Muzyka, która miała być ucieczką, stała się areną okrutnej zemsty.
Beatrice Spencer wierzyła, że ucieczka z Bazylei pozwoli jej pogrzebać przeszłość. W murach nowej akademii w Zurychu pragnęła jedynie spokoju i szansy na ukończenie studiów. Nie spodziewała się jednak, że mrok, od którego uciekała, znowu ją odnajdzie.
Samael Graves – genialny pianista o duszy spowitej ciemnością i plecach naznaczonych bliznami – powraca do życia, nieświadomy, że stał się ofiarą misternie tkanych kłamstw. Każde ich spotkanie to walka między bolesnym pożądaniem a narastającą nienawiścią, która wybrzmiewa w rytm utworów Rachmaninowa i Chopina.
Gdy na jaw wychodzi największy sekret Beatrice rzeczywistość obojga zaczyna się rozpadać. Samael musi zmierzyć się z prawdą o kobiecie, którą chciał zniszczyć, podczas gdy Beatrice odkrywa, że jej jedyny sojusznik i przyjaciel z dzieciństwa, Simon, skrywa mroczne, obsesyjne oblicze i nie cofnie się przed niczym, by przejąć kontrolę nad jej życiem.
To przesycona emocjami opowieść o traumie, która nie pozwala o sobie zapomnieć, i o miłości, która rodzi się tam, gdzie powinna być tylko pustka.
Czy w świecie pełnym fałszywych nut Beatrice zdoła odnaleźć własny głos, zanim sekrety ostatecznie ją złamią?
4.75 Powiem tyle, że widzę progres w porównaniu z Nokturn! W związku z kontynuacją, akcja idzie dalej i dostajemy odpowiedzi na nurtujące pytania z I tomu. Na pewno nie mogę powiedzieć, że nudziłam się na tej książce - bardzo spodobał mi sie całokształt. Tak, niestraszne mi takie klimaty, które w epilogu Nokturn spowodowały fakt, że Beatrice musiała się przenieść XD
Trochę akcja wolniej idzie, ale w zamian dostałam większy ból jak i OGROMNĄ CHĘĆ PRZECZYTANIA HISTORII HARMINY I KEVINA!
Jak i brakuje mi takich romansy opartych na muzyce klasycznej, akademii muzycznej na rynku!!
༄ To był dopiero początek. Preludium czegoś wyjatkowego, co dopiero miało się wydarzyć między nami, bo przecież mieliśmy całą wieczność. ༄
ৎ୭ Po zakończeniu pierwszego tomu nie mogłam się doczekać, aż zacznę ten, ponieważ tak bardzo mnie wtedy oczarował. Miałam przez to dość wysokie oczekiwania do kontynuacji i mogę szczerze powiedzieć, że nie zawiodłam się.
ৎ୭ Kreacja bohaterów również i teraz mnie zachwyciła! Ich relacja wywoływała we mnie wiele uczuć. Przez większość czasu było to załamanie, ponieważ to co tam się działo, było ogromnie wstrząsające. Mimo ciągłego odrzucenia i braku wspólnej zgody, dalej próbowali przebrnąć przez wszystkie wydarzenia.
ৎ୭ Beatrice ze względu na wydarzenia na końcu pierwszego tomu przenosi się na inną uczelnię, gdzie mimo wielu problemów, osiąga swoje cele, dzięki jednej z swoich nauczycielek. Utrzymuje jedno zdanie w odbiorze do Samaela, a ja muszę powiedzieć o niej, że jest zdecydowanie silna. Nie ważne co się działo, dalej próbowała.
ৎ୭ Podczas gdy Bea unikała Samaela kiedy tylko mogła, on natomiast próbował zrobić wszystko by dziewczyna z nim chociaż porozmawiała. Chciał zrozumieć co dokładnie usłyszała, a potem wyjaśnić dlaczego. Gdy udało mu się to, robił praktycznie wszystko by mu wybaczyła. Cóż mogę rzec? Zdecydowanie jest wytrwały, a w tym tomie zdecydowanie był zieloną flagą.
ৎ୭ Czy byłabym sobą gdybym nie wspomniała o wątku przyjaźni? Oczywiście, że nie i właśnie dlatego teraz o nim powiem! Relacja między Beatricę, a Harminą została przedstawiona tutaj wspaniale. Głównie zwróciłam uwagę na to, czy w mimo odległości dalej będę miały taki sam kontakt. Dało się na spokojnie wyczuć, że mimo tego, jak bardzo chciały by został taki sam, niestety lekko im się zmniejszył. Podczas gdy wcześniej mówiły sobie o wszystkim praktycznie od razu, w tym tomie zdarzało im się powiedzieć sobie o czymś dopiero po kilku tygodniach. I tak z jednej strony było to odrobinę bolesne, jednak jest to normalne i uważam, że takie rzeczy powinny zostać częściej pokazywane w literaturze. Mimo dystansu dalej okazywały sobie ogromne wsparcie i gdy tylko Harmie coś się stało, gdzie mogła potrzebować obecności przyjaciółki, Beatrice od razu rzuciła się by do niej pojechać, nawet jeśli znaczyło to bycie z Samaelem, z którym wtedy chciała mieć jak najmniej wspólnego.
ৎ୭ Ogromnie ważnym tematem była ciąża i poronienie. Szczerze podziwiam autorkę, za to, że podjęła się tak trudnego tematu. Zarówno sama ciąża, jak i następnie problemy z nią i reakcja na stratę zostały świetnie opisane. Wszystkie wizyty w szpitalu, diagnozy, reakcje zostały napisane dobrze. Oczywiście, każdy człowiek ma różne reakcje, jednak ta opisana tutaj, była opisana w naprawdę wiarygodny sposób.
ৎ୭ Ponownie wątek muzyki. Wspaniały. Uwielbiam go w tej książce. Ponownie autorka używała określeń z świata muzycznego w codziennych sytuacjach i zostały one wgrane cudownie, wręcz po prostu naturalnie. Ilość granych koncertów oraz przy okazji każdy możliwy opis grania na pianinie, był zrobiony nieziemsko. Czytając te fragmenty czułam się jakbym faktycznie stała tam i oglądała to na żywo.
ৎ୭ Oczywiście sam wątek całej tajemnicy, również mnie nie zawiódł. Mogę szczerze powiedzieć, że do momentu kiedy nie wyjaśniła się ona w książce, sama nie wpadłam na to konkretne rozwiązanie, a teorii miałam wiele. Był on świetnie napisany i zdecydowanie przemyślany wcześniej.
ৎ୭ Na sam koniec ogromnie chcę podziękować wydawnictwu oraz autorce za możliwość zrecenzowania całej dylogii. Prawdopodbnie gdyby nie to, nie sięgnęłabym sama z siebie po te książki i nie wiedziałabym co tracę, ponieważ czytanie ich było naprawdę świetnym przeżyciem i zdecydowanie mogę je polecić wielu osobom!
