2,5 *
Trafiłam na ten komiks myszkując po bibliotecznej półce i chociaż nic wcześniej o nim, wzięłam z ciekawości do domu, bo doświadczenie nauczyło mnie, że komiksy z Ameryki Południowej potrafią bardzo pozytywnie zaskoczyć. Niestety, nie tym razem.
Autor to Brazylijczyk, który wyemigrował do Barcelony i tam żyje na co dzień, ale podczas targów komiksowych w swojej ojczyźnie został wraz z innymi goszczącymi tam twórcami poproszony o stworzenie komiksowego reportażu o jednej ze stolic brazylijskich prowincji. Jemu przypadł w udziale Salvador. Quintanilha spędził tam kilkanaście dni na zbieraniu materiałów i wtedy usłyszał w lokalnym radiu komunikat o zatrzymaniu dwóch mężczyzn, którzy łowili ryby przy pomocy środków wybuchowych. Ta krótka wzmianka leżakowała w jego głowie długi czas po publikacji komiksu, który był powodem jego odwiedzin w mieście, aż w końcu przybrała formę „Wolframu”, który wokół tego zdarzenia nadbudowuje sensacyjną fabułę.
Ciężko mi jest powiedzieć o czym właściwie jest ten komiks, bo akcja toczy się jednego dnia, ale pojawia się mnóstwo wątków i bohaterów, scenariusz co chwilę przeskakuje od ich głosu zewnętrznego do wewnętrznego, jest ogólny chaos i zero przejrzystości. Trochę jest to o brutalności policji, trochę o relacjach, trochę o drobnych przestępcach, trochę o tym, źe nigdy nie przestaje się być żołnierzem, ale w efekcie za dużo z fabuły tego albumu nie wynika. Moim głównym zarzutem jest to, że akcja „Wolframu” mogłaby dziać się dosłownie wszędzie, a spodziewałam się, że pokaże mi jakąś specyfikę miejsca, o którym opowiada. Ratują to trochę całkiem niezłe rysunki, na których widać, że jesteśmy w ciepłym kraju. Ale poza tym chyba nie warto zawracać sobie głowy.