Młody zawodnik kulturystyki pnie się na szczyt. Dokonuje eksperymentu na własnym ciele, nie interesuje go nic poza rezultatem. Zaczyna wyglądać szokująco i pragnie być oglądany. Nie powstrzymuje go przedwczesna śmierć wielu jego idoli. Musi rosnąć. Chce pokazać, na co go stać. Myśli, że ma wybitne predyspozycje. Gdy dochodzi do najlepszej, niesamowitej formy – świat nie chce na niego spojrzeć.
To powieść o metodycznym, precyzyjnie zaplanowanym szaleństwie. O ludziach, którzy przekraczają naturalne ograniczenia swojego ciała, i o czasach ekstremalnego nadmiaru.
W książce zachodzi transformacja bohatera od kulturysty do kultysty (własnego ciała, samodoskonalenia się) - i ciekawie pokazano tu, jak dużą rolę grają w tej transformacji kultura popularna, chłopięce fantazje, a także działalność alt-rightowych influencerów takich jak Andrew Tate (to już w przypadku innych bohaterów).
Książka ma w sobie coś z narkotykowych powieści i dzienników typu Pamiętnik narkomanki Barbary Rosiek czy My, dzieci z dworca Zoo Christiane F., popularnych w latach zerowych i dziesiątych – jakieś przerażenie połączone z fascynacją, związane z obserwowaniem chorobliwej obsesji głównego bohatera na punkcie swojego ciała i kosmicznej dawki wspomagaczy różnego rodzaju, które w siebie pakuje. To metodyczne i planowane wzmocnienie/wyniszczenie, odzwierciedlone zresztą przez narrację rozepchniętą przez wyliczanki kolejnych ćwiczeń i środków - tu chyba najmocniej wybija się pióro Krukowskiego, bo mimo powtarzalnych sekcji opisowych (co nie jest błędem, a świadomym wyborem) całość trzyma w napięciu.
Książka, która opowiada o łamaniu granic swojego ciała i ducha. O tym ile supli można w siebie wcisnąć, ile poświęcić i ile w ramach tego wszystkiego stracić. Krukowski zabiera czytelnika w świat kulturystyki, przedstawia je jak inny, dziwny świat pełen wyciskania, jedzenia, kontroli.
To body horror, w który czytasz z przerażaniem, co człowiek może zrobić ze swoim ciałem, ale również zafascynowaniem przekładasz strony, na których główny bohater opisuje swoje wyniszczenie.
Jedna z najlepszych książek przeczytanych w tym roku.
Z obrzeżami świata opisanego w tej książce zetknąłem się już pod koniec lat 90-tych XX wieku, kiedy to najniższy kumpel z klasy przypakował solidnie. A była to 7-8 klasa podstawówki. W tym samym czasie mój starszy o dekadę kuzyn kolekcjonował magazyny kulturystyczne. Wtedy jedynie domyślałem się jak wygląda droga do takiej sylwetki. Ta książka pokazała mi jak to w rzeczywistości wyglada (uwierzyłem w głównego bohatera i jego determinację).
Historia jest opowiedziana z perspektywy dorosłego faceta, który opisuje swoją drogę od momentu pierwszej wizyty w siłowni do dnia zawodów pro qualifier. Od licealnego kujona w klasie bio-chem do osiłka próbującego grać na gitarze piosenki Kaczmarskiego. Poznajemy ludzi, którzy tak jak on wyciskają siódme poty na siłowni, rygorystycznie przestrzegają diety i chwytają się KAŻDEGO sposobu, aby mieć potężniejsze cielsko! Cel jest jeden, być jak Arnold i jemu podobni.
Książka jest na wskroś współczesna. Naszego bohatera nie omija polityka, pandemia czy problemy egzystencjalne. Jednak daleko tutaj od metafizycznych uniesień. Myśli są proste, cel jest jeden - mięśnie! Zatapiamy się w tym świecie, czujemy ten pot, wysiłek i niemalże każde wbicie igły z testosteronem. Ciężko było mi odłożyć tę książkę, bo chciałem wiedzieć jak daleko się posunie Młody i czy zdobędzie upragnioną kwalifikację do sekcji profesjonalistów. I czy jego ogranizm temu podoła?
“Kulturysta” Łukasz Krukowskiego to opowieść o pogoni za króliczkiem, którego nigdy nie udaje się złapać. Ideał jest zawsze gdzieś dalej: więcej mięśni, lepsza sylwetka. Cel, który mógłby dawać satysfakcję, staje się wyznacznikiem życia. Zdrowie ceną, jaką się płaci, relacje z ludźmi - przeszkodą, a własne ciało to projekt, który nigdy nie będzie w pełni ukończony. Widzę w tej historii alegorię konsumpcjonizmu, w którym olimpijskie: “szybciej, wyżej, mocniej” ustępuje zasadzie: więcej, szybciej, lepiej - refleksja i cena schodzą na plan dalszy Nie ma mety, jest tylko kolejny etap.
Żyjemy w kulturze nieustannego poprawiania siebie, mierzenia postępów, porównywania z innymi. Można doskonalić ciało, karierę, pozycję, wizerunek. Problem zaczyna się jednak, gdy nie potrafimy wyznaczyć granicy, po której pogrążamy się w autodestrukcji.
Co pozostanie, jeśli całe życie poświęcimy, by być kimś lepszym,a nie jesteśmy zadowoleni z tego, kim jesteśmy?
+ 1. tematyka - moim zdaniem najmocniejsza zaleta tej ksiazki, czyli poruszenie tematyki manosfery. Ksiazka dosadnie pokazuje problem social mediow i przekazywania przez nich mindsetu typu andrew tate itd. 2. bohater - tu zarowno plus jak i minus, dla mnie na plus dlatego ze dzieki niemu zobaczylem w kulturystach i wlasnie tych postrzeganych jako przyslowiowe byczki osoby ktore tez maja emocje, a przede wszystkim problemy - 1. cel - cel bohatera od poczatku skazany jest na kleske min. dlatego ze pochodzi z rodziny nowobogackiej = nie osiagnal wszystkiego samodzielnie 2. powtarzalnosc fabuly - duzo razy czytamy o wystajacyh kablach, wodzie itd
z ciekawych rzeczy mozna sie zastanawiac nad rola piosenek jacka albo kim tak w sumie jest trener ben. nie mniej jednak moim zdaniem super i polecam!