Po zakończeniu pierwszego tomu byłam bardzo ciekawa, w jaki sposób autorka poprowadzi dalsze wydarzenia. Wynikało to z faktu, że pod koniec książki pojawia się pewien motyw, z którym jeszcze nigdy nie spotkałam się w takim miejscu historii. Zazwyczaj tego typu wydarzenia stanowią zwieńczenie całej opowieści i pojawiają się dopiero na samym końcu, zamykając losy bohaterów. Tutaj natomiast stały się początkiem kolejnego etapu historii i zostały rozwinięte w drugim tomie. Było to dla mnie czymś nowym i sprawiło, że byłam naprawdę ciekawa, w jakim kierunku autorka zdecyduje się poprowadzić fabułę.
Drugi tom różnił się od pierwszego. Zaskoczeniem było dla mnie to, jak szybko bohaterowie ponownie się spotkali po wydarzeniach z końcówki pierwszej części. Spodziewałam się trochę dłuższej rozłąki, jednak nie odbieram tego jako wadę. Był to po prostu element, który mnie zaskoczył.
Ciekawym aspektem było dla mnie większe skupienie się na bohaterach pobocznych. Byłam ciekawa, jak wygląda ich życie i cieszę się, że autorka pozwoliła czytelnikom lepiej ich poznać. Szczególnie interesujące było dla mnie rozwinięcie historii Kevina i Harminy. Mimo wszystko nadal odczuwałam pewien niedosyt, ponieważ chętnie jeszcze bardziej zagłębiłabym się w ich relacje. Lepiej poznajemy również Simona, przyjaciela Beatrice, jednak od samego początku nie wzbudził on mojej sympatii.
Autorka przybliża także przeszłość głównych bohaterów, co pozwala lepiej zrozumieć ich reakcje, zachowania oraz sposób postępowania. Dzięki temu łatwiej było mi spojrzeć na nich z innej perspektywy i zrozumieć, co wpłynęło na ich obecne decyzje.
Relacja między profesorem a jego byłą już studentką nabrała w tym tomie innej dynamiki. Była bardziej porywcza i zmienna. W pierwszej części był to typowy zakazany romans, w którym bohaterowie musieli ukrywać swoje uczucia. Tutaj sytuacja wyglądała inaczej, ponieważ Beatrice nie była już jego studentką i przeniosła się na inną uczelnię. Mimo to ich relacja nadal pozostawała czymś, co wymagało ukrywania.
W kontynuacji autorka domyka również pozostałe otwarte wątki. Wyjaśniona zostaje historia związana z matką Beatrice, a także poznajemy przeszłość dawnej miłości Samaela. Uważam, że te elementy zostały przedstawione w ciekawy sposób.
Mimo wszystko nadal podtrzymuję opinię, że gdyby ta dylogia była dłuższa, a większy nacisk zostałby położony na opisy oraz stopniowe budowanie relacji, historia zyskałaby na jakości. Początkowe negatywne emocje między bohaterami oraz szybkie tempo rozwoju ich relacji sprawiły, że zabrakło mi nieco przestrzeni na spokojniejsze rozumienie tej historii. Przy takim motywie wolniejsze poprowadzenie wydarzeń mogłoby wypaść lepiej.
Mówi się, że muzycy zupełnie inaczej odczuwają emocje. Może jest to spowodowane tym, że potrafią czytać między wierszami a może tym, że je urzeczywistniają w melodii.
Najbardziej w tej dylogii oczywiście przypadły mi motywy: age gap, studentka x profesor oraz hate-love to…? Oczywiście zostały one bardzo obszernie rozwinięte i cóż może moje serce powiedzieć, jestem zachwycona.
Ta historia nie była dla mnie tylko rozrywką, ale też podróżą mentalną i starciem z wieloma emocjami, które były wsiąknięte w strony. A relacja Beatrice i Samaela dostarczyła mi wielu (skrajnych) emocji i zostawiała napięcie do samego końca.
Więc jeśli szukacie naprawdę dobrego romansu o profesorze i studentce, z ręką na sercu Wam go polecę. Ja przepadłam a może i Was równie wciągnie!
Poranione serca nie zawsze odnajdą do siebie drogę, a ucieczka nigdy nie jest rozwiązaniem. Czy można wybaczyć komuś, kto zranił tak bardzo, że zaczerpnięcie kolejnego oddechu wydaje się zbyt trudne? Komuś, kto miał być wsparciem, a stał się zagrożeniem? Czasami odejść jest najtrudniej. Zwłaszcza wtedy, gdy serce wciąż wybiera osobę, która stała się częścią naszego bólu. „Preludium” B. Calando to historia, która nie jest czarno-biała. To książka, którą po przeczytaniu odkładamy na półkę, ale jej bohaterowie jeszcze długo pozostają gdzieś w naszych myślach. Wracają w najmniej oczekiwanych momentach. Przypominamy sobie sceny, słowa i emocje. Zastanawiamy się, co by było, gdyby bohaterowie podjęli inną decyzję. Czy można było uniknąć bólu? Czy niektóre relacje da się jeszcze uratować, kiedy zaufanie zostało tak bardzo zniszczone? Po lekturze „Nokturnu” wiedziałam, że historia Beatrice i Samaela jeszcze długo nie da mi spokoju. Zbyt wiele zostało między nimi niewypowiedziane. Zbyt wiele pytań pozostało bez odpowiedzi. Zbyt wiele ran wciąż krwawiło. A jednak chyba nie byłam przygotowana na to, jak mocno „Preludium” we mnie uderzy. Bo to nie jest historia o łatwej miłości. Nie wystarczy jedno „przepraszam”, żeby wszystko wróciło na swoje miejsce. To opowieść o uczuciach, które mogą być jednocześnie najpiękniejszym schronieniem i największym źródłem cierpienia. O zaufaniu, które buduje się latami, a traci w jednej chwili. O prawdzie, która czasami boli bardziej niż kłamstwo. I o przeszłości, od której można uciec na drugi koniec świata, ale nie da się uciec od niej we własnej głowie. Beatrice chciała zacząć od nowa. Zostawić za sobą to, co wydarzyło się w Bazylei. Odnaleźć spokój. Po prostu żyć. I właśnie ta ogromna potrzeba normalności była dla mnie jednym z najbardziej przejmujących elementów jej historii. Bo czasami człowiek nie marzy o wielkiej miłości ani spektakularnych gestach. Czasami chce tylko obudzić się rano i nie czuć ciężaru tego, co wydarzyło się wczoraj. Chce przestać się bać. Chce móc zaufać. Chce poczuć, że wreszcie jest bezpieczny. A Beatrice musi nauczyć się, czy w ogóle jeszcze potrafi w to uwierzyć. I wtedy na jej drodze ponownie pojawia się Samael. Jak można jednocześnie tak bardzo kogoś pragnąć i tak bardzo się go bać? Jak można tęsknić za człowiekiem, który stał się częścią naszego bólu? Jak można próbować znienawidzić kogoś, kogo serce wciąż wybiera? Nie znalazłam na te pytania prostych odpowiedzi. Bo w tej historii nic nie jest proste. Uczucia nie są proste. Ludzie nie są prości. A przeszłość potrafi skomplikować nawet to, co kiedyś wydawało