Pałają do siebie nienawiścią, ale muszą zamieszkać razem…
Daphne Hayes po tym, jak przyłapuje narzeczonego na zdradzie z dwudziestoletnią stażystką rozwiesza kompromitujące zdjęcia w ich biurze. Zemsta ma wysoką cenę. Kobieta traci stanowisko, reputację i plany na przyszłość.
Kiedy pojawia się oferta zatrudnienia w małym górskim miasteczku Westbridge w stanie Waszyngton, Daphne przyjmuje ją bez wahania, traktując wyjazd jako szansę na nowy początek.
W samolocie, w chwili paniki, chwyta za rękę siedzącego obok nieznajomego mężczyznę o chłodnych, szarych oczach i surowej, nieprzystępnej twarzy. Okazuje się nim Tristan Kent, szef kuchni, który po latach wraca do rodzinnego miasteczka, by pomóc swojemu najlepszemu przyjacielowi w uruchomieniu restauracji w resorcie. Tym samym, w którym ma pracować także Daphne.
Po przyjeździe do Westbridge los płata im figla. Przez błąd starszej asystentki oboje otrzymują klucze do tego samego domku nad zamarzniętym jeziorem. I szybko wychodzi na jaw, że muszą w nim razem mieszkać…
Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia.
Już po samych motywach i opisie wiedziałam, że jest duża szansa, że ta historia mi się spodoba. Zwłaszcza że lubię książki tej autorki. I tak też się stało!
Bardzo szybko udało mi się polubić głównych bohaterów, przez co naprawdę byłam zaciekawiona ich losami. Dodatkowo cały klimat był super.
Ja nie byłam gotowa rozstać się z tymi bohaterami. Gdy dotarłam do ostatniej strony, ogarnął mnie ogromny smutek.
Czy Karolina Żynda to moja nowa ulubiona autorka? Tak. Czy od teraz przeczytam każdą jej książkę? Oczywiście, że tak.
Daphne po utracie pracy, będącej skutkiem zemsty na niewiernym byłym chłopaku, postanawia przyjąć ofertę w małym górskim miasteczku. Obejmuje stanowisko menadżerki projektu resortu, który za kilka miesięcy ma zostać uroczyście otwarty.
Gdy podczas lotu wpada w panikę i odruchowo chwyta za rękę siedzącego obok nieznajomego, jeszcze nie wie, że ich drogi wkrótce ponownie się skrzyżują. Mężczyzną okazuje się Tristan Kent - szef kuchni, który wraca w rodzinne strony, aby pomóc przy otwarciu tego samego resortu. Jakby tego było mało, przez pomyłkę asystentki oboje dostają klucze do tego samego domku i zostają zmuszeni do wspólnego zamieszkania. On ceni ciszę, porządek i święty spokój. Ona jest istnym tornadem, którego zupełnie się nie spodziewał.
Ja przepadłam już od pierwszych stron, gdy tylko dowiedziałam się, jakie motywy pojawią się w tej historii. Ale to, co ta książka ze mną zrobiła, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Tristan to książkowy grumpy bohater - mrukliwy, zdystansowany i przekonany, że najlepiej byłoby, gdyby Daphne jak najszybciej zniknęła z jego życia. Z kolei ona wierzy, że dobro zawsze wraca i każdego dnia stara się być najlepszą wersją siebie. Nie myślcie jednak, że jest naiwna. Kiedy dochodzi do konfrontacji, doskonale wie, co powiedzieć, i bez problemu potrafi wytknąć Tristanowi wszystkie jego wady.
Jestem pewna, że zimą zrobię reread tej książki, bo wtedy klimat górskiego miasteczka, śniegu i całej tej historii będzie jeszcze bardziej wyjątkowy.
Slow burn? Boże, ja się przy tej relacji rozpływałam. Ich kłótnie, przekomarzanki i te wszystkie drobne gesty mówiły znacznie więcej niż słowa.
Facet, który dla ciebie gotuje? Hot! Facet, który się tobą opiekuje? Jeszcze bardziej hot. A ten ponury mężczyzna, który z czasem uświadamia sobie, że zrobi wszystko, o co tylko Daphne go poprosi, i jeszcze się przy tym uśmiecha? Przepadłam.
Ta historia pokazuje, że czasami warto zaryzykować i postawić wszystko na jedną kartę. Że danie drugiej szansy nie jest oznaką słabości, a każdy zasługuje na możliwość, by zacząć od nowa. I przede wszystkim, że miłość potrafi pojawić się wtedy, gdy najmniej się jej spodziewamy.
