Z dwóch części książki, Szuflada - pomysł i realizacja Mariusza Szczygła - moim zdaniem niewiele do opowieści o Hannie Krall wnosi. Owszem, wydobyte z domowego archiwum fotografie oraz screeny listów i pokrytych odręcznym pismem stronic tworzą ładną oprawę graficzną biografii - być może dlatego elektroniczne wydanie „Krall” nie istnieje. Dobry okazał się pomysł zamieszczenia tekstów z cyklu Smutek ryb, który w stanie (po)wojennym reporterka publikowała w „Wiadomościach Wędkarskich”. Mnie zachwyciła rozmowa z Jerzym Szackim i spodobały się leciutko feministyczne wynurzenia pani Joli, która sama łowi - choć cykl przeznaczony był dla żon wędkarzy - ale nie lubi dużych ryb i dzieli się odczuciem, jak to zaczęła się „uczyć niepotrafienia”. Z ciekawością przeczytałam też reportaż pt. Chwila wspomnień, co prawda wydrukowany wcześniej w „Polityce” lecz będący źródłem poważnych zastrzeżeń i nowych dyrektyw dla cenzorów. Z kolei analiza reportażu Józefa Mackiewicza pt. Ponary - „Baza” na spotkaniu obojga reporterów ze studentami nie tylko jest ciekawa ze względu na wysoką jego ocenę przez Krall, ale także dzięki zwróceniu uwagi na dewaluację języka używanego w opisie Zagłady. Takie słowa jak ‚oprawca’ czy ‚straszny’ u Mackiewicza nie rażą; dzisiaj reporterzy powinni ich unikać, bo „zbędnych słów jest coraz więcej na świecie”.
Jednak podążanie etapami życia i reporterskich doświadczeń Hanny Krall wraz z Wojciechem Tochmanem wywarło na mnie większe, niezapomniane wrażenie. Także dlatego, że reporterka tak ustawiła role obojga rozmówców, że są oni jednocześnie autorami i bohaterami dzieła pt. „Krall”. Tochman zadaje maksymalnie proste, oszczędne pytania. Odpowiadając Krall często zbacza w dygresje, nawiązując do nowych wątków nie tylko ze swoich, także z jego reporterskich doświadczeń.
Linia życia Hanny Krall zaczyna się w tej opowieści od wyjścia z matką z Warszawy po powstaniu i ucieczce, z marszu uchodźców gnanych do Pruszkowa, w stronę Milanówka. W kryjówce w domu Kreba było strasznie, zimno, głodno i śmierdziało. Gdy zbliżał się front matki schowały się w piwnicy, bo radzieccy gwałcili i zabierali zegarki. Zapytana jak się nazywa przez nauczyciela w lokalnej szkole Hania nie wie, co powiedzieć - nie uzgodniły tego wcześniej z mamą. Krysia Szczepańska, a może Wiesia Ostrowska? - przypomina sobie swoje okupacyjne aliasy. Potem jest sierociniec w Otwocku - bo mama musiała iść do szpitala na operację - liceum, mieszkanie przy ul. Targowej i studia w Warszawie.
Podczas pierwszej pracy w „Życiu Warszawy” zostaje w czerwcu 1956 roku wysłana do Poznania. Gospodyni kwatery, w której mieszka mówi jej, co się dzieje na ulicach. Biegnie zobaczyć, maszerują robotnicy z Cegielskiego, widzi, jak ukamienowany zostaje ubek, nadjeżdżają czołgi, strzelają … W redakcji po powrocie ktoś pyta, a gdzie była „świadoma część klasy robotniczej”. Na drugi dzień do mieszkania na Targową przychodzi inny redakcyjny kolega, Jerzy Szperkowicz, prosi, aby porządnie opowiedziała o Poznaniu. „Opowiedziałam mu jeszcze raz, bardzo porządnie - przyznaje Krall podczas wizji lokalnej z Tochmanem w kamienicy na warszawskiej Pradze - I Jurek Szperkowicz został na Targowej dłużej. I przez tę bramę poszliśmy do urzędu stanu cywilnego. I z Kasią na spacer chodziliśmy. Nosiliśmy ją na rękach, bo nie można było wózka kupić.”