się oczywiste. Samael to bohater, którego nie da się po prostu polubić albo znienawidzić. Jest pełen sprzeczności, naznaczony własnymi demonami, błędami i decyzjami, których konsekwencje nie znikają tylko dlatego, że zaczyna rozumieć swoje postępowanie. Czy potrafi spojrzeć prawdzie w oczy? Czy zdobędzie się na odwagę, by przyznać się do własnych błędów? Czy zrozumie, że niektórych ran nie można zagłuszyć pięknymi słowami? Że miłość nie daje nikomu prawa do ranienia? Beatrice i Samael są dla mnie historią dwojga ludzi, którzy spotkali się w niewłaściwym czasie, z niewłaściwymi bagażami. Zbyt mocno poranionymi, żeby kochać bez strachu. I być może zbyt mocno związanymi ze sobą, żeby po prostu się rozstać. Czytając ich historię, miałam momentami ochotę krzyczeć. Czasami chciałam przytulić Beatrice i powiedzieć jej, że ma prawo się bać. Ma prawo nie wybaczyć. Ma prawo odejść. Innym razem chciałam potrząsnąć Samaelem i przypomnieć mu, że niektórych decyzji nie da się cofnąć. I chyba właśnie dlatego ta historia tak bardzo mnie poruszyła. Nie potrafiłam być obok niej obojętna. „Preludium” jest książką o emocjach, które nie mają jednego koloru. Są chwile piękne i delikatne, takie, które rozgrzewają serce, ale są też momenty, które ściskają je tak mocno, że trudno złapać oddech. Ból. Strach. Złość. Tęsknota. Bezsilność. Pragnienie. Nadzieja. I ta przeklęta miłość, która pojawia się zawsze wtedy, kiedy najbardziej chcielibyśmy jej nie czuć. A nad tym wszystkim jest muzyka. Muzyka jest tutaj czymś więcej niż dźwiękiem. Jest pamięcią, ucieczką i bólem. Jest sposobem na powiedzenie „kocham”, kiedy nie jesteśmy w stanie wypowiedzieć tego słowa. Jest krzykiem człowieka, który nie wie, jak poprosić o pomoc. Jest ciszą między dwojgiem ludzi, którzy mają sobie tak wiele do powiedzenia, a jednocześnie boją się każdego kolejnego słowa. I chyba właśnie dlatego motyw muzyki zrobił na mnie tak ogromne wrażenie. Bo czasami jedna melodia potrafi powiedzieć więcej niż cała rozmowa. Kilka dźwięków może otworzyć drzwi do wspomnień, które staraliśmy się zamknąć na zawsze. W „Preludium” mocno wybrzmiewa również temat zemsty. Historia Simona pokazuje, jak przerażająca może być obsesja ukryta pod pozorem troski. Najstraszniejsze nie zawsze jest to, co widzimy od razu. Czasami boimy się dopiero wtedy, kiedy odkrywamy, że ktoś, komu ufaliśmy, od dawna prowadził własną grę. Manipulował naszym życiem, uczuciami i decyzjami, a prawda, w którą wierzyliśmy, była tylko misternie skonstruowanym kłamstwem. Ile zniszczenia może przynieść jedno kłamstwo? Czasami więcej, niż jesteśmy w stanie sobie wyobrazić. Bo kiedy prawda w końcu wychodzi na jaw, nie zawsze przynosi ulgę. Czasami przychodzi za późno. Czasami nie potrafi naprawić tego, co już zostało zniszczone. „Preludium” nie daje łatwych odpowiedzi. Nie mówi, że miłość wszystko naprawi. Nie mówi, że wystarczy wybaczyć. Pokazuje za to, że czasami największą walkę człowiek toczy sam ze sobą — ze swoimi demonami, wspomnieniami, lękiem, poczuciem winy i wszystkimi „co by było, gdyby…”. I może właśnie dlatego tak bardzo rozumiem Beatrice. Każdy z nas ma przecież coś, od czego chciałby uciec. Jakąś własną Bazyleę. Jakąś ranę, której nie pokazuje światu. I chyba właśnie dlatego jej historia tak mocno trafia do serca. Bo pod całą muzyką, mrokiem, zemstą i skomplikowanymi relacjami kryje się coś bardzo prawdziwego — pragnienie, żeby w końcu przestać cierpieć. Żeby ktoś nas naprawdę zobaczył. Nie przez pryzmat naszych błędów ani tego, co wydarzyło się kiedyś. Tylko nas. Takich, jakimi jesteśmy. Z całym naszym bólem, lękami i pęknięciami, których nie da się już ukryć. „Preludium” zostawiło mnie z ogromną ilością emocji. Z zachwytem nad historią, która potrafi tak mocno wciągnąć, ale też z pewnym rodzajem smutku. Bo są bohaterowie, których chce się ochronić przed światem. Chce się wejść do książki, złapać ich za rękę i powiedzieć: „Już wystarczy. Już nie musicie więcej cierpieć”. Ale życie nie działa w ten sposób. Książki również nie zawsze na to pozwalają. Czasami bohaterowie muszą przejść przez piekło, żeby odnaleźć własną drogę. Muszą się rozpaść, żeby później spróbować zbudować siebie na nowo. I właśnie tak odbieram „Preludium”. Jako historię o rozpadaniu się, ale również o próbie odnalezienia siebie pośród wszystkich kawałków, które zostały. To książka, która przypomniała mi, że miłość nie zawsze jest delikatna. Czasami jest brutalna. Czasami przychodzi z bólem i zmusza nas do zmierzenia się z tym, przed czym całe życie uciekaliśmy. Czy Beatrice i Samael odnajdą swoją drogę? Tego nie zdradzę. Bo tę historię trzeba poczuć samemu. Trzeba pozwolić, żeby kolejne strony zabrały nas tam, gdzie muzyka miesza się z bólem, a miłość z zemstą. „Preludium” B. Calando to dla mnie nie jest po prostu kolejna książka. To historia, która sprawiła, że zatrzymywałam się przy niektórych fragmentach na dłużej. To bohaterowie, o których myślałam jeszcze długo po zamknięciu książki. To emocje, które nie skończyły się wraz z ostatnią stroną. To muzyka, którą można niemal usłyszeć pomiędzy słowami. To mrok, który momentami przytłacza, i światło, którego szuka się uparcie, nawet wtedy, kiedy wydaje się, że już dawno zgasło. A kiedy skończyłam czytać, pomyślałam tylko: Niektóre historie są jak muzyka. Zaczynają się od jednej, cichej nuty. Potem pojawia się kolejna. I kolejna. Aż nagle wszystkie dźwięki łączą się w coś, czego nie potrafimy już zatrzymać. I nawet kiedy utwór się kończy… my nadal go słyszymy. Tak właśnie było ze mną i „Preludium”. Ta historia wybrzmiała. Ale we mnie jeszcze długo nie ucichnie.
co rozczarowujace, drugi tom nie odczarowal zlego wrazenia po pierwszym, a jedynie glebiej rozczarowal. na dodatek straznie mnie rozdraznila ta pozycja.
. . . UPDATE : . . .
ᝰ. ❝ Preludium ❞ .ᐟ — B. Calando ᯓᡣ𐭩
❝ Une rose fanée ❞
· · · ─ ·ʚ ★★☆☆☆ ɞ· ─ · · ·
︵‿᧔ RECENZJA ᧓‿︵
Wszelkie nadzieje, jakie pokładłam w ,,Preludium", w wierze na odczarowanie złego wrażenia po ,,Nokturnie", prysły na wietrze, wraz z ostatnią kropką postawioną w powieści Beatrice oraz Samael'a.