Na samym początku chciałabym bardzo podziękować wydawnictwu za egzemplarz do recenzji.
Było to moje pierwsze spotkanie z twórczością autorki, a „Bilet w jedną stronę” przyciągnął mnie motywami i opisem. Podchodziłam do tej historii z czystą głową, bo tak naprawdę nie wiedziałam, czego się mogę po niej spodziewać. Chciałam tylko miło spędzić czas przy jej czytaniu. I czy tak było?
Daphne Hayes po przyłapaniu narzeczonego na zdradzie wywiesza jego kompromitujące zdjęcia w ich biurze, co skutkuje tym, że zostaje zwolniona. Traci stanowisko, reputację i plany na przyszłość, dlatego postanawia przyjąć ofertę pracy w małym górskim miasteczku Westbridge i tam zacząć od nowa. Natomiast Tristan Kent za prośbą swojego najlepszego przyjaciela po latach pojawia się w rodzinnym miasteczku, aby pomóc mu w uruchomieniu restauracji w jego resorcie. Tę dwójkę los złączył niespodziewanie. Przez drobną pomyłkę w systemie dostają ten sam domek, co skutkuje tym, że od teraz będą musieli dzielić ze sobą przestrzeń. Co niekoniecznie im odpowiada, choć z czasem granica, którą stworzyli będzie się zacierać…
Nie miałam żadnego problemu z polubieniem się z bohaterami. Daphne już na stracie skradła całą moją sympatię. Z Tristanem było trochę inaczej, ale z czasem i jego pokochałam. Ich relacja została przez autorkę napisana po prostu w świetny sposób. Najbardziej podobało mi się to, że Tristan był mrukliwym gburem, a Daphne totalnym słoneczkiem. Ta dwójka była swoimi całkowitymi przeciwieństwami, a my, jak dobrze wiemy - przeciwieństwa się przyciągają.
Nawet jakbym chciała znaleźć coś, do czego mogłabym się przyczepić, to tego nie znajdę. Ta książka przeszła wszelkie moje oczekiwania. Od cudownie wykreowanych głównych bohaterów jak i pobocznych, aż po fantastyczną fabułę. Relację Daphne i Tristana, która rozwijała się w swoim tempie. I cały ten klimat, który można było poczuć nawet jeśli nasza pora roku nie odpowiadała aktualnej w książce. I to, co najmocniej cenie sobie w historiach - emocje. Bałam się, że ta książka ich we mnie nie wzbudzi, ale myliłam się. Przeszłość Tristana mocno we mnie uderzyła i strasznie było mi go szkoda. Wcale mu się nie dziwię, że z taką nienawiścią podchodził do powrotu w rodzinne strony.
Styl pisania autorki również mnie zachwycił. Był bardzo płynny i przyjemny, przez co książkę przeczytałam w bardzo szybkim tempie. Choć bałam się, że będzie mi się ją ciężko czytało przez to, że ma zimowy klimat, a czytałam ją gdy za oknem było 35 stopni, to jednak bez problemu mogłam myślami przenieść się właśnie do zimowego Westbridge i poczuć zapach gorącej czekolady oraz wyobrazić sobie padający za oknem śnieg.
Podsumowując, książkę z czystym sumieniem mogę wam polecić. Myślę, że wielu z was może się ona spodobać, jeśli szukacie romansu, który wciągnie was od pierwszej strony. Ja wiem, że w przyszłości na pewno powrócę do Daphne i Tristana! 𝐝𝐨 𝐧𝐚𝐬𝐭𝐞̨𝐩𝐧𝐞𝐠𝐨 𝐊𝐚𝐫𝐨𝐥𝐤𝐚 ♥
Co się stanie, kiedy przez pomyłkę dwoje obcych ludzi będzie musiało razem zamieszkać? Cóż, na pewno będzie ciekawie, szczególnie jeśli ona to radosne słoneczko, a on - typowy gbur, unikający ludzi.
Praktycznie od samego początku miałam pewność, że będę się dobrze bawić. Tristan chciał zniechęcić Daphne i ją wykurzyć, a ona przyjęła strategię bycia życzliwą. Swoją drogą bardzo ją polubiłam, bo miała w sobie taką niewymuszoną lekkość, potrafiła cieszyć się naprawdę małymi rzeczami i było to ujmujące. Tak pozytywnym ludziom trudno się opierać i nawet tak twardy zawodnik jak Tristan na dłuższą metę nie miał z nią szans.