To chyba jest jeden z najdłuższych czysto prywatnych wtrętów Hanny Krall w rozmowie z Tochmanem. Czasami porównuje swoje pookupacyjne odczucia z losami bohaterów swych reportaży, wyznając że z rodziny oprócz niej i matki nikt nie przeżył. Lubi za to opowiadać o swej pracy dla tygodnika Mieczysława Rakowskiego. Gdy męża „Życie” planuje wysłać na placówkę dziennikarską do Moskwy, ona zgłasza się do działu zagranicznego „Polityki” z propozycją pisania dla nich reportaży. Trochę się wystraszyli, ale zapewniła, że publicystyka i polityka jej nie interesują. Wtedy wymyśliła swój reporterski mały realizm? „Jedno miejsce jedno życie jednego człowieka”, a w praktyce jeszcze dodatkowo wyszło, że najlepiej z daleka, czyli na wschód od Arbatu. Drukowane w tygodniku reportaże bardzo się podobały.
Rok 1968 zastał Szperkowiczów w Moskwie, która wówczas zajęta Praską Wiosną, tym co dzieje się w Polsce specjalnie się nie interesowała. Jednak gdy do stolicy ZSRR przyjeżdża na jakąś konferencję Rakowski, aby uniknąć podsłuchu o polskich sprawach rozmawiają jeżdżąc ruchomymi schodami na stacjach metrach. „Polityka” nadal funkcjonuje z renomą przyzwoitej gazety, która antysemityzmem się nie zeszmaciła. Ale na Hannę Krall po wydaniu „Zdążyć przed Panem Bogiem” cenzura, jako na ‚tę od Edelmana’, zwraca coraz baczniejszą uwagę. Inscenizacja teatralna reportażu przez Kazimierza Dejmka nie doszłaby do skutku, gdyby nie interwencja Wiesława Górnickiego, który skądinąd już niedługo dał się poznać jako gorliwy propagandysta stanu wojennego, w mundurze oficera WP, i ghostwriter Wojciecha Jaruzelskiego.
Dużo ciepłych słów poświęca Krall swoim redakcyjnym kolegom, na czele z gorzko-zabawną sceną wręczania dziennikarzom orderów z okazji 20-lecia pisma. Ale do odwieszonej po 13 grudnia „Polityki” już nie powraca. Mimo że inaczej niż we wszystkich pozostałych redakcjach weryfikacji tam nie było. Dziennikarze sami oznajmiali Rakowskiemu - wówczas już wicepremierowi - swoje decyzje.
Jej nowe reportaże publikowane są za granicą i w wydawnictwach podziemnych. Dłużej w rozmowie z Tochmanem zatrzymuje się na zabójstwie Grzegorza Przemyka, na tragedii jego matki, Barbary Sadowskiej, na skandalicznym wyroku sądu …
W rozmowie reporterów dwie istotne kwestie powracają przy różnych okazjach: Holocaust i sposób pisania o nm. Hanna Krall zawsze podkreślała, że narodowość postaci w jej reportażach ma drugorzędne znaczenie, bo Zagłada i wszystko, co się z nią wiąże to problemy ogólnoludzkie. Ale tutaj zwraca uwagę na różnicę w reakcjach Polaków i ludzi z Zachodu, widoczną zarówno w zachowaniach uczestników i świadków tamtych zdarzeń, jak i piszących o nich. Perspektywa zachodnia - jako przykład wymienia Prima Leviego, więźnia Auschwitz i pisarza - to zdziwienie, w polskich reakcjach uderzający jest - brak zdziwienia.
Nawiązując zaś do swojego małego realizmu Hanna Krall zgadza się, że jej reporterska metoda pojedynczości niesie za sobą pewne zafałszowanie, bo celem Zagłady było przecież wyeliminowanie całego żydowskiego narodu. „Czasami próbuję opowiadać w liczbie mnogiej” - wyznaje.
Czy „Krall” będzie czytelna także dla tych, którzy nie wszystkie reportaże Hanny Krall znają - myślę, że tym bardziej zachęci ich do lektury uzupełniającej luki. Bo na pewno warto!