Na próżno oczekiwać, aby pomiędzy dwiema książkami, wydanymi na przestrzeni odstępu czterech miesięcy, warsztat pisarski autorki uległ jakiejkolwiek większej, aniżeli znikomej, ewolucji, jednak skrywałam w sobie drobną otuchę na perspektywę zaserwowania mi czegoś choć odrobinę pozytywniejszego, niż to, z czym przyszło mi się mierzyć podczas lektury tomu pierwszego. Niemniej, z tą nadzieją nadeszło jeszcze większe nie tylko rozczarowanie, ale i rozdrażnienie.
To, na co zwróciłam uwagę przy recenzji ,,Nokturna", przy ,,Preludium" występuje ponownie. Mam mianowicie na myśli wprowadzanie wątków, które niewiele wnoszą do historii, a w dodatku potraktowane są na tyle po macoszemu, że odnoszę wrażenie, iż zawarte są jedynie w celu sztucznego zwiększenia objętości książki, oraz bycia poczekalnią dla jakiejś konkretnej sceny.
Co mnie jednak całkowicie rozsierdziło, to cały wątek próby samobójczej najlepszej przyjaciółki Beatrice — to, jak te sceny zostały napisane.. stwierdzić, że wzbudziło to we mnie wściekłość, to jak nie powiedzieć nic. Tak poważny temat, jakim jest próba samobójcza — czego tragiczny efekt rocznie zabiera blisko MILION żyć — potraktowany zostaje w ,,Preludium" niczym spacer nad sekwaną. Coś, nad czym, jako czytelnik, przechodzimy, lecz czemu nie poświęcamy zbyt wiele uwagi. To jest niczym plucie w twarz tym, którzy zmagają się z złym stanem psychicznym, czego z kolei efektem mogą być chęci odejścia z tego świata.
Nie potrafię być wyrozumiała względem tego. Ten temat zwyczajnie uderza mnie zbyt personalnie, abym potrafiła przymknąć na ten temat pryzmat własnych doświadczeń, oraz spojrzeć obiektywnie na poważny temat, traktowany z brakiem wyczucia, oraz płycizną.
W perspektywie tych kilku scen, oraz działań, czy przemyśleń głównej bohaterki, śmiem stwierdzić, że Beatrice jest tragiczną przyjaciółką. Jest to dla mnie absolutnie niepojęte, aby w sytuacji, w której wiem, że moja najlepsza przyjaciółka znajduje się w miejscu, w którym intencją jej jest odebranie sobie życia, przejmować się tym, że mój znajomy obraża się na mnie, lecz mnie nie chce się go gonić, miziać się z własnym love interestem, czy zwracać uwagę na muzykę płynącą z głośników w samochodzie, a jednoczesne kontemplowanie nad doborem utworów, albowiem ,,nie pasują one" do właściciela. Ręce opadają. DZIEWCZYNO !!! Rozumiem, że Beatrice na moment tych zdarzeń znajdowała się w innym mieście, a więc niemożliwym dla niej było teleportowanie się na miejsce, w którym była Harma, jednak znała ona dokładny adres mostu, a więc mogła zadzwonić na pogotowie z tą wiedzą, którą posiadała. Nawet jeśli to niewiele, to i tak lepsze, niż nic, a mogło dziewczynie uratować życie. No ale czegóż ja oczekuję od bohaterki, która każdą krzywdę bliskich jej osób przekuwa w rozmowę o sobie?
Absolutnie piekielne sceny, które raz, a porządnie, przekreśliły w moich oczach ,,Preludium".
To, na co również chcę zwrócić uwagę, to cała otoczka ,,zakazanego romansu" Beatrice oraz Samael'a, czy nawet Harmy z Kevin'em. Jakkolwiek przy pierwszym tomie ma to jeszcze jakiś sens, tak tutaj.. no nie. W momencie, w którym zostaje mi przedstawiona, jako fakt, informacja, że Kevin — jako profesor — ma reputację, wedle której wręcz słynie z romansowania z studentkami, co — wedle słów napisanych przez autorkę — jest czymś znanym na uczelni, a jednak nie zmierza się on z żadnymi konsekwencjami, jest dla mnie niewiarygodne, aby jego związek z Harminą był jakimkolwiek odstępstwem. Dlaczego teraz musi się ukrywać, skoro i tak nigdy jego ciągoty nie sprowadzają na niego kłopotów? Dlaczego dodajemy dramatyczną otoczkę czemuś, co jest znormalizowane, skutkiem czego wychodzą sprzeczności z tekstem przedstawionym mi — jako czytelnikowi — już wcześniej? Dlaczego udajemy, że wyciek informacji o romansie Beatrice oraz Samael'a wywołałby skandal na taką skalę, jaką wmawia mi powieść, skoro tak, owszem, są profesorem oraz studentką, lecz z różnych uczelni, w różnych miastach. To nie jest realne, aby Beatrice mogła zostać zawieszona w prawach studenta, oraz niedopuszczona do dyplomu, skoro Samael nie jest profesorem na uczelni, na której ona ten dyplom zdaje.
Podsumowując... ,,Preludium" wzbudza we mnie uczucie zawodu. Tak, jak nie czułam entuzjazmu wizją sięgnięcia po ten tom, po zakończeniu ,,Nokturna", tak zakończenie tej pozycji jednak wzbudza we mnie względne zadowolenie. Cieszy mnie, że to koniec. Dylogia ,,Morendo" ma w sobie potencjał, któremu autorce nie udało się sprostać, niestety. Niemniej mam nadzieję, że słowa, które zawieram w swych recenzjach nie zrażą autorki, a jedynie dadzą motywację do podszkolenia swojego warsztatu, oraz wydaniu na świat kolejnej — mam nadzieję, że lepszej — książki. Trzymam za to kciuki. Życzę pani Calando sukcesów, nawet, jeśli ,,Nokturn" oraz ,,Preludium" personalnie nie przypadło mi do gustu.
Słowem zakończenia pragnę również podziękować za możliwość recenzji obu tomów dylogii ,,Morendo". Nawet jeśli moje doświadczenie z tą historią nie należy do tych pozytywnych, to niemniej jestem ogromnie wdzięczna za obdarzenie mnie tą szansą, czuję się albowiem dostrzeżona, oraz doceniona.
Beatrice nie chce mieć nic wspólnego z Samaelem, a do tego ma pewną tajemnicę, o której nie chce, żeby się dowiedział. Zmienia uczelnię, tylko czy to wystarczy? Oczywiście, że nie i nawet to było z jej strony dosyć naiwne, że myślała, że to wszystko rozwiąże. Naprawdę myślała, iż jeśli przeniesie się na inną uczelnię, gdzie są jego znajomi to na niego nie wpadnie, a jej tajemnica nigdy nie wyjdzie na jaw? No właśnie. Niewiele czasu mija, kiedy znowu wpada na Samaela. Trochę irytowało mnie również to, że tak bardzo długo było kręcenie się wokół tematu, dlaczego go opuściła. Dlaczego nie mogła od razu, po pierwszym spotkaniu powiedzieć, że wszystko wie? Że zna jego plan?