To intrygujący bohater. Mruk i samotnik, który potrafił do siebie zrazić. Za jego zachowaniem kryła się historia i niezagojone rany z przeszłości, więc poznawanie go okazało się bardzo ciekawe. Potrzebował w swoim pochmurnym życiu takiego słońca, jakim była Daphne i chociaż nie był zbyt wylewny, to nadrabiał czynami i swoją opiekuńczością.
Jestem fanką takiego powolnego, naturalnego rozwoju relacji. Iskrzyło od samego początku, ale jednak na wybuch tych emocji trzeba było trochę poczekać. To, co podobało mi się najbardziej, to komunikacja. Autorka udowodniła, że można napisać świetną historię bez zbędnych dram, bo wystarczy, że bohaterowie ze sobą rozmawiają i na bieżąco omawiają swoje wątpliwości.
To nie była odkrywcza książka, ale świetnie mi się ją czytało. Trochę brakowało mi epilogu domykającego całą historię, ale mimo tego naprawdę dobrze się bawiłam 🩷.
Daphne po zdradzie swojego partnera decyduje się na zemstę, która sprawia że musi zmienić pracę. Dlatego też ląduje w samolocie do innego miejsca, gdzie ma pomóc przy otwarciu resortu. Problemem jest jednak to, że musi dzielić dom z Tristanem, któremu bardzo nie podoba się dzielenie lokum…
Z początku byłam trochę w szoku, że Tristan to naprawdę taki wielki gbur, który nawet nie chciał pomóc dziewczynie naprawić łóżka. Ona mimo wszystko myślała, że jej dobroć wygra, choć czasami obracało się to przeciwko niej, gdy jej gotowanie które miało być dobrym gestem okazywało się być klapą. Ale scena gdy ona opiekowała się nim gdy był chory roztopiła moje serce.
Podobało mi się, że pomimo wspólnego mieszkania w jednym domu ich relacja rozwijała się wolno, autorka nie przyspieszała tego etapu gdy on chciał się jej pozbyć z domu do momentu gdy zaczął ją postrzegać inaczej. No i to jak dla niej gotował bo ona miała z tym problemy było urocze.
Klimat tej książki był bardzo wyczuwalny i choć czytałam ją gdy za oknem było ciepło, autorka naprawdę dobrze przedstawiła zimno, że mogłam się odciąć od rzeczywistości. Podobało mi się również jak Daphne odnajdywała się w nowej rzeczywistości.
Daphne była promykiem, który roztaczał przyjemną atmosferę. Tę dziewczynę polubiłam od początku. Z Tristanem było inaczej, ale poznając jego obawy to z czym musiłam się zmagać wcześniej, gdy sytuacja rodzinna gdzie był odpychany ukształtowała go w pewien sposób co tłumaczyło jego niechęć do miejsca w którym byli i do stylu życia.
„bilet w jedną stronę” karoliny żyndy okazał się naprawdę przyjemną książką i zdecydowanie dobrze spędziłam z nią czas. od samego początku spodobał mi się pomysł na historię daphne, która po dość nieprzyjemnym zakończeniu związku postanawia zostawić wszystko za sobą i zacząć w kompletnie nowym miejscu.
bardzo polubiłam naszych głównych bohaterów. ich relacja miała dokładnie ten rodzaj dynamiki, który lubię czytać — początkowa niechęć, wzajemne dogryzanie sobie i sytuacje, w których mimo wszystko muszą spędzać ze sobą coraz więcej czasu. wspólne mieszkanie zdecydowanie dostarczyło kilku fajnych momentów, a obserwowanie, jak ich relacja powoli się zmienia, było dla mnie dużym plusem.
bardzo spodobał mi się też klimat całej historii. małe miasteczko, góry, zamarznięte jezioro i domek, w którym bohaterowie zostają zmuszeni do wspólnego mieszkania — wszystko to stworzyło przyjemną, trochę cozy atmosferę, która idealnie pasowała do tej historii. książka miała też sporo momentów, które po prostu sprawiały, że chciałam czytać dalej i zobaczyć, co wydarzy się między daphne a tristanem.
nie była to dla mnie książka idealna i momentami niektóre rzeczy mogłyby być trochę bardziej rozwinięte, ale mimo tego naprawdę dobrze się przy niej bawiłam.
dodatkowo „bilet w jedną stronę” zachęcił mnie do poznania innych książek karoliny żyndy, więc na pewno nie będzie to moje ostatnie spotkanie z jej twórczością.
