Rok 1955. W lesie odnaleziona zostaje sześcioletnia Marysia, która zaginęła tydzień wcześniej. Na odzieży i ciele ma plamy zaschniętej krwi. Jak dziewczynce udało się przetrwać? Czy ktoś jej pomógł? Co się wydarzyło? Marysia nic nie pamięta. Jej ciotka mówi, że czasem zapomnieć to łaska.
Rok 1985. Maria jest już dorosła, ale tajemnica sprzed lat nadal kładzie się cieniem na jej życiu. Kobieta pracuje jako nauczycielka w miejscowej podstawówce. Pewnego dnia jej nastoletni uczeń zamiast kartkówki oddaje jej rysunek przestawiający czworo dzieci i Kartoflanego Człowieka. Prosi ją o pomoc. Tego samego dnia zostaje znaleziony w miejskim parku powieszony na gałęzi.
Pojawiają się kolejne ofiary. Milicja rozpoczyna wyścig z czasem, aby schwytać niebezpiecznego mordercę. Tymczasem Maria prowadzi własne śledztwo. Ma przeczucie, że rozwiązanie zagadki kryje się głęboko w jej pamięci...
Polish writer. She graduated from the Faculty of Oriental Studies at Jagiellonian University with a specialization in Arab Studies. After graduation she came back to Katowice, where now she works in tourist office. Member of a Silesian Fantasy Club. She made her debut in April 2004 with a short story Diabeł na wieży, which was published in a Science Fiction magazine. She was writing movie and book reviews for web magazine Avatarae. Today she writes for Esensja. In July 2005, her short stories about Domenic Jordan were published in a collection entitled Diabeł na wieży by Fabryka Słów Publishing. Her full lengh book debut was a novel Miasto w zieleni i błękicie.
Sometimes impulse-buying pays off beautifully. I listened to this book all day and couldn't stop. In atmosphere it reminds scandinavian crime novels or some of my favourite crime tv series with bleak and cool color scheme.
Little girl Marysia lost in the woods for a week is finally found, but she's all covered in blood and god knows what else. All her memory of what happened is gone. Then we meet the same girl some thirty years later as a young woman. Maria, lonely and obviously depressed, is working as a teacher and living in the same small town in late communist era. She's just pushing one day after another in rarely changing routine of her life. And then one of her pupils is found dead, the one that right before his death ignited with his drawing of his friends (imaginary? real?) some long lost memory in her poor depressed head. Police starts their investigation and Maria starts her own...
This definitely had some In the Woods vibe for me, I got so curious that I just had to read it immediately and, while a bit annoyed by multiplying names and surnames of whatsoever not that important people and having a perpetrator guessed right after he arrived on the scene - my bad - I truly enjoyed it all, the atmosphere, the main character, the whole story. And even if it wasn't as good as In The Woods was - for my tastes, of course - this was a good crime story. And it left some questions unanswered - in the way that I like it.
Fajny, niespieszny, dobrze napisany kryminał w starym stylu. Bardzo dokładnie i bardzo starannie stworzona powieść. Językowo wyższa półka, aż przyjemnie się czytało. Coraz bardziej lubię powieści osadzone w peerelowskiej rzeczywistości. Ładnie. Pierwsza moja książka Pani Kańtoch, na pewno nie ostatnia. Bohaterowie świetnie napisani, różnorodni, ale nie na siłę, tylko naturalnie. Uczciwa ocena to 8,5/10, ale pod wpływem emocji i radości z przeczytania warsztatowo idealnie napisanej książki o świetnej fabule, intrydze kryminalnej i naprawdę thrillerowym klimacie – ocena maksymalna.