To historia pełna bólu i cierpienia. Relacja bohaterów jest naprawdę bardzo skomplikowana, bo Beatrice się boi Samaela. Nie potrafi mu zaufać i tak naprawdę nie ma co się dziwić. Samael wyrządził jej wiele złego i to całkiem niesłusznie, a dziewczyna już w swoim życiu doświadczyła wystarczająco dużo cierpienia. Jednak nie ukrywam, że trochę rozczarowało mnie to, że mężczyzna tak szybko się poddał i nie chciał o nią walczyć. Z drugiej strony rozumiem to, bo zdawał sobie sprawę, jak wiele cierpienia jej sprawił i chciał się usunąć z jej życia. Mimo wszystkiego było widać, że Beatrice nadal mu na nim zależy. A on zrobi dla niej wiele. Wystarczyło, że kazała mu odejść. A on to zrobił. Dla niej.
Historia naprawdę gwarantuje wiele emocji, a zarazem ekspresowo się ją czyta, ponieważ nie jest to książka o dużej objętości. Wszystko to, co budziło pytanie w pierwszej części, tutaj stopniowo znajduje swoje odpowiedzi. Tożsamość bohaterki oraz historia tego, czego doświadczyła, wychodzą na jaw. Wszystko staje się jasne. Tak samo jak w przypadku bohatera, choć trochę czuje niedosyt. Podobało mi się to, jak wszystko było ze sobą powiązane i jak poszczególne tajemnice logicznie łączyły się ze sobą. Każdy z bohaterów odkrywa prawdę - prawdę o tym, że nic nie było taki, jak się wydawało. Życie każdego z nich było pełne bólu i cierpienia.
I oczywiście muzyka. Jest jej tutaj naprawdę bardzo dużo i to mi się podobało. Beatrice ma ogromny talent, ale to nie jest tak, że wszystko jej się udaje i zawsze jest najlepsza. Ma swoje wzloty i upadki. Pierwszy raz spotkałam się z dylogią, a właściwie z książką, w której muzyka jest faktycznie tak mocno obecna i odgrywa tak dużą rolę.
W tej części pojawia się więcej Simona i trochę mam wrażenie, że jego wątek został tutaj wciśnięty na siłę. Jego zachowanie względem bohaterki i ta kontrola była okropna, a z czasem myślałam, że autorka tworzy tutaj bezsensowną dramę, bo było blisko, ale na szczęście tak się nie stało.
Autorka ma naprawdę lekki i przyjemny styl pisania. Historia mogłaby jednak być bardziej rozbudowana, bo jest naprawdę krótka, a z chęcią spędziłabym z tą lekturą więcej czasu. Książka jest bardzo fajna i nie potrafiłam się od niej oderwać, ale trochę czuję niedosyt.
Bardzo ciekawił mnie również wątek poboczny, czyli historia przyjaciółki Beatrice, a nie został on do końca wyjaśniony. Więc teraz pojawia się pytanie: czy tak już zostanie, czy jednak autorka planuje napisać osobną historię? Bo nie ukrywam, że chcę więcej, tym bardziej że w przypadku tamtych bohaterów również jest tajemniczo i nie wszystko zostało wyjaśnione.
Jest to bardzo dobra dylogia. Ciekawa i zapewniająca wiele emocji. Zdecydowanie warto po nią sięgnąć, a ja z pewnością będę do niej wracać.
„… tylko dusza ma wartość, której nie da się wycenić”. „Nie da się zapomnieć kogoś, kto na zawsze zmienił twój świat…” „Nigdy nie przepraszaj za swoje uczucia”.
Po ostatnich wydarzeniach Beatrice postanawia uciec z Bazylei. Przenosi się do akademii muzycznej w Zurychu. To właśnie tam planuje ukończyć studia. Pomaga jej dawny przyjaciel Simon oraz Elena Wang. Nikt jednak nie ma pojęcia, co przeżywa Beatrice i jaką skrywa tajemnicę…
Samael Graves cierpi po odejściu Beatrice i nie może się z tym pogodzić. Próbuje odnaleźć swoją byłą uczennicę. Ma nadzieję, że pewnego dnia los pozwoli im się ponownie spotkać.
Czy Samaelowi uda się odnaleźć Beatrice? Co się wydarzy, gdy na jaw wyjdzie największy sekret dziewczyny?
„Preludium” to drugi tom świetnej dylogii Morendo, która jest retellingiem baśni „Piękna i Bestia”. Akcja powieści rozpoczyna się w momencie zakończenia pierwszej części. Autorka ponownie zabiera nas do muzycznego świata, pełnego fałszu, pychy i obłudy. „Na scenie – ideały. Poza nią – chłód i pogarda, gdzie każdy sukces ma swoją cenę, a każdy błąd zostaje zapamiętany niczym wyrok”. „Preludium” to opowieść pełna emocji, bólu ale i nadziei. Relacja Beatrice i Samaela została przerwana, pozostawiona w zawieszeniu, jednak nie daje o sobie zapomnieć. „Pozostało po niej coś pełnego napięcia, które zamiast przynosić ulgę, rozrywało ciszę. Wprawiało w smutek i melancholię, rozdzierało wnętrze”. Ich relacja jest trudna i skomplikowana. Sytuacji nie ułatwia fakt, że pojawił się ten trzeci, który dodatkowo miesza w relacji Beatrice i Samaela. Nie polubiłam postaci Simona, który uważał się za przyjaciela dziewczyny, jednak pokazał swoją prawdziwą twarz. Tak jak w poprzedniej części znajdziecie tutaj takie motywy jak: hate-love, zakazany związek (profesor i studentka),age gap i motyw akademii muzycznej. W tej historii muzyka jest czymś więcej niż tylko tłem. Autorka porusza także temat nieplanowanej ciąży oraz aborcji. „Preludium” to bardzo dobra opowieść o miłości, pełna emocji, która niesamowicie mnie wciągnęła Przyznam szczerze, że tom pierwszy odrobinę bardziej mi się podobał. Był według mnie bardziej mroczny i było w nim więcej sekretów. W drugim tomie wszystkie te tajemnice wychodzą na jaw, poznajemy przeszłość głównych bohaterów, a także dowiadujemy się, dlaczego Samael pragnął zemścić się na Beatrice. Podsumowując, dylogia „Morendo” bardzo mi się podobała i spędziłam z nią naprawdę miły czas. Historia Beatrice i Samaela totalnie mnie wciągnęła, nie mogłam się od niej oderwać. Bardzo polubiłam styl pisania Autorki, który jest lekki i przyjemny. Duży plus też za rozdziały napisane z perspektywy obu bohaterów. Ta seria ma tak przepiękne okładki, że od razu skradły moje serce. Jeżeli lubicie czytać mroczne, emocjonalne historie o zakazanej miłości ze skomplikowanymi relacjami to koniecznie przeczytajcie ten retelling baśni „Piękna i Bestia”.
Recenzja: ,,Preludium" jest drugą częścią dylogii morendo. Ta część skupia się bardziej na emocjach bohaterów i tym jak sobie z nimi radzą. Relacja Beatrice i Samaela jest pełna zawirowań, problemów, które pokazują rozwój ich relacji. Książka ma świetnie rozwinięty wątek muzyki i akademii muzycznej, rywalizacji, która jest w niej nieunikniona. W książce zostają wyjaśnione tajemnice z pierwszej części w bardzo ciekawy i przejrzysty sposób; a zwroty akcji dodają kolejnych emocji podczas czytania. Dzięki stylu pisania autorki książkę czyta się naprawdę szybko.