Jakie jest prawdopodobieństwo, że dwoje obcych ludzi, spotka się w samolocie, później wylądują w tym samym małym miasteczku i przez błąd jednej osoby będą musieli zamieszkać razem w domku i dodatkowo okaże się, że będą razem pracować? No cóż...bohaterowie tej książki przekonali się, że jest to bardzo możliwe.
Daphne Hayes po rozstaniu z narzeczonym, który ją zdradził, zmuszona jest opuścić Los Angeles i przenieść się na jakiś czas do małego górskiego miasteczka Westbridge. Dostała tam posadę menagerki projektu ponownego otwarcia jednego z resortów. Po przybyciu na miejsce okazuje się, że przez pomyłkę jednej z pracownicy resortu jej domek został podwójnie zabukowany i teraz będzie musiała mieszkać z tajemniczym mężczyzną, którego poznała w samolocie. Tym mężczyzną jest Tristan Kent, szef kuchni, który za sprawą prośby dawnego przyjaciela postanowił pomóc mu w ponownym otwarciu resortu.
Ta dwójka już od samego początku nie dogaduje się. Ona jest sympatyczna, pełna życia, głośna. Natomiast on to typowy mruk, który lubi spędzać czas samotnie, inni ludzie go drażnią. Ona obrała sobie za cel bycie nad wyrost życzliwą dla nowego współlokatora, a on za wszelką cenę chciał się jej pozbyć z domku.
Co się zmieniło? Gdy on się rozchorował - ona przygotowała mu zupę (co prawda przesoliła ją, ale liczą się chęci). A gdy ona doznała urazu i była unieruchomiona przez dłuższy czas, to on o nią dbał. Pilnował by regularnie zmieniała okłady, szykował dla niej posiłki.
Czytanie jak ich relacja zmienia się, jak zaczynają razem współpracować, to był czysty miód na moje serduszko. Małe gęste. To one ich do siebie zbliżyły. A gdy już wkroczyli w pewien etap, nie było odwrotu. Uczucia ich pochłonęły. I chociaż on stronił od kontaktów ludzkich i nie zamierzał wracać na stałe do miasteczka, to ona sprawiła, że zaczął otwierać się na innych.
Zdradził jej nawet swoją historię z przeszłości, przez którą był taki oschły i dlaczego ludzie w miasteczku patrzą na niego jak na "zbira".
Ich relacja rozwijała się powoli, przez co dało się odczuć, że jest to naturalne. Do tego jeszcze współpracownicy... to jakim szefem był Marshall, jak dbał o bliskich (nawet o przyjaciela, który był ciężki w kontaktach).
Zatem jeśli szukacie nowej komedii romantycznej, z zimowym klimatem małego miasteczka, to koniecznie sprawdźcie ten tytuł ✨🩷💜
Ta książka naprawdę mnie zaskoczyła. Spodziewałam się lekkiego romansu z motywem enemies to lovers i forced proximity, ale dostałam coś znacznie więcej. Oprócz chemii między bohaterami autorka pokazała, jak ogromny wpływ na nasze życie mają przeszłe doświadczenia i jak trudno jest ponownie zaufać zarówno innym, jak i samemu sobie.
Największym atutem tej historii byli dla mnie bohaterowie. Daphne nie była irytującą, idealną postacią. Popełniała błędy, miała swoje słabości i często kierowała się emocjami, przez co wydawała się bardzo prawdziwa. Tristan natomiast początkowo sprawiał wrażenie oschłego i niedostępnego, ale z każdą kolejną stroną coraz lepiej rozumiałam jego zachowanie. Uwielbiam bohaterów, którzy nie odkrywają wszystkich kart od razu, a tutaj autorka świetnie stopniowała napięcie i pozwalała czytelnikowi poznawać go kawałek po kawałku.
Relacja między nimi rozwijała się naturalnie. Nie było nagłego zakochania ani przesłodzonych scen na siłę. Były drobne gesty, niedopowiedzenia, kłótnie, spojrzenia i powolne budowanie zaufania. To właśnie takie historie najbardziej do mnie trafiają, bo pozwalają uwierzyć w uczucia bohaterów.