Po pierwsze, już nie shippuję Alicji i Marii, i och jejku, jak mogłam przeoczyć tak oczywistą wskazówkę? Od pewnego momentu miałam skojarzenia z "Crimson Peak", więc można powiedzieć, że dobrze obstawiłam mordercę, ale wciąż wiele mi umknęło. Dałam się wciągnąć, prosto i radośnie. Duże podziękowania dla Leseparatist i Girl za pożyczenie egzemplarza :) (Wciąż uważam, że relacja Alicji i Marii miała silny lesbian vibe i może w czymś, co byłoby femslashem do "Hannibala" miałaby sens).
I tu uwaga, że tej książki się nie czyta, ją się połyka. Jestem zaskoczona tempem, w jakim udało mi się skończyć całość. Bardzo płynnie się czytało i świetna, czytelna konstrukcja całości. Aż się prosi, żeby nie odkładać, póki nie dojdzie się do ostatniej strony.
Powieść jest klimatyczna i oferuje pewien nastrój grozy i wrogości. Zamknięta małomiasteczkowa (czy też średniomasteczkowa) społeczność z jej patologiami zawsze stanowi dobre tło dla kryminału. Dzięki temu mam też wrażenie, że powieść jest bardzo polska, chociaż nie można nie dostrzec stylizacji na skandynawskie kryminały, ale ej, czy można teraz pisać kryminały inaczej? Plus silne skojarzenia z twórczością Axelsson, co jest pochlebne, bo to znakomita pisarska.
Najbardziej podobało mi się to, jak wiarygodnie i w jakiś sposób neutralnie (w tym znaczeniu, że nie osądzająco) opisana została depresja głównej bohaterki. Ten moment, kiedy wykonanie najprostszych czynności staje się zadaniem ponad siły. Widziałam recenzje opisujące Marię jako antybohaterkę, ale nie zgadzam się z taką klasyfikacją i nie do końca wiem, skąd ona się bierze. To dobra kobieta, która robi, co może w ekstremalnych okolicznościach. Nie zamierzam jej osądzać. Poza tym mam silny lesbian (bi?) vibe od niej, co wystarcza, żebym ją polubiła. I kiedy Maria rozwodzi się, że nie ma określonego typu mężczyzny, odruchowo nasuwało mi się, że to dlatego, że nie spotkała jeszcze właściwej kobiety.
Łapałam się też na bardzo ambiwalentnych emocjach w trakcie lektury, bo chciałam, aby morderca został schwytany, ale naprawdę chciałam też, żeby Boguszowi widowiskowo powinęła się noga, bo nie cierpię kutafona. Jeśli ktoś jest tutaj antybohaterem to właśnie on. Interesuje mnie za to dalsza kariera Beaty, tajemnica morderstwa Sabiny, co dalej z nauczycielem plastyki. Ot, te wszystkie nie rozwiązane wątki.
Druga książka po polsku w tym roku! W tym tempie pobiję czytelnicze rekordy.
To moje pierwsze spotkanie z Kańtoch i zasadniczo zdecydowanie na plus. Jedyne, co mogę powieści zarzucić, to że tak wielu wątków nie zamyka i że część zakończenia była ciut pójściem na łatwiznę. W dodatku czytałam po przypadkowym auto-zaspoilerowaniu, co co prawda trochę zabiło mi uciechę z lektury, ale umożliwiło docenienie wszystkich obsadzonych w powieści tropów.
Jedyny mój zasadniczy zarzut to potraktowanie niepełnosprawności. I nawet fakt, że niepełnosprawna jest też główna bohaterka (cierpiąca na niezdiagnozowaną, ale poważną depresję, albo może specyficzną sezonalną chorobę dwubiegunową?) do końca tego nie mityguje.
Niemniej jednak - wartka, wciągająca fabuła, bardzo dobrze nakreślone postaci i bardzo niejednoznaczne relacje. Od powieści trudno się oderwać, jest klimatyczna i fascynująco pokazuje realia późnego komunizmu. Nieuniknione, z uwagi na tematykę, wydaje się być porównanie z Ciemno, prawie noc Joanny Bator, ale Łaska podobała mi się bardziej, bo ostatecznie nie popadła w tanie epatowanie makabrą. Porównałabym też powieść, z uwagi na bohaterkę i klimat, trochę z powieściami Majgull Axelsson (z tego, co o nich pamiętam) i trochę z wcześniejszymi powieściami Gillian Flynn, tej od Zaginionej dziewczyny.