W tej części zauważyłam widoczną przemianę bohaterów. Beatrice poprzez doświadczenia, które ją spotkały staje się silniejsza i dojrzalsza. Harmina przechodzi także przez trudne momenty, które kształtują ją i jej relację z Kevinem, widoczną między wierszami powieści. Samel, który w pierwszej części chciał się zemścić teraz zmaga się ze swoimi uczuciami i stara się odzyskać Beatrice. Simon staje się jeszcze bardziej irytujący i męczący; autorce świetnie udało się go wykreować, że jest on jednym z tych bohaterów w książkach, za którymi się mocno nie przepada.
Z minusów to tak, jak przy pierwszej części nie do końca czułam emocje bohaterów, momentami wydawały mi się one niezrozumiałe. Podczas czytania zdażyła mi się scena, która brzmiała bardzo podobnie i została przedstawiona dwa razy, co wybiło mnie z rytmu czytania. Pod koniec złapał mnie zastój i ciężko było mi dokończyć tą książkę.
,,Preludium" podobało mi się trochę bardziej od pierwszej części przez płynność oraz już pełny rozwinięty świat przedstawiony.
Uważam, że ta dylogia jest warta przeczytania i poznania głębiej świata muzycznego i klimatu, który odkryłam w tych książkach. Na koniec, czytajcie dylogię morendo!! ❤️
Beatrice uciekła, Samael wrócił, Simon postanowił pokazać inną stronę, a ja zaczęłam się zastanawiać, czy w tym konserwatorium ktokolwiek potrafi po prostu spokojnie porozmawiać.
📝 O CO CHODZI
Po wydarzeniach z pierwszego tomu Beatrice próbuje zacząć od nowa, ale zmiana miejsca nie wystarcza, żeby zostawić przeszłość za sobą. Samael ponownie pojawia się w jej życiu, dochodzą nowe sekrety, komplikacje i przede wszystkim konsekwencje wcześniejszych decyzji.
👥BOHATEROWIE
BEATRICE –nadal brnie w sieć sekretów i kolejnych problemów, ale jest dojrzalsza, a jej decyzje mają większy ciężar
SAMAEL – nadal tajemniczy i skomplikowany, ale dostajemy więcej jego perspektywy, dzięki czemu łatwiej zrozumieć jego zachowanie
SIMON – przyjaciel Beatrice z dzieciństwa, którego uczucia zdecydowanie przekroczyły granicę zdrowej fascynacji
Największa zmiana dotyczy jednak relacji Beatrice i Samaela. W Nokturnie miałam wrażenie, że bardziej ślizga się po powierzchni, tutaj wreszcie schodzi głębiej. Nie jest łatwa ani cukierkowa, ale zaczęłam w nią wierzyć.
🎼KLIMAT
Świat artystów nadal jest mocno egzaltowany, ambitny, egoistyczny i napompowany emocjami. W pierwszym tomie momentami mnie to drażniło, tutaj lepiej rozumiałam, skąd ta przesada się bierze. Emocje mają większe uzasadnienie w wydarzeniach i konsekwencjach, więc łatwiej było mi wejść w ten specyficzny klimat.
Muzyka nadal gra ważną rolę i nadaje serii charakter. Mroczny? Niekoniecznie. Pełen presji? Zdecydowanie
🎯DLA KOGO
Dla tych, którzy przetrwali pierwszy tom i chcą zobaczyć, jak ta historia nabiera głębi. I dla tych, których nie odstrasza mocno specyficzny, artystyczny klimat.
⚖️ WERDYKT
Drugi tom jest lepiej poprowadzony, relacja w końcu ma ręce i nogi, a konsekwencje wyborów bohaterów nadają temu wszystkiemu sens. Specyficzny klimat środowiska muzyków nadal może dzielić czytelników. Czy wszystko nagle stało się idealne? Absolutnie nie. Nadal momentami jest bardzo emocjonalnie, a niektóre zachowania bohaterów miałam ochotę przedyskutować z nimi przy kawie.
Ta książka od pierwszych stron całkowicie mnie porwała. Nie było momentu, w którym czułabym znużenie. Wręcz przeciwnie z każdym kolejnym rozdziałem byłam coraz bardziej ciekawa tego, co wydarzy się dalej. Autorka doskonale buduje napięcie, stopniowo odkrywając kolejne elementy układanki. Kiedy wydawało mi się, że już wszystko rozumiem, pojawiało się coś, co wywracało moje przypuszczenia do góry nogami.
Największą siłą tej historii są dla mnie bohaterowie. Nie są idealni i właśnie dlatego wypadają tak autentycznie. Popełniają błędy, kierują się emocjami, czasami irytują, ale jednocześnie nie sposób przejść obok nich obojętnie. Ich relacja jest intensywna, skomplikowana i pełna sprzeczności. Czułam między nimi chemię, napięcie i wszystkie emocje, które aż wylewały się z kartek tej książki.
Ogromnie spodobało mi się również to, jak ważną rolę odgrywa muzyka. Nie jest jedynie dodatkiem staje się integralną częścią historii i buduje wyjątkowy klimat. Czytając, niemal słyszałam dźwięki fortepianu i miałam wrażenie, że każda melodia opowiada własną historię. To sprawiło, że całość była jeszcze bardziej poruszająca.
Bardzo lubię, kiedy książka wywołuje we mnie tyle emocji. Tutaj było ich naprawdę mnóstwo od ekscytacji, przez niepokój i złość, aż po wzruszenie.
Ta historia przypomina, że przeszłość potrafi długo rzucać cień na teraźniejszość, a zaufanie jest czymś niezwykle kruchym. Pokazuje również, że miłość nie zawsze jest łatwa i piękna czasami rodzi się w bólu, wśród ran i niedopowiedzeń.
Drugi tom okazał równie wciągający co pierwszy. Dosłownie go pochłonęłam i bardzo trudno było mi odłożyć książkę choćby na chwilę. Każdy rozdział kończył się tak, że musiałam przeczytać jeszcze jeden… i jeszcze jeden. Uwielbiam, kiedy historia wywołuje takie uzależnienie od od czytania. Dla mnie była to świetna kontynuacja, która spełniła wszystkie moje oczekiwania.
Na wstępie dam znać, że w tej recenzji znajdą się spoilery do pierwszego tomu, więc jeśli jeszcze go nie czytaliście, polecam najpierw nadrobić książkę, a później wrócić do mojej recenzji 🩷
Beatrice nie spodziewała się, że mężczyzna, który był dla niej oparciem, tak naprawdę przygotował dla niej plan zemsty za rzeczy, których nigdy nie zrobiła. Dziewczyna myślała, że w końcu znalazła osobę, dla której będzie wyjątkowa, ale jednak los miał dla niej inny plan. Dlatego postanawia odciąć się od mężczyzny. Nie chce słuchać jego tłumaczeń.
Nie dość, że jest rozbita psychicznie, to fizycznie też nie daje już rady. Dodatkowy stres, rozczarowanie, złamane serce, zmiana uczelni, egzaminy i jej współlokator, który wcale nie okazuje się aniołem, za jakiego początkowo go uważała. Wszystko to daje jej w kość.