Ogromnie spodobał mi się również klimat tej powieści. Małe miasteczko, śnieg, jezioro, przytulne wnętrza i spokojna atmosfera sprawiały, że momentami miałam ochotę sama znaleźć się w Westbridge. To jedna z tych książek, które idealnie czyta się pod kocem z kubkiem gorącej herbaty, oczywiście nie teraz w te upały 😅
Bardzo doceniam też to, że autorka poruszyła temat rozpoczynania życia od nowa. Czasem wydaje nam się, że po jednej porażce wszystko jest stracone, ale ta historia pokazuje, że każdy koniec może stać się początkiem czegoś pięknego. Trzeba tylko znaleźć w sobie odwagę, by zrobić ten pierwszy krok i pozwolić sobie na kolejną szansę.
Bawiłam się naprawdę świetnie. Uśmiechałam się podczas przekomarzanek bohaterów, wzruszałam się, kiedy opadły wszystkie maski, i kibicowałam im od samego początku do końca. To historia, która przypomina, że za chłodnym spojrzeniem często kryje się ktoś, kto po prostu boi się kolejnego zranienia. Czasami wystarczy jedna osoba, by na nowo uwierzyć, że można być szczęśliwym.
Przeczytałam już kilka historii od Karoliny Żyndy i chyba coraz bardziej mi się podobają.😊 Tym razem autorka podarowała nam "Bilet w jedną stronę" do krainy śniegu i... ognia.😉
Daphne, po małym incydencie w pracy (rozwiesiła w biurze zdjęcia z kamer, na którym jej eks zdradza ją ze stażystką 🤣), przeprowadza się do małego miasteczka, aby dopilnować przebudowy pewnego obiektu. Już w samolocie poznaje (choć na ten moment to za duże słowo😉) pewnego przystojniaka, który później okaże się bardzo gburowatym przystojniakiem. Przez błąd pewnej uroczej, starszej asystentki, mają dzielić dom, co bardzo nie podoba się Tristanowi. Ten odludek nie znosi naruszenia jego przestrzeni, a powrót do rodzinnego miasta i bez tego jest koszmarem. Ale czego nie robi się dla najbliższych? Obiecał rozkręcić kuchnię w resorcie przyjaciela i zamierza dotrzymać słowa, równocześnie próbując pozbyć się upierdliwej kobiety ze swojego nowego lokum. Z czasem jednak, jak to często bywa, plany zaczną się zmieniać, relacje ewoluować, a uczucia rosnąć. Co z tego, skoro Tristan na pewno nie zamierza tu zostać, a Daphne zaczyna coraz mocniej zakochiwać się w Westbridge?
Ta książka to idealny przykład na to, że nie bez powodu pewne motywy są tak uwielbiane. Może powstać tysiąc książek z bohaterami grumpy x sunshine, z motywem jednego domu i małego miasteczka, a nadal ta tysiąc pierwsza będzie wspaniałą rozrywką.😁
Autorka stworzyła świetny klimat, co zresztą zawsze się jej udaje, dzięki barwnym opisom i lekkości w snuciu opowieści, które wciągają czytelnika od pierwszych stron. Całość była też naprawdę bardzo zabawna, a przekomarzanki między bohaterami i śmieszne sytuacje nie tylko zbliżały ich do siebie, ale też czytelnika do tych bohaterów. Chyba nie da się ich nie lubić! Tristan, mimo całej swojej gburowatości, był chwilami totalnie słodki, nie tylko kiedy gotował dla Daphne, ale też w mnóstwie innych momentów. A ona? Tak urocza i wytrwała w swoich staraniach! Staraniach, aby ją polubił, aby w pracy wszystko dobrze zrobić, aby nauczyć się obsługiwać manualną skrzynię biegów, czy nie wywrócić w nieodpowiednich butach.😁
Mimo całej tej lekkości i śmiechu, był tu też bardzo ciekawy i zdecydowanie smutny wątek - kwestia rodziny Tristana. Bardzo podobało mi się jego rozwinięcie, a także przedstawienie historii w ten sposób, że do końca nie mieliśmy pewności co do zamiarów pewnego bohatera. No, nudno na pewno nie było!😊 Zakończenie również satysfakcjonujące i, ogólnie rzecz biorąc, nie ma się do czego przyczepić. Podoba mi się to!😊 Polecam na ochłodę to górskie miasteczko, choć właściwie nie obiecuję, że Was równocześnie nie rozgrzeje!😋 8/10🩵🩷
Gdybyście mogli polecieć w dowolne miejsce, ale miałybyście bilet tylko w jedną stronę, jaki kierunek wybrałybyście?