Myślę, że będę musiała wypróbować więcej Kańtoch. (Chce mi ktoś pożyczyć Czarne?)
Po raz kolejny przekonałam się, że kryminał jako gatunek do mnie nie trafia i nie potrafię nawet ocenić, czy intryga jest zbudowana dobrze, źle czy przeciętnie w kontekście wymogów gatunku. Ale to, kto jest mordercą obstawiłam ze 100% pewnością mniej więcej w połowie książki, a to chyba źle.
Dobra narracja, przeciętne postaci. W żaden sposób irytujące - tego absolutnie nie mogę im zarzucić, wręcz przeciwnie. Generalnie postacie dobrze zarysowane, różnorodne, pozbawione cech, które czyniłyby je w lekturze niestrawnymi. Ale sympatię czułam tylko do osoby policjantki, stąd zarzut przeciętności. Z drugiej strony to chyba mieli być tacy przeciętni ludzie z przeciętnego miasta.
Bardzo dobrze napisana depresja. Na tyle dobrze, że gdy zaczęłam książkę w kiepski emocjonalnie dzień, musiałam ją odłożyć i wrócić do niej kilka dni później. Jestem rozczarowana, że lesbian vibe pozostało tylko vibe. O wiele więcej czadu dodałoby to zakończeniu.
Fajnie było wrócić do tej książki po kilku latach (tak, wypożyczyłam "Łaskę" z biblioteki, zapominając, że już ją czytałam). Chociaż zdaję sobie sprawę, że sama rozwiązanie intrygi jest zdecydowanie daleko poza granicą prawdopodobieństwa ;), to jednak sposób, w jaki Kańtoch buduje klimat małych, prowincjonalnych społeczności, wszystko mi wynagrodził. "Łaska" to zdecydowanie kryminał dla tych, którzy równie mocno (lub nawet mocniej ;)) jak kryminalną zagadkę, cenią sobie tło i oprawę obyczajową.
Oj nie. Nieźle napisane i tyle z plusów. Motywacje postaci w ogóle mnie nie przekonały. Całość jest jakaś taka rozwleczona niepotrzebnie i zagmatwana. Za mało realistyczna ta opowieść. Nie wszystko zostało też do końca wyjaśnione. Postaci takie meh. W dodatku domyśliłam się kto zabija, jak tylko ta osoba została wspomniana 🙃🫠 Zawód.
Sześcioletnia Marysia znika na tydzień w 1955 roku. Pokrytą krwią dziewczynkę znajduje grzybiarz, a wychowująca ją ciotka decyduje się na zawieszenie śledztwa. W 1985 roku Maria nadal nie wie, co się z nią stało w lesie, wróciła jednak do miasteczka, gdzie pracuje w szkole jako nauczycielka. Gdy jeden z uczniów oddaje jej rysunek dzieci i Kartoflanego Człowieka, wracają wspomnienia i potęgują się lęki kobiety. Autor rysunku Wojtek w ten sam dzień wiesza się w pobliskim parku.
2,5/5 Niewiele tej książce można zarzucić. Jest po prostu poprawnie napisana, ma niezłych bohaterów (choć wielu potraktowanych dość powierzchownie jak na tak długą książkę), całkiem interesującą fabułę i logiczne zakończenie. Jednocześnie nie ma w niej nic co by mnie zachwyciło. Tutaj liczyłam przede wszystkim na klimat - lata 80, ponurość (akcja ma miejsce w zimie) i dreszczyk emocji. Nie było pod tym względem tragicznie, ale za dobrze też nie. Nie poczułam też sympatii do żadnego z bohaterów, na czele z główna bohaterką, która jako jedyna miała jakieś warstwy. Mimo, że czytało się dobrze, byłam ciekawa co dalej i nie domyśliłam się zakończenia to książka nie zapadnie mi w pamięć. Niestety wrzucam ją do worka z przeciętniakami i nie jestem w stanie się przekonać by dać jej pełną, trzecią gwiazdkę.