W tej części autorka skupiła się na pokazaniu perspektywy Samaela i wyjaśnieniu sytuacji, w którą został wplątany przez swoją zrównoważoną inaczej ex. Mężczyzna próbuje odkupić swoje winy, ale przy tym coraz bardziej pochłania go mrok, z którym w pewnym momencie nie ma już siły walczyć…
Dużym plusem tej historii był sposób poprowadzenia wątku wybaczenia, które wielokrotnie jest traktowane po macoszemu. Tutaj zostało wyraźnie pokazane, że nie jest ono łatwe i że wiąże się z wieloma czynnikami, jak ponowne odzyskanie zaufania do drugiej osoby czy jego utrata, bo również mamy taką sytuację w jednej z relacji w tej historii.
Nie zdradzając Wam wielu szczegółów, ale odpowiadając na pytanie, które dostałam: „Czy podobało mi się zakończenie?” Tak, było adekwatne do tej historii i nie wyobrażam sobie, żeby ta dylogia mogła mieć inny koniec 🥹
I może tutaj się powtórzę, ale nadal potrzebuję historii Harmy i profesora, bo w tej części dostaliśmy zapowiedzi, które zdecydowanie zasługują na rozwinięcie 🫶
Muszę przyznać, że B. Calando naprawdę lubi wystawiać swoich bohaterów na próbę. 😭 Przez większą część książki obserwujemy ich ból, strach, niepewność, poczucie straty i próby odnalezienia się w nowej rzeczywistości. To historia pełna emocji, a chwil wytchnienia jest naprawdę niewiele.
Najbardziej było mi szkoda Beatrice. Miałam wrażenie, że z każdą kolejną tragedią coraz bardziej traciła swoją dawną iskierkę. Zemsta, ciąża i wszystkie wydarzenia, które na nią spadły, były po prostu zbyt dużym ciężarem dla jednej osoby.
Jedynym wątkiem, który trochę mi przeszkadzał, była jej relacja z Simonem. Miałam wrażenie, że Beatrice, choć nie robiła tego ze złej woli, dawała mu nadzieję, mieszkając z nim i wiedząc, że Simon czuje do niej znacznie więcej, niż ona mogła mu odwzajemnić. Z drugiej strony sam Simon również miał wiele własnych problemów i momentami jego zachowanie pozostawiało sporo do życzenia. Ostatecznie odniosłam wrażenie, że oboje tkwili w relacji, która była bardziej toksyczna niż pomocna.
Samael po raz kolejny pokazał, jak bardzo jest wewnętrznie rozdarty. Z jednej strony chciał spełnić prośbę Beatrice i zostawić ją w spokoju, z drugiej nie potrafił się od niej odciąć. Była dla niego jedynym światełkiem w tunelu, a jednocześnie osobą, wobec której wciąż czuł ogromne wyrzuty sumienia za wszystko, co wydarzyło się wcześniej. Bardzo podobało mi się obserwowanie tej jego wewnętrznej walki.
Choć przez większość książki autorka nie oszczędza ani bohaterów, ani czytelnika, to zakończenie wynagrodziło mi cały ten emocjonalny rollercoaster. Było piękne, wzruszające i dało poczucie, że po każdej burzy może w końcu wyjść słońce.
To dylogia, którą zdecydowanie mogę polecić osobom lubiącym romanse pełne emocji
Recenzja dylogii Morendo od B.Calando Ocena: 5/5⭐️ PRELEDIUM
Retelling baśni ,,Piękna i Bestia"
Motywy: 🎼Lovehate 🎵Zemsta 🎼Age gap 🎵Profesor&studentka 🎼Akademia muzyczna 🎵Tajemnice
Samael Graves, to znany pianista, który podróżuje realizując swoją trasę koncertową. Przerywa ją by objąć stanowisko nauczyciela w Szwajcarskim Konserwatorium Muzycznym. Jego celem jest Beatrice Spencer, na której chce się zemścić. Nie przewidział jednak że granica między nienawiścią a miłością jest bardzo cienka.
Wydanie tych książek jest naprawdę piękne i od razu kojarzy się z baśnią ,,Piękna i Bestia". Urzekły mnie tytuły rozdziałów, które są po francusku, a tłumaczenie znajdziemy w spisie treści na końcu książek.
PRELUDIUM Mimo że Samael już dawno odłożył zemstę na 2 plan, Beatrice tego nie wie. Ucieka od niego i przepisuje się do innej uczelni. Samael jednak się nie poddaje i szuka jej, ale czy ma to sens kiedy na jego miejscu jest już ktoś inny? On jeszcze nie wie że Beatrice uciekając od niego zabrała ze sobą tajemnicę, która może na zawsze odmienić ich losy. W tym tomie dowiadujemy się o przeszłości Samaela i tempo ich relacji zwalnia więc bardziej spodobał mi się drugi tom. Autorka zaznaczyła że ta przerwa jest większa, ponieważ Beatrice zmieniła uczelnię i przestała być studentem konkursowym. Mamy tutaj też rozwiązanie motywu lovehate, który od początku mnie zaciekawił.
Moje odczucia po tych książkach, są pozytywne. Książki czytało się przyjemnie i płynnie, a to że autorka dba o detale takie jak np. tempo ich relacji jest poniekąd zwiazane z tym muzycznym światem, sprawiało że jeszcze bardziej doceniałam tą książkę.
Zdecydowanie bardziej spodobał mi się II tom, ponieważ mieliśmy tam momenty z przeszłości Samaela 😄
“Pamiętaj, że tylko dusza ma wartość, której nie da się wycenić.”
[Współpraca reklamowa @wydawnictwomuza ]
🎹 Miałam ochotę rzucić tą książką jakieś tysiąc razy, czyli zawsze, kiedy pojawiał się Simon (sorry not sorry) 🙈. PRZYSIĘGAM, dawno żaden bohater tak mnie nie irytował, wkurzał i wszystko, co złe to jego wina 😅. 🎹 Beatrice stara się jakoś odnaleźć w nowej sytuacji. Nowa uczelnia, profesorowie i…ciągle próbujący się z nią skontaktować Samael. I DO TEGO WENRWIAJĄCY SIMON (przepraszam, musiałam, typiara ma jakąś anielską cierpliwość…albo po prostu chwilowy brak innych możliwości). 🎹 Samael nie potrafi zrozumieć, dlaczego Beatrice nagle zniknęła z jego życia. Stara się jakoś z nią skontaktować, jednak każde spotkanie to tylko coraz więcej bólu… 🎹 W końcu lepiej poznajemy wszystkie wątki historii. To jak bardzo życia tej dwójki były ze sobą połączone, cała intryga Jullien. Do tego aktualne problemy, które tylko się nawarstwiają i zamiast zbliżyć ich do siebie, to jeszcze bardziej rozdzielają. 🎹 Nie mogłam się oderwać od tej części (tak, nawet z Simonem), wręcz ją pochłaniałam. Byłam ciekawa, czy ta relacja ma jeszcze jakieś szanse na przetrwanie i co tak naprawdę wydarzyło się w przeszłości. Ogromne wsparcie, które Beatrice otrzymała od Eleny, było nieocenione. Do tego mały wgląd w turbo toksyczne środowisko muzyczne… 🎹 Uwielbiam historię Beatrice i Samaela jako całość. To ile oboje musieli wycierpieć w swoim życiu, przez co przejść i jakie demony ich prześladowały… To zdecydowanie jest dylogia przepełniona emocjami, a ta dwójka musi zawalczyć o swoje szczęście. Polecam z całego serduszka ❤️
Już od pierwszych stron dało się zauważyć zmianę w sposobie w jaki napisana jest książka. Dostaliśmy więcej opisów, ale też nie było ich nie wiadomo jak napchane. Wszystko było wyważone. Podobała mi się ta mała zmiana. Ja już po "Nokturnie" byłam zakochana w tej historii, ale po tej części... ja już nie wiem w jaki sposób opisać moją wielką miłość do tej dylogii. ALE KOCHAM TO!