Daphne jest mistrzynią zemsty. Już na samym początku zdradza nam, jak załatwiła swojego narzeczonego, którego przyłapała na zdradzie. Niestety w wyniku tej sytuacji została zwolniona z pracy i postanowiła wysłać CV do miejsca, które różni się od LA o 180 stopni, więc musi polecieć tam samolotem. Problem w tym, że boi się latać. Gdy tylko samolot wzbija się w górę, ona chwyta rękę pewnego nieznajomego. W końcu, jakie jest prawdopodobieństwo, że spotka go jeszcze raz?
I tutaj pojawia się mały problem, gdy w zaspach, w zupełnie nieodpowiednim stroju, dociera w końcu do miejsca, w którym ma mieszkać. Spotyka gbura z samolotu. Tristan bierze ją za stalkerkę. Jak się okazuje, pewna miła starsza pani popełniła błąd w rezerwacji i muszą dzielić wspólne lokum do momentu, aż któreś z nich nie zrezygnuje, a uwierzcie mi, to bardzo uparty duet.
Na początku są dla siebie wrogami, a raczej Tristan traktuje tak Daphne, jednak pewne przeziębienie, skręcona kostka i zazdrość o brata zaczynają ich do siebie zbliżać. Mogę też zdradzić, że wybuch pewnej rury z wodą również może w tym pomóc 👀
Daphne jest promyczkiem, którego Tristan potrzebował w swoim życiu, nawet o tym nie wiedząc. Ich relacja została poddana wielu próbom, ale nawet gdy było ciężko, wspierali się nawzajem. No, może oprócz tego nieszczęsnego łóżka 🙄
Zaczęło się niefortunnie, ale za to z każdym rozdziałem mogłyśmy towarzyszyć ich potyczkom słownym, które z każdą kolejną stroną stawały się coraz bardziej wyszukane.
Karolina pięknie ukazała relację bazującą na niechęci, która stopniowo przeradzała się w docenienie drugiej osoby. Było to widoczne w małych gestach, którymi bohaterowie okazywali sobie, że zaczynają znaczyć dla siebie coraz więcej.
„Bilet w jedną stronę” to podróż, w którą wyruszysz o każdej porze roku 🩷
Lubicie książki z motywem hate to love?
PS. Jak Daphne miała się oprzeć Tristanowi, skoro robił jej śniadania i chwalił jej przesoloną zupę? 🥹
"Przy tobie w końcu znalazłem miejsce, do którego należę.”
[Współpraca reklamowa @wydawnictwoniezwykle ]
☃️Jak z hukiem pożegnać się ze zdradliwym ex? Rozwiesić dowody zdrady we wspólnym miejscu pracy… i liczyć się z konsekwencjami 🙈. ☃️Daphne czasami wpada na szalone pomysły, jeszcze częściej wpada w kłopoty… Ogólnie przebywanie w jej towarzystwie nigdy nie znudzi 😅. Teraz kobieta zdecydowała się na przyjęcie nowej pracy w zdecydowanie chłodniejszym klimacie. Nie spodziewa się również, że nowo poznany w samolocie mężczyzna jeszcze pojawi się w jej życiu 😅. ☃️ Tristan uwielbia samotność i nie znosi ludzi. Z ogromnym oporem wraca do rodzinnej miejscowości, żeby pomóc najlepszemu przyjacielowi. Stawia tylko jeden warunek - chce mieć swoje miejsce, z dala od innych, w którym będzie mógł odpocząć. No cóż… miał. Na chwilę. Dopóki kobieta z samolotu nie pojawia się przemarznięta w jego salonie 😂. ☃️Uwielbiam lekkość, z jaką się to czytało. Nie mogłam oderwać się od perypetii tej dwójki, zastanawiając się….co tym razem się odwali 😂. Daphne to takie słoneczko, zawsze szuka jakiegoś pozytywu w swoim życiu. Swoim podejściem do życia powoli roztapia lodowate serce Tristana, który całkowicie się tego nie spodziewa. ☃️Wiecie to jest taka historia pełna zabawnych momentów, gdzie napięcie między bohaterami wręcz sięga zenitu. Do tego klimatyczne miasteczko, pełno śniegu i przesolony rosół 😅. A kiedy już Tristan zdecyduje się zmienić podejście… 🥵 ☃️ Za każdym razem sięgając po książki Karoliny, wiem, że spędzę czas z uśmiechem na twarzy i pokocham nowych bohaterów. Tak samo było tym razem, więc jeżeli macie ochotę poznać gburowatego Tristana i sprawdzić, co jeszcze przydarzyło się Daphne, to czytajcie! 💙
„Jesteś dla mnie wszystkim. Tak długo, jak tylko mnie zechcesz.”