Świetny, trzymający w napięciu kryminał, nie sposób się oderwać! Anna Kańtoch stworzyła nie tylko misterną, mroczną fabułę, ale i nieprzeciętne postaci. Autorka potrafiła wykreować wiarygodne portrety psychologiczne. Atmosfera książki sprawiała, że kilka razy w trakcie lektury przechodził mnie dreszcz i miałam gęsią skórkę. Niektórzy czytelnicy narzekają na dłużyzny, a dla mnie wszystkie te wątki poboczne były niezmiernie ważne. Dzięki nim różne postaci stały się wielowymiarowe i niesztampowe. Naprawdę dobra książka, polecam.
Po trylogii Przedksiężycowych tej autorki bardzo chciałam sięgnąć po jeszcze inną książkę Anny Kańtoch. Łaska była bardzo polecana tu i tam, więc w końcu ją wypożyczyłam. Niestety - kryminał w wykonaniu pani Kańtoch już nie podobał mi się tak bardzo. Zwyczajny procedural, do tego jeszcze z mocno naciąganą motywacją. Plusem tej powieści według mnie są bardzo dobre i wiarygodne postaci - trzeba przyznać autorce, że potrafi zbudować taki świat, w który się wierzy i wnika się całym sobą. Jednak mimo wszystko nie miałam z tej książki takiej frajdy, jak z Przedksiężycowych. Jeśli jeszcze wrócę do tej autorki kiedyś, to na pewno do jej fantastyki.
This is, I think, my favorite kind of detective story - deeply personal and creating a strong mood that stays for hours after reading. The use of early Soviet era as setting works perfectly. The characters are broken people with unclear morals. The mystery is intriguing. What bothers me is the ending, which really stretched my suspension of disbelief. But, well.
Czytałam z zapartym tchem! (brzmi to tandetnie, ale naprawdę tak było). Konstrukcja postaci, cała otoczka Mgielnicy, opowieść kryminalna, przejmująca atmosfera grozy i niepokoju składają się na bardzo dobrą powieść. Umieszczenie akcji w latach 80-tych dodatkowo się książce przysłużyło.
Cóż, nigdy nie byłam wielbicielką kryminałów, ale raz na jakiś czas czytam jakiś z przyjemnością, a ostatnio sporo czytam tak zwanych „mysteries”, które pewnie zupełnie błędnie sobie od kryminałów oddzielam. Dlatego pomyślałam, że może spróbuję „prawdziwego” kryminału. Niestety, mimo że sięgnęłam po ogólnie chwaloną „Łaskę” Anny Kańtoch, zachwytu nie było. Być może intryga została wymyślona na wysokim poziomie, mam za małe porównanie, by to ocenić. Jeśli chodzi o rozwiązanie intrygi, to domyśliłam się dość szybko, nawet jeśli umknęły mi szczegóły. Odczuwałam napięcie, choć z czasem mnie ono znużyło. Bardzo męczy mnie motyw, w którym w jedną sprawę zamieszana jest garść osób, które się nie znają, nie współpracują ze sobą, a nawet sobie przeszkadzają i tylko czytelnik ma pełen obraz sytuacji. Być może to typowy trop w kryminałach, ale straszliwie mnie nuży. Książka napisana jest bardzo poprawnie, ale strasznie dużo tu takich utartych określeń, wytartych zwrotów, wytrącało mnie to z historii, za dużo myślałam o piszącej tę książkę pisarce. Za dużo postaci wyjaśniających wszystko w dialogach po wiele razy. A skoro już mowa o bohaterach, to choć poza absolutnie nieznośnym milicjantem Boguszem, dość przyjemnie towarzyszyło mi się bohaterkom, choć nic mnie też one nie obchodziły. Zdążyłam się podekscytować nadzieją na lesbijski romans, ale przyszło mi obejść się smakiem. Mimo to jednak postaci też wydały mi się raczej papierowe i nijakie.