Preludium jest bardzo nacechowane emocjami. Nie sądziłam, że wywoła ich u mnie aż tyle, ale to zrobiło. Ta niepewność, ktorą zasiała w nas autorka od samego poczatku sprawiała, że chciałam czytać tylko więcej i więcej. I zaznaczę tutaj, że zaczęłam ją w momencie, kiedy miałam zastój czytelniczy i żadna książka mnie nie wciągała, a ta... ja ją pochłaniałam i z niechęcią od niej odchodziłam, taka anegdotka.
Los stawiał bohaterów w tych samych miejscach i tym samym czasie, jednak przez wzgląd na tajemnice i kłamstwa w ich relacji, nic nie szło tak jak powinno. Beatrice odtrącała Samaela, co było zrozumiałe, bo on przecież miał w plana ją skrzywdzić, to właśnie usłyszała z jego ust na końcu pierwszego tomu. Uciekła chcąc spokoju, ale czy go dostała? Czy uciekając od jednego "zła", nie wpadła w jeszcze gorsze sidła? Czy nie przepłaciła przez to zdrowiem? Dowiecie się, jeśli po nią sięgniecie.
Zauważyłam również, że świat muzyczny, a raczej brutalny świat muzyczny jest tutaj jeszcze mocniej ukazany. Ciągły stres, walka o swoje, muzycy, którzy zamiast być w jakims stopniu wsparciem, są zawiastni i podli. Ta część ukazuje jeszcze więcej drugiej twarzy tego światka.
Co do bohaterów, to Beatrice nabrała większego charakteru, co spowodowały wydarzenia z pierwszej części. Widać w niej było zmianę i to na plus. To co jednak przechodziła... no moje serce bolało mnie niemiłosiernie. Jak na tak młodą osobę, to przeszła zbyt wiele, a mimo to dawała radę i brneła dalej. Samael tylko zwiększył moją miłość do niego. Bolesne fragmenty jego przeszłości, które tutaj się jeszcze bardziej odsłaniają, sprawiają, że w jakimś stopniu rozumie się też sposób jego postępowania z pierwszego tomu. Poza tym jego postać sprawia, że serce nie tylko kruszy się od smutku, ale i wzruszenia, przez to, co robi, żeby odzyskać Beatrice, ale czy mu się to uda? Nienawidzę za to Simona, jeśli przeczytacie, to zrozumiecie, ja tu nie będę za wiele zdradzać, ale typiarzowi się mózg z dupą na miejsca zamienił, dosłownie. On do wora, a wór do jeziora.
Co jeszcze przykuło moją uwagę? Harmina i Kevin, historia tej dwójki została tutaj po części wpleciona i muszę przyznać, że z chęcią bym coś o nich przeczytała, bo wydają się ciekawi i to bardzo. Fun fact: ja Kevina polubiłam jako pierwszego, a Samaela dopiero później, później i nadal nie wiem jak do tego doszło. 🤣
Przyjemnie się czytało ten tom, pomimo bólu i masy emocji, które wylewały się z każdej strony i czasem przygniatały, ale o to właśnie chodziło, tak miało być. Nie wyobrażałam sobie tego inaczej. Historia Beatrice i Samaela właśnie ma być emocjonalna, niezbyt łatwa i pełna niewiadomych.
Kończąc pierwszy tom dylogii Morendo, liczyłam, że Preludium bardziej przypadnie mi do gustu. Niestety, tak się nie stało.
Akcja drugiej części rozpoczyna się bezpośrednio po wydarzeniach z końcówki Nokturnu. Zraniona Beatrice postanawia odciąć się od Samaela... Jednak jak ma to zrobić, skoro nosi jego dziecko, które chce zatrzymać?
Z czasem coraz bardziej przyzwyczajałam się do pióra autorki i przestało ono aż tak utrudniać mi zrozumienie emocji bohaterów oraz relacji między postaciami.
Charakter i temperament Beatrice pozostały niezmienne, przez co nadal nie potrafiłam zmusić się nawet do jej tolerowania, nie mówiąc już o zżyciu się z nią.
Samaela wciąż lubiłam, choć z pewnością nie trafi do grona moich ulubionych bohaterów literackich. Na tle pozostałych postaci zdecydowanie się wyróżniał i był ciekawie wykreowany.
Odnosiłam wrażenie, że bardziej przypadły mi do gustu postacie stricte poboczne. Słyszałam, że autorka pierwotnie planowała opowiedzieć właśnie ich historię, jednak ostatecznie zdecydowała się skupić na Samaelu i Beatrice. Szkoda, bo moim zdaniem mogło wyjść z tego coś znacznie ciekawszego.
Nie spodobał mi się również wątek ciąży, którego nigdy nie byłam wielką zwolenniczką. Nie do końca rozumiałam podejście Beatrice do tej sytuacji, przez co z czasem ten motyw zaczął mnie męczyć i wydawał się zbędny.
Relacja romantyczna głównych bohaterów po zmianie uniwersytetu przez Beatrice straciła część swojej pierwotnej dynamiki. Nadal pozostawała na swój sposób zakazana ze względu na ich przeszłość, jednak zabrakło mi napięcia wynikającego z relacji studentka-profesor, która była jednym z elementów najbardziej przyciągających mnie w pierwszym tomie. Mimo tego doceniłam zmianę scenerii, która wprowadziła pewną świeżość do historii.
Zakończenie okazało się bardziej przemyślane i lepsze niż w poprzednim tomie, co zdecydowanie doceniam.
widzę tutaj progres, zwłascza przy zakończeniu, które było najwidoczniej bardziej przemyślane.
jednak wiele kwestii wciąż się mi gryzło, zaczynając od motywu profesor-studenka, który dostaliśmy w pierwszym tomie (w drugim przez wzgląd na zmianę szkoły go nie było), po motyw ciąży, którego nie jestem fanką.
na plus wplecenie innej pary, o której chętnie bym przeczytała więcej! oraz lepsze opisy i bardziej doszlifowany styl pisania, który bardzo mi podpasował! 🥹
Ta część zdecydowanie bardziej mnie kupiła niż „Nokturn”. Najbardziej podobała mi się przemiana Beatrice, bo w końcu stała się silniejsza i zaczęła naprawdę walczyć o siebie. Dużym plusem były też tajemnice, które stopniowo wychodziły na jaw. Sam styl autorki również wypada tutaj dużo lepiej, nadal jest poetycko, ale już nie aż tak zagmatwanie. Nadal zabrakło mi trochę głębszych dialogów i większej ilości emocji między bohaterami. Mimo tego bardzo dobrze się bawiłam i zdecydowanie widzę progres względem pierwszej części .