🌸 „Bilet w jedną stronę” to romans, który zabierze nas w zimowy klimat i pozwoli zatracić się w losach bohaterów. Styl pisania Karoliny Żyndy jest bardzo przyjemny w odbiorze. Pisze lekko, zrozumiale i płynnie. Jej pióro z łatwością pozwoli nam przebrnąć przez tę historię. Fabuła zabiera nas do zimowego Westbridge. Motyw wymuszonej bliskości oraz grumpy/sunshine wykreowany jest tu świetnie. Ta historia wciągnie nas w swoje sidła, wywoła sporo emocji, zaciekawi i sprawi, że przyjemnie spędzimy czas z bohaterami. Daphne to kobieta z pazurem. Kreacja jej charakteru jest genialna. Jest inteligentna, przyjacielska, zaradna, zdeterminowana, pomocna, pracowita i samodzielna. Zdecydowanie ją polubimy. Tristan to genialny kucharz. Jest również lekkim gburem i samotnikiem, a jego wredota często się ukazuje. Gdy pozwoli się nam już poznać okazuje się całkiem dobrym mężczyzną. Jest opiekuńczy, zaradny, odważny i zdeterminowany. I straszny z niego zazdrośnik! Choć początkowo nie zyska naszej sympatii to powoli to zmienia. Ich relacja ciekawi nas już od początku. Pomiędzy nimi jest dużo przepychanek, docinek, chemii oraz dobrego humoru. Uczą się siebie, a to nie będzie prosta droga. Super czytało się o tym, jak z każdym rozdziałem burzyli swoje mury. Nauczą się sobie ufać, będą się sobą wzajemnie opiekować i odczuwać komfort w swoim towarzystwie. Zabrakło mi tu epilogu. Szkoda. Chętnie dowiedziałabym się co dzieje się u nich po latach. „Bilet w jedną stronę” to przyjemna książka. Fabuła wciąga, a bohaterowie dadzą się polubić. Jeżeli lubisz takie klimaty to koniecznie sięgnij po tę historię! 🌸
Recenzja: Dużym plusem był za to zimowy klimat. Westbridge, śnieg i cała atmosfera małego miasteczka bardzo dobrze pasowały do tej historii. To właśnie klimat sprawił, że książkę czytało mi się tak cudownie. Kocham akcje dziejące się w takich miejscach. . Ich relacja od początku była jednym z mocniejszych plusów książki. Zderzenie energicznej Daphne z wiecznie niezadowolonym Tristanem dawało sporo zabawnych momentów, a ich przekomarzanki naprawdę dobrze się czytało. Uwielbiam czytać o takich relacjach. Świetnie się bawiłam i uśmiałam się dzięki nim. Podobało mi się również to, jak stopniowo poznawaliśmy Tristana z innej strony. Początkowo wydawał się typowym gburem, ale z czasem coraz częściej pokazywał swoją troskliwą stronę. Szczególnie podobały mi się jego drobne gesty, bo to właśnie one najlepiej budowały jego relację z Daphne. Daphne wierzy, że dobro zawsze wraca i stara się być najlepszą wersją siebie. Jednocześnie umie odpowiedzieć i się obronić. . Przeczytałam w jeden wieczór. Zżyłam się z bohaterami i po zakończeniu chciałabym sięgnąć po więcej książek autorki. Pierwszy raz sięgnęłam po książkę od Karoliny i bardzo pozytywnie się zaskoczyłam. Najważniejsze to, że dobrze się bawiłam, polubiłam bohaterów i ogromnie polecam!
Po prostu WOW, wciągnęłam się bardzo w tę książkę, pewnie gdyby nie sprawy prywatne, to przeczytałabym ją w jeden dzień.
Sami bohaterowie i to, jak od początku wszystko ze sobą grało, było cudowne. Ona była promyczkiem słońca, a on burzliwą chmurą. Autorka idealnie przedstawiła naturalne tempo akcji i nic nie było ani za szybko, ani nic nie przedłużało się na siłę.
Opis samego miasteczka na początku, w dodatku z dobrą muzyką, pozwolił mi wyobrazić sobie idealnie to miejsce, dokładnie jakbym się znajdowała tam wraz z bohaterami (Born to Die Symphony Orchestra Cover – najlepsze do słuchania).