Na plus – przedstawienie depresji. Zawsze dodam punkty książce, która opisuje depresję bez lukru i z całym bagażem paskudności, bólu i umęczenia, które się z depresją wiążą.
To moje pierwsze spotkanie z kryminałem Anny Kańtoch i z pewnością nieostatnie. Nabrałam apetytu na więcej😉. To co dostałam od autorki to oryginalna fabuła z klimatem, bohaterzy z krwi i kości, żadni tam super hero, ciekawa historia kryminalna. Autorka pięknie posługuje się językiem, wciąga w swoją opowieść i świetnie opisuje rzeczywistość lat 80tych małej społeczności. Akcja powieści toczy się w dwóch liniach czasowych; 1955 i 1985.
1955 - 6letnia Maria znika bez śladu, a kiedy po tygodniu się odnajduje, jest cała pokryta krwią. Dziecko nie pamięta, co się wydarzyło, a jej opiekunka prawna nie dopuszcza milicji do wszczęcia dochodzenia. 1985- dorosła Maria wraca do rodzinnej wsi, zatrudnia się jako nauczycielka w szkole podstawowej. Jeden z uczniów Marii zamiast odpowiedzi na pytania z lektury zostawia na kartce rysunek. Wzbudza on w Marii dziwny niepokój. Wkrótce potem chłopiec popełnia samobójstwo. Zaczynaja też ginąć inni uczniowie 8 klasy szkoły podstawowej, w której pracuje Maria. Kobieta zaczyna przeczuwać, że te tragiczne wydarzenia mają coś wspólnego z jej tajemniczym zniknięciem sprzed lat. Czy w małym, prowincjonalnym miasteczku grasuje seryjny morderca i czy ma coś wspólnego z tym, co zdarzylo się 30 lat temu?
Dobre czytanie/słuchanie, które z czystym sumieniem mogę polecić.
Doskonały kryminał,świetnie wykreowane postacie . Na początku trochę opornie szło mi czytanie ,ale potem jak się wciągnęłam to trudno było się oderwać od fabuły .Teraźniejszość przeplatana z wątkami z przeszłości .Ciężko mi było na początku wytypować mordercę ,ale potem już się domyśliłam i byłam ciekawa jak się cała sprawa morderstw dzieci zakończy .
Ta książka to moje pierwsze zetknięcie z Kańtoch i jestem baaaardzo na tak jeżeli chodzi o styl - kupił mnie na tyle, że na pewno bardzo chętnie sięgnę po kolejne książki tej autorki. Główna postać ciekawa i niejednoznaczna, bardzo wiarygodnie opisano jej depresję, aż momentami ciężko było czytać.
Niestety rozwiązanie było trochę banalne i niesmaczne? Serio zabójcą musiał być chory psychicznie syn chorego człowieka? W XXI wieku można naprawdę wymyślić coś lepszego... tak, przeszło mi do głowy, że to Piotr będzie mordercą, ale odrzuciłam to, no bo jak, to by było słabe. No i było. Kompletnie nie kupuje tego zabicia Piotra przez Marię na końcu. Nic w całej tej książce nie daje mi podstaw do tego, żeby to jej zachowanie kupić. Dużo fajnych wątków nagle uciętych.
Co do redakcji, to prawie mi plomba wypadła przy „skarze”. ;)
This entire review has been hidden because of spoilers.
