'Copyfighter' to opowieść o tym, dlaczego reklamy są, jakie są. I o tym, jak mocno trzeba upaść na głowę, żeby dobrowolnie zostać kreatywnym w agencji. Artur zostaje copywriterem, znając ten zawód tylko z hollywoodzkich filmów. W polskich realiach zamiast fur i loftów czeka na niego umowa śmieciowa i zgniłe kompromisy. Lawirując między prezesem cwaniakiem, cudownie nawróconym dyrektorem kreatywnym, klientką-nimfomanką i nierealnymi deadlineami, chłopak pnie się na branżowe szczyty. Wkrótce staje na czele własnej agencji. Sytuację komplikuje pewna niezapłacona przez kontrahenta faktura. O pomoc w egzekucji długu prosi Artur zaprzyjaźnionych rosyjskich alfonsów .
Jest taki szczególny rodzaj literatury, którego znakomitym przedstawicielem jest ta książka. Rzecz jest trochę autobiograficzna, trochę ironiczna, trochę poradnikowa ale napisana jako fabuła. Zwykle protagonista jest zaprzedanym systemowi inteligentem. W CopyFighterze chodzi o, tu cię zaskoczę : copywritera. W Pokoleniu Ikea chodziło o prawnika. W Pl-boyu o dyrektora artystycznego pewnego pisma dla mężczyzn. W tego typu książkach bohater zmaga się z odwiecznym dylematem postinteligenta o to jak robić dobrą robotę w sytuacji gdy system przeszkadza próbując równolegle nie stracić duszy.
Krakowiak za to Nike nie otrzymał, ale dobrze się bawiłem i tak samo jak w poprzednich książkach z tego gatunku nacieszyłem się językowymi smaczkami, dowcipem i spojrzeniem z dystansem na branżę, której w pewnej mierze jestem/byłem częścią. Na tyle by przymknąć oko na niektóre "kliszowe" elementy fabuły.
Niby powieść środowiskowa, a jednak środowisko bardzo sztucznie opisane. Nie widać tu większego zamysłu kompozycyjnego. Słabo wykorzystany potencjał dużego zasobu możliwych gatunków reklamowych do poprowadzenia narracji. Nie warto.