W jaworznickim kamieniołomie ginie dawny gangster. Podczas nocnej próby czterech harcerzy wychodzi na zaśnieżony szlak i z niego nie wraca. W samochodzie zaparkowanym na ślepym zjeździe z wiaduktu ktoś porzuca zwłoki młodej policjantki. Śledczy muszą ustalić, jaki to wszystko ma związek z napadem na konwój ze złotem sprzed dziesięciu lat i starą, od lat zamkniętą kopalnią w Rudzie Śląskiej. A to zaledwie fragment łamigłówki.
Tymczasem inspektor Katarzyna Łezka mierzy się z najinteligentniejszym seryjnym zabójcą w swojej karierze. By wreszcie go dopaść, potrzebuje naprawdę dobrego zespołu. Zespołu, w którym czai się zdrada.
Spektakularny finał opowieści o Łezce i Śmieciarzu, z gościnnym udziałem wszystkich najważniejszych postaci uniwersum Grzegorza Brudnika.
Czy to koniec polowania? A może dopiero początek?
Ostatni taki tydzień. Potem nic już nie będzie takie samo.
W moim prywatnym rankingu najlepszych autorów kryminałów Grzegorz Brudnik rywalizuje o podium z Piotrem Górskim, a komisarz Lichy z Krukiem. U Brudnika Katarzyna Łezka obniża nieco poziom mojej sympatii do bohaterów, ale za to Sierść podbija ją o stokroć. Ten psiak "terapeuta" chyba już ze cztery razy złamał mi serce. Na szczęście zawsze się wylizał, podobnie jak Lichy, którego jest właścicielem (nie, to nie pomyłka).
Na przestrzeni siedmiu tomów łączących losy Lichego i Łezki wychwaliłam już autora w każdy możliwy sposób, dlatego tym razem swoją opinię stworzę nieco inaczej. Nie będę zamieszczać kwiecistych cytatów, które niezwykle mnie ujmują, a dla odmiany humorystyczne.
W "Watrze" standardowo już wątek kryminalny był wielowymiarowy, przemyślany, spójny, stworzony z pieczołowitością. Wielowarstwowa, skomplikowana intryga wciąga od pierwszych stron, a każdy kolejny trop jedynie bardziej komplikuje i tak zawiłe śledztwo. Nie ma tu przekoloryzowanych postaci rodem z filmów akcji, nie ma naciąganej policyjnej roboty. To odarty z naiwności, logiczny ciąg przyczynowo-skutkowy ukazujący zarówno pracę organów ścigania, samozwańczych obrońców sprawiedliwości, jak i poczynania postaci, które za wszelką cenę chcą pozostać w cieniu i ukryć prawdziwe motywacje i cele. Powieść skomponowana jest w dużej mierze z porównań, metafor, trafnych przemyśleń dotyczących bieżących wydarzeń, jak i problemów życia codziennego. Niektóre są lapidarne, dosadne, inne z pogranicza dramatu i liryki, a wszystko okraszone sporą dozą humoru. Rewelacyjne zestawienie prostego przekazu z poetyckim stylem, które daje niezwykłe wrażenie. Barwne, plastyczne opisy dostarczają całkiem sporą garść informacji o górnikach, kopalniach, sztolniach i magicznych miejscach w Beskidach oraz na Śląsku.
Tą książką autor wywrócił planszę z pionkami, z grą, którą tak pieczołowicie ustawiał, przestawiał. Wielokrotnie mówił "szach" swoim bohaterom, ale nigdy "mat". A teraz wywrócił planszę wraz ze stolikiem, a figury się rozsypały. Ostatecznie nie wiadomo, po której stronie mocy stoją bohaterowie. Frapujące jest, że autor nie wyciął Lichego i Sierści z serii poświęconej Łezce. Również Cyrę dobrze było spotkać. Ten przykrywkowiec to szumowina jakich mało. Tak, wiem, co się wydarzyło na przestrzeni siedmiu tomów, ale ja już mu łatkę przypięłam. Niemniej jest to postać intrygująca, wieszcząca kłopoty, a ja zawsze wypatruję Cyry na horyzoncie. Idealne określenie Cyry znalazło się w "Watrze": "Jesteś, delikatnie powiedziawszy, wieloznaczny moralnie."