Ha, to będzie już 10 lat jak opowiadam ludziom o tym, że bardzo lubię Kańtoch. Trochę się w międzyczasie zmieniło. Ja praktycznie przestałam czytać polskie książki, sama autorka miała kilka lat przerwy w publikowaniu powieści po pierwszym tomie Przedksiężycowych (co mi zresztą przypomina - czas dokończyć ten cykl). Sentyment jednak mi pozostał - i zarówno Łaska, jak i wydane kilka lat temu (a przeczytane dopiero w zeszłym roku) Czarne cieszą mnie niezmiernie tym, że Kańtoch rozwinęła się pisarsko i nareszcie spełnia ten potencjał, który widać było w Zabawkach diabła i Mieście w zieleni i błękicie.
Nie da się zaprzeczyć, że Kańtoch od zawsze czuje się świetnie w kryminałach, różnego rodzaju murder mysteries i im podobnym. Nic więc dziwnego, że w końcu zdecydowała się napisać czysty kryminał, bez elementów fantastycznych. I ładnie jej wyszedł: klimatyczny, wciągający, z ciekawymi postaciami.
No ale właśnie. Kańtoch co prawda coraz lepiej radzi sobie z prowadzeniem intrygi, ale zakończenie Łaski pozostawia niestety wiele do życzenia. Nie mówię tutaj nawet o osobie zabójcy. Chodzi raczej o to, że od momentu, w którym zaczynamy zbliżać się do finału, książka zaczyna porzucać kolejne wątki, skupiając się aż do samego końca tylko na tym głównym - a szkoda, bo niektóre red herrings czy osobiste wątki postaci wypadałoby w satysfakcjonujący sposób do końca rozegrać. Zwłaszcza epilog sprawia wrażenie nieskończonego - mógłby spokojnie być dłuższy i bardziej satysfakcjonujący. Zupełnie jakby wszystko inne było gotowe, ale wydawnictwo już, teraz, natychmiast domagało się całości książki, więc z epilogu poszedł zaledwie fragment.
Wydanych pieniędzy jednak nie żałuję i dalej z przyjemnością będę po książki Kańtoch sięgać. Na przykład nadrabiając zaległości, bo do tego Łaska mnie zdołała zachęcić.
Przeczytałam jednym tchem i to nie tylko ze względu na wciągające poszukiwanie rozwiązania zagadki, kto i kogo zabił. Nie rozumiem, czemu zarzuca się tej książce jednowymiarowość głównej postaci (odniosłam wręcz przeciwne wrażenie, Maria jest pełnokrwistą, bardzo przekonującą postacią, a to, że ma depresyjne nastroje? Owszem, a jak to jest opisane!) czy zbyt blade odzwierciedlenie atmosfery lat 80. małego miasteczka (jw.; tu wypada dodać, że dobrze pamiętam klimat tych lat). Zanurzyłam się w ten świat może nie z rozkoszą, ale na pewno z fascynacją podszytą nieco... wstrętem? Niepokojem? Ulgą, że ta szarzyzna i małomiasteczkowość, tak sugestywnie oddane, już mnie (nas?) nie dotyczą? Mam nadzieję, że Anna Kańtoch będzie nadal eksperymentować z gatunkami - odkrywanie, jak jej to wychodzi, to czysta radość.
To elegancka książka, po filmowemu detaliczna, z drobiazgowo zrobionym researchem i wglądem w psychikę bohaterów. Jest w niej dużo świata, który już nie istnieje, i chociaż akcja rozgrywa się w PRLu, więcej tam życia codziennego z jego szarzyzną, brudem i brutalnością tamtych czasów wobec wszystkiego, co odbiega od normy, niż jakiejkolwiek polityki. Na prowincji partia jest gdzieś tam, a rzeczywistość toczy się swoim torem, i wbrew temu co nam się czasem wmawia, tak właśnie pamiętam lata 80. Główna bohaterka rymuje mi się z postacią graną przez Winonę Ryder w Stranger Things (oglądałam odcinek i czytałam powieść tego samego dnia), chociaż nie przypomina jej fizycznie. Spoilerów podawać nie będę. Gdyby tak - ogólnie - pisano kryminały, czytałabym więcej kryminałów.
