W gąszczu cudzych kłamstw najłatwiej zagubić siebie.
Czwarty tom cyklu Roberta Małeckiego z duetem policjantów z Archiwum X.
Mężczyzna w strugach deszczu kopie grób w nadwiślańskim rezerwacie. Gdy kończy, odkrywa ze zdumieniem, że ciało, które wcześniej ukrył pod gałęziami, zniknęło. W tym samym czasie ginie znany miejscowy biznesmen Dawid Wróblewski. Policji nigdy nie udaje się go odnaleźć.
Po siedemnastu latach jeden niespodziewany trop otwiera to dawno zapomniane śledztwo i prowadzi policjantów z bydgoskiego Archiwum X do Chełmna – miasta dziewięciu wzgórz. Maria Herman i Olgierd Borewicz zaczynają jednak od katastrofalnego błędu, który komplikuje dochodzenie.
Śledztwo i prywatne piekło bohaterów zaczynają się przenikać. Maria Herman niebezpiecznie zbliża się do granicy, której obiecała sobie już nigdy nie przekroczyć. Olgierd Borewicz coraz częściej działa bez zahamowań…
Czy kontrowersyjne decyzje, mimo dobrych chęci bohaterów, mogą ich pogrążyć?
Robert Małecki (ur. 1977 r.) politolog, filozof i dziennikarz, ale przede wszystkim miłośnik kryminałów i thrillerów oraz nowej zabawki – czytnika ebooków; szczęśliwy uczestnik warsztatów kreatywnego pisania realizowanych w ramach Międzynarodowego Festiwalu Kryminału we Wrocławiu, a także tych organizowanych przez Maszynę do Pisania; laureat ogólnopolskich konkursów na opowiadanie kryminalne (MFK Wrocław i Kryminalna Piła). Jeśli w jego głowie nie pulsuje bas Bena Otręby i nie rozbrzmiewają solówki Jurka Styczyńskiego, znaczy, że jest chory. Do tej pory nie był.
nie na skraju lasu gąszcz rośnie największy, a w miejscach, które człowiek dotyka i ciszą przez lata niesie na barkach pamięci dźwiga słowa niepewne jakby chciały się skurczyć jakby chciały przyjść lecz to nie czas jeszcze, by pod skórą te dreszcze na wierzch wypełzły
a noc palce zaciska na gardle prawd niewyznanych, co na ustach zarosły, a przeszłość oddycha i nogami tupie ciężkimi jakby chciała wrócić i ciemną twarz przykłada podstępnie się skrada odbiciem jest dawnych przewin śladów urwanych słów nieschwytanych w dłonie
zaciśnięte mam dłonie i zbieram dnia okruchy dotykam myśli i trzymam się krawędzi nie chcę się zgubić spokojem chcę łudzić moje serce gdzieś tam mój strach na dnie duszy woła jest przypomnieniem jest ocaleniem, by się nie zgubić, by złe pragnienie ostudzić i wygrać
schronieniem dla strachu jest milczenie dla prawdy cierniem jest pod skórą
Ktoś znika. Niepostrzeżenie. Nagle i bez słów. Na lata całe. Na dni, które się nie kończą. Na okruchy i drobne części. Ktoś znika. Zostawia za sobą ślady urwane, słowa niewypowiedziane i ciszę, która zbyt głośna jest. I nagle coś wraca. Nagle przeszłość swoje ciemne palce przesuwa po ścianach. Po rozedrganych głosach. Po korzeniach w winę zapuszczonych. I trzyma ledwie za rękę, by ją puścić. Pozwolić się zgubić i na nowo odnaleźć.
Najciemniejszy las nie potrzebuje nocy. Najgorsze tajemnice nie potrzebują ukrycia. Czasem wystarczy człowiek, który nauczył się z nimi żyć. Przykrywać je biegiem czasu. Pozorami normalnego życia. Ale prawda przylega do spojrzeń. Wślizguje się między słowa. W gąszczu kłamstw niełatwo ją odnaleźć. Dostrzec jej jasność.
Jak pięknie było wrócić do Marii i Olgierda. Każde z nich z czymś ciężkim się zmaga. Każde z nich dźwiga ciężar na duszy i umyśle. Maria nałóg hazardu, Olgierd ciemne pragnienia. One spychają go w stronę, która przeraża. Zasiewa w nim to, co mroczne. I nie sposób go nie potępić. Przejść obojętnie. Choć wierzę, że w końcu odnajdzie właściwą drogę. Nie brakowało mi tutaj niczego. Jest pięknie. Polecam mocno.