Dla zainteresowanych — nie da się czytać tej powieści jako osobną historię. Wątki są ściśle powiązane z wcześniejszymi i tworzą jedną zwartą historię, ułożoną chronologicznie. Tu Lichy jest Lichym, Łezka Łezką, a Cyra Cyrą. Ich rysy psychologiczne zostały precyzyjnie uformowane we wcześniejszych powieściach, a w tej są już tylko kontynuowane. Dlatego dla czytelnika, który nie zna ich losów, mogą się okazać niezrozumiałe.
Autor wyjątkowo celnie trafia w moje poczucie humoru. Bardzo rzadko zdarza się, że fabuła, nawet komediowa, wywołuje u mnie choćby uśmiech pod nosem, tym bardziej nie zdarzają się parsknięcia podczas czytania o trupach. "Pomijając dziwne słowa, których miał w zwyczaju używać, zdarzało mu się również nie dostosować tonu wypowiedzi do sytuacji. Ponoć powiedział kiedyś żonie ofiary wypadku samochodowego, że jej mąż wyszedł na prostą. Ona się ucieszyła, że najgorsze minęło, on miał na myśli asystolię zapisaną prostą linią na elektrokardiografie. Cóż, był to dziwak pierwszej wody, no ale jeśli człowiek zawodowo zajmuje się grzebaniem w trupach, to musi mieć jakieś osobne zapisy w kodeksie moralnym." "– O – rzucił nieco zbyt entuzjastycznie, eksponując czoło denata. – Tu jest dziurka. A tu… – Zawiesił na moment głos, bo niełatwo jest odwrócić trupa z pleców na brzuch. – A tu jest druga dziurka. W czaszce musi być kisiel."
"– Hej! Stój! – krzyknęła za nią Gniewosz i zamierzała przecisnąć się przez rozogniony tłum, żeby ruszyć w pogoń. Ale jej się nie udało. Jeden taki z brodą i wytatuowanym na czole czymś, co zapewne miało być jakimś chuligańskim symbolem, ale Zośce wyglądało bardziej na kut*sa, w dodatku nie za dużego, złapał ją w pasie jak rugbista w całkiem udanej szarży i powalił na ziemię. Ważył trzy razy tyle, co ona, więc nie miała szans się spod niego wygrzebać, a nie wyglądał na takiego, który hołdowałby zasadzie „kobiety nie bij nawet kwiatkiem”. A że żadnego badyla akurat nie posiadał, to zamierzył się na nią pięścią. Zdołała tylko zobaczyć napis HONOR, rozpisany po jednej literce na każdym kłykciu. I byłoby niedobrze, gdyby nie to, że akurat wówczas z całą mocą uwypukliła się dychotomia charakteru Korsarza. Z jednej strony niewątpliwie był tchórzem, który do podręcznika walki wręcz sięgał wyłącznie na kiblu, kiedy nie zabrał telefonu, skończyły mu się już wszystkie komiksy z Kaczorem Donaldem, a napisy na Domestosie znał już na pamięć, z drugiej jednak był lojalny i „no, do cholery, nie na mojej zmianie”. Więc celnym i pozbawionym wahania kopnięciem wysłał agresora na drutowanie szczęki. Biedak, nie będzie mógł przez jakiś czas informować na meczach, kogo należy jeb*ć. Rzecz jasna, zachowanie Korsarza nie spodobało się pozostałym chuliganom, więc potańcówka zwiększyła tempo z moderato na allegretto, szybko jednak okazało się, że policjanci mają lepsze instrumenty i zaczynają w tej partii odgrywać pierwsze skrzypce."
"– Co to za obdartus? – rzucił facet, patrząc na Lichego z taką niechęcią, jakby Lichy był przynajmniej Ebolą. – Dobra. Wkurzyłeś mnie – powiedział spokojnie komisarz. – Sierść. Ugryź go w dupę."
I łyżka dziegciu w tej beczce miodu — bardzo słaba przypominajka. W książce występuje