Podobnie jak Wiara, Łaska wciągnęła mnie absolutnie od pierwszych stron. Autorka ma fantastyczny styl i świetnie wychodzi jej opisywanie małych polskich miasteczek. Klimat wzięty rodem z najlepszych skandynawskich kryminałów, nieoczywiste postaci, intryga dopracowana do najmniejszych detalu - "Łaska" to kryminał najlepszego sortu, który nie zostawia z niedosytem, ale wrażeniem dobrze spędzonych godzin oderwanych od rzeczywistości.
Kryminał z klimatem, przemyślaną fabułą i nieoczywistymi (i niekoniecznie sympatycznymi) bohaterami. Autorce udało się uniknąć niektórych schematów, a dobrze wykorzystać inne. Czytelnik domyśla się, ale nie jest pewien. Można by się trochę przyczepić do realiów lat 80., ale konstrukcyjnie i fabularnie jest dobrze, więc trochę zaokrąglam do 4 *.
Małe miasteczko na Dolnym Śląsku, lata 80. Ktoś zabija 14 letnie dzieci. Główna bohaterka (nauczycielka polskiego) sama przeżyła tragedię 30 lat wcześniej. To co się dzieje współcześnie ma z tym związek. Tylko jaki ? Całkiem niezłe. Do przeczytania w ramach "lata z kryminałem".
Co zabieram się do tej recenzji to idzie mi pod górkę. Co na prawdę podobało mi się w Lasce to atmosfera. Całość jest niby powolna i chłodna ale też w pewien sposób baśniowa. Choć baśniowość ta jest raczej w stylu Braci Grimm. Spokojny i dość momentami odrealniony bieg wydarzeń mnie się kojarzył trochę z "Ocena na końcu drogi" Gaimana albo jak zauważyła całkiem trafnie znajoma z atmosferą Miasteczka Twim Peaks. I niby jest powolnie i niby się nic nie dzieje a właściwie coś się dzieje cały czas, historia biegnie sobie do przodu i powoli zapełnia się układanka ze wspomnień i wydarzeń współczesnych. Jest tutaj miejsce na zadumę ale stanowczo nie na nudę. I czasem niby już coś wiemy i zadajemy sobie pytania czy na pewno podoba nam się taka odpowiedz. Bohaterowie są pełnokrwiści i żywi. Choć sama Maria jeszcze się dobrze do życia nie obudziła i przebywa w pewnym stanie zawieszenia, z którym cześć z nas może się identyfikować. Przeważają postacie kobiece co jest przyjemną odmianą po światach kreowanych w książkach gdzie często stanowią one tylko kiepsko zarysowane tło. i tylko mam nadzieję, że autorka znowu napisze coś w podobnym stylu w przyszłości.
Niestety, srogi zawód. Nie kupiła mnie w tej książce koncepcja "łaski zapomnienia". Nie mówię, że jest niewiarygodna - ale tutaj przydarzyła się zdecydowanie zbyt wielu osobom, żebym mógł ją łyknąć bez zastrzeżeń. Zabrakło mi też silniejszego umocowania w rzeczywistości - niby akcja dzieje się w PRL-u, ale jakoś nie czułem tego klimatu. Gdyby zamienić 1985 na 1995, a milicję na policję nie widziałbym różnicy. Tak, to nie jest rzecz dla miłośników kryminałów z bogatym tłem społeczno-obyczajowym. Tutaj ciężar opowieści spoczywa tylko i wyłącznie na pytaniu "kto zabił", co samo w sobie nie musi być wadą , ale kiedy tożsamość zabójcy zaczynamy podejrzewać szybciej niż bohaterowie to finał musi przynieść rozczarowanie, w tym przypadku spotęgowane naciąganym wyjaśnieniem motywów i okoliczności przestępstwa.
P.S. Fajny był za to pomysł na bohaterkę w depresji, bo porucznik Bogusz robi się ciekawy dopiero w końcówce kiedy wychodzi z niego karierowiczowska małostkowość.