Już od pierwszego tomu czekałam na ta historię i kompletnie mnie nie zawiodła! Po przeczytaniu całej trylogii, nie umiem stwierdzić, którą z nich lubię najbardziej i czy to właśnie nie zakończenie i historia najbardziej zwariowanej z trójki przyjaciółek nie jest moją ulubioną, bo chyba to na jej historię czekałam najbardziej!
Skoro Libby jako jedyna wierzyła w istnienie klątwy i walczyła jak lwica o szczęście swoich przyjaciółek, można by się spodziewać, że w jej przypadku wszystko pójdzie jak spłatka, ale właśnie w tej części wszystko koszmarnie się komplikuje, a ja z radością obserwowałam, jak relacja Noah i Libby rozwijała się przez trzy(!) tomy, co jest swego rodzaju anomalią, jeśli chodzi o tą serię.
Z uśmiechem na twarzy czytałam, jak stają się najlepszymi przyjaciółmi i jak bardzo powoli i stopniowo ich relacja wchodzi na kolejne poziomy. Mówcie co chcecie, ale mam cholerną słabość do takich historii i dostarczyła mi ona ogrom radości. Uwielbiałam to, jak znają się nawzajem, jak potrafią odczytywać swoje następne i jaka bardzo w punkt są pomysły na kolejne wyprawy Noaha. No i ubóstwiam tą artystyczną duszę Libby! Może i jest nieco ekscentryczna, ale to właśnie cały jej urok. No i znacie kogoś, kto nazwałby swojego psa Żółw?
To historia, przy której chodziłam cały czas uchachana, uśmiechałam się sama do siebie i parsknąłem śmiechem. To historia, od której nie mogłam się oderwać, ale też nie chciałam jej kończyć i trochę mi przykro, że to już koniec i więcej nie będzie! Ale przede wszystkim to przepiękne zakończenie trylogii i historii moich ukochanych bohaterek!