Wszystkie motywy książki grały tutaj ze sobą świetnie: motyw małego miasteczka, grumpy x sunshine – po prostu rewelacja. W dodatku wzmianka o „How to Lose a Guy in 10 Days” – kocham. Motyw żółtej sukienki i garnituru – AAAAAA.
Zdecydowanie wrócę do tej książki zimą, ponieważ klimatycznie najbardziej pasuje mi do tej pory roku. Mam również nadzieję, że odkryję moje własne Westbridge, w którym będę mogła to uczynić.
To była taka urocza i ciepła historia! Główni bohaterowie mimo początkowej niechęci, kiedy okazało się że z powodu błędu przy rezerwacji mają mieszkać w jednym domku, szybko dostrzegają w sobie więcej. Ich relacja rozwija się powoli. Mamy tutaj małe miasteczko, w którym wszyscy się znają, jednak ten jego klimat jest raczej jako tło. Niesie ze sobą również negatywny wydźwięk - plotek, o tym jak łatwo zrujnować komuś życie. Bardzo podobały mi się przyjaźnie - były bliższe relacjom rodzinnym. Znajdziemy tutaj też motyw drugiej szansy, odnosi się on do brata głównego bohatera.
Fantastyczna, lekka książka. Historia zaciekawia już od pierwszych kartek. Ciężko się oderwać i przestać myśleć o bohaterach i ich perypetiach. Przeczytałam ją praktycznie jednym tchem. Świetna pozycja jeśli chcecie spędzić miło czas. Czytając czułam się jakbym oglądała serial. Dobrze napisane opisy otoczenia itd. A humor w tej książce?? 100% mój. Czasami śmiałam się w głos! Jeśli chcecie się na chwilę oderwać i przeczytać po prostu fajną książkę to bardzo polecam! ✨
Lubicie romanse hate love? Może macie słabość do motywu one house? A może lubicie motyw force proximity? Czytacie książki, w których główni bohaterowie są zmuszeni ze sobą współpracować? A może macie ochotę na książkę z iście zimowym klimatem w środku lata? Jeśli choć raz odpowiedzieliście „TAK” to koniecznie musicie sięgnąć po „Bilet w jedną stronę”!
Styl pisania autorki pozostaje niezmiennie moim ulubionym, Karolina za każdym razem serwuje czytelnikowi tak dobrą i wciągająca historię, że książki nie chce się odkładać. Teraz było podobnie, pierwsze rozdziały, ja już byłam na maxa wkręcona, a im dalej tym tylko lepiej. Połączenie świetnych motywów takich jak hate-love, force proximity oraz one house wyszło autorce świetnie i dostaliśmy super romans, jednotomówkę idealną na jeden wieczór. Karolina dodała do tego zimowy klimat i choć może się wydawać, że historia nijak pasuje do pogody za oknem, to uwierzcie, że super czyta się takie książki! Dwie perspektywy, rollercoaster emocji, idealnej długości rozdziały, to wszystko znajdziecie w Bilecie… a to sprawi tylko, że jeszcze lepiej będzie się wam tę pozycję czytało!
Kreacja bohaterów bardzo mi się podobała, zresztą Karolina zawsze pisze takie postacie, że po prostu żyjecie ich życiem, gdy czytacie, kibicujecie im w rozwoju, ale też i w relacjach. Daphne i Tristan, to idealny przykład sunshine&grumpy, ona wyjeżdża, bo zdradził ja narzeczony i straciła pracę, więc rozpoczyna nowy rozdział. On wraca w rodzinne strony, których nienawidzi po wielu latach, bo obiecuje pomóc rozkręcić kumplowi biznes. Lądują w jednym domku, ona jest wszędzie, dużo gada, a on najchętniej nie odzywałby się w ogóle, ale spędzał nie ograniczony czas w kuchni. Postanawiają się unikać z początku im to wychodzi, ale później przychodzi choroba jednego z nich, zbliżają się do siebie i już nikt nie pamięta, że szukali drugiego lokum, żeby nie musieć na siebie patrzeć. Ich relacja pełna wzlotów i upadków, jedyna w swoim rodzaju, ale piękna i mogłabym o nich czytać bez końca!
A jeśli wy jeszcze zastanawiacie się czy sięgnąć po tę pozycję, to zdecydowanie nie macie nad czym, dodawajcie do koszyka w empiku, czy na wirtualną polkę na legimi i poznawajcie, bo naprawdę warto