Przyznam się Wam do czegoś. Kiedy usłyszałam, że ktoś odważył się napisać historię potomków Wokulskiego i Łęckiej, poczułam lekki niepokój. „Lalka” to dla wielu z nas lektura, która siedzi w głowie latami, czy się ją kochało, czy przeklinało w liceum. Bałam się, że dostanę tani odcinek specjalny, doklejony do klasyki na siłę, z nazwiskami bohaterów jako jedynym łącznikiem. Podchodziłam do tej książki trochę jak do jeża. A potem zaczęłam czytać i przepadłam. To jedno z moich największych pozytywnych zaskoczeń tego roku.
Jakub Jarno w „Marionetce” zabiera nas do późnego PRL-u. Beton, kolejki, podsłuchy, ludzie, którzy nauczyli się mówić półsłówkami i nie ufać nawet sąsiadowi zza ściany. W tej szarej scenerii spotykają się potomkowie Stanisława i Izabeli. Tylko że to nie jest powtórka wielkiego romansu sprzed stu lat. To raczej desperacka próba ucieczki przed czymś, co wydaje się zapisane w genach, przed historią, która uparcie chce się powtórzyć.
Kluczem do przeszłości stają się listy, które Wokulski pisał do Izabeli. Czytałam je razem z bohaterami z rosnącym napięciem, bo z każdą kolejną stroną odsłania się miłość, która trwała długo po tym, jak powinna była wygasnąć, i tajemnica, która od wieku czekała, aż ktoś wreszcie po nią sięgnie. Ta część książki ma w sobie coś z dobrego śledztwa. Są rodzinne sekrety, niedopowiedzenia, zależności, o których nikt głośno nie mówi, a które ciągną się przez pokolenia jak niewidzialne nici. Złapałam się na tym, że czytam „jeszcze jeden rozdział” o pierwszej w nocy.
Do tego dochodzi relacja, która może niektórych zaskoczyć, a mnie ujęła. Romans dojrzałej kobiety ze znacznie młodszym mężczyzną, napisany bez taniego efekciarstwa i bez moralizowania. On ma, jak to pięknie ujęto, przedwcześnie posiwiałą duszę. Ona czasem tęskni za młodością, której nie zdążyła przeżyć po swojemu. Łączy ich więcej, niż sami przypuszczają, i odkrywanie tych wspólnych miejsc było dla mnie jedną z największych przyjemności tej lektury.
A tło PRL-u? Oddane tak sugestywnie, że niemal czułam zapach papierosów, mokrego betonu i kawy z fusami w szklance. System nie jest tu tylko dekoracją. On realnie wpływa na bohaterów, wchodzi im do mieszkań, do rozmów, do decyzji, których wolałoby się nie podejmować. Jarno przenosi znane motywy z „Lalki” do Polski Ludowej tak, że to nie jest kopiowanie, tylko inteligentna rozmowa z Prusem. Pytania o miłość, złudzenia i społeczne uwikłanie brzmią tu zaskakująco świeżo.
Najbardziej zostało ze mną jedno pytanie, które ta książka zadaje cicho, ale bardzo uparcie. Kto tak naprawdę nami steruje? System, który decyduje, kim wolno nam być? Rodzina i jej niewypowiedziane oczekiwania? A może przeszłość, której nawet nie znamy, a która i tak pociąga za sznurki? Bohaterowie szarpią się z tym wszystkim naraz i właśnie dlatego są tacy prawdziwi. Długo po zamknięciu ostatniej strony myślałam o tym, ile w moich własnych wyborach jest naprawdę mnie, a ile tego, co przyszło razem z nazwiskiem. ↴
Muszę też powiedzieć to wprost: to jedna z najlepiej napisanych książek, jakie przeczytałam w tym roku. Jarno ma niesamowite wyczucie języka i rytmu, wie, kiedy zwolnić, a kiedy przyspieszyć, i ani na moment nie wypuszcza czytelnika z rąk. Każde zdanie jest tu przemyślane, a całość czyta się z przyjemnością, jaką dają tylko naprawdę dopracowane historie.
I jeszcze tytuł. Jest po prostu idealny. Po lekturze zrozumiecie, dlaczego tak uważam.
Jeśli kochacie „Lalkę”, sięgajcie śmiało, bo dostaniecie piękny ukłon w stronę klasyki i zupełnie nową historię. Jeśli jej nie znosiliście w szkole, też sięgnijcie, bo może się okazać, że spojrzycie na Prusa zupełnie inaczej. A jeśli po prostu lubicie rodzinne tajemnice, gęsty klimat i romans, który bardziej boli, niż koi, to ta książka jest dla Was.