturach pracują po czternaście, szesnaście godzin dziennie. Nie znają swoich praw, nie umieją pisać ani czytać. Nie znają środowiska, czasem nawet nie wiedzą dokładnie, gdzie są. Wiele dziewcząt trafia bezpośrednio do burdeli. Pracują tam nawet jedenasto-, dwunastolatki. Zanim właściciele wyślą je do pracy, na kilka tygodni zamykane są w ciasnych i ciemnych pomieszczeniach, bite, głodzone i gwałcone. To ma im złamać charakter, zmusić do uległości; dzięki temu przestępcy mają później mniej kłopotów z niezadowolonymi klientami. Kiedy dziewczynki zaczynają niewolniczą harówkę
Co z tego, że Indie dynamicznie się rozwijają? Sam widzisz, że nie przekłada się to na życie ulicy. Miliony ludzi wciąż żyją w skrajnej nędzy. Rząd jest zapatrzony w słupki i wykresy, zachwyca się kapitałem, który tu przyjeżdża, ale zarabiają na tym elity; być może nieco skapnie też klasie średniej. Biedota nie ma z tego ani dolara. Ponad trzysta milionów ludzi żyje za mniej niż dolara dziennie!
– U was są cztery pory roku, z czego trzy zimne, a jedna taka sobie. W sumie to fajnie, bo u nas w Indiach często jest zdecydowanie zbyt gorąco.
Szkoła jest przepełniona, działa więc na dwie zmiany. Dilip: – Podobno to największa, jeśli chodzi o liczbę uczniów, szkoła podstawowa w całej Azji. W klasach jest przeważnie osiemdziesięcioro, osiemdziesięcioro pięcioro dzieci. A musi nad nimi zapanować jeden nauczyciel.
Sikim nie jest zwykłym indyjskim stanem. I nawet jeśli jego obywatele mówią o tym jedynie szeptem, cały czas szczycą się swoją odrębnością. Wielu z nich wciąż pamięta jeszcze sikimskiego króla (czoglaja) i niepodległe państwo, które istniało tu do 1975 roku. Było to skromne himalajskie królestwo, żyjące swoim lokalnym życiem, podobnie jak Nepal czy Bhutan.
Himalajscy górale szybko zrozumieli, że powinni wybrać, gdy jeszcze mają wybór. Zdecydowali się zostać dwudziestym drugim stanem demokratycznych Indii. Alternatywą był los Tybetu.
Minęło ponad pół wieku, od kiedy Tenzin Gyatso, Jego Świątobliwość XIV Dalajlama osiadł w McLeod. Tu od rządu indyjskiego dostał azyl polityczny. Za nim, przeważnie pieszo, przez himalajskie przełęcze ruszyły tysiące Tybetańczyków. Od kiedy na przełomie 1950 i 1951 roku do Tybetu weszły chińskie wojska, mieszkańcy wielkiego płaskowyżu są w pewnym sensie narodem wygnanym, choć czasem oznacza to emigrację wewnętrzną. Są też narodem eksterminowanym. Milion dwieście tysięcy rdzennych mieszkańców zginęło, ćwierć miliona wyemigrowało.
Od lat odbywa się tu coś w rodzaju meczu Indie–Pakistan. Ale nie gra się w piłkę ani nawet w krykieta. Jest to też swoisty erzac wojny. Do boju ruszają żołnierze obu armii, ale nikt nie oddaje jednego choćby strzału. Krew się nie leje. Cała ceremonia jest jak z Gombrowicza wyjęta. Ten pojedynek polega na strojeniu groźnych min, na popisywaniu się własną sprawnością i nieustępliwością. Tu dostaje się punkty (brawa, okrzyki podziwu) za wartość artystyczną programu.
Bardzo dobrze napisana relacja z podróży po Indiach. Autor ma niesamowity dar obserwacji, poczucie humoru, dystans do siebie i świata oraz lekkie pióro - to wszystko zaowocowało świetną książką, którą czyta się błyskawicznie i z dużą przyjemnością. Maciej Wesołowski przemierza Indie z plecakiem, porusza się lokalnymi środkami transportu, stołuje w popularnych wśród Hindusów jadłodajniach, korzysta z usług wróżbiarzy, golibrodów, odwiedza indyjskie kino, czyta miejscowe gazety... Nie sposób wymienić tu wszystkiego. Oprócz świetnie opisanych niuansów życia codziennego, niezwykle barwnie i dowcipnie oddanych postaw i zachowań, mamy tu także rozmowy ze zwykłymi ludźmi oraz sporą dawkę historii i polityki, które umożliwiają lepsze zrozumienie współczesnych Indii. Naprawdę warto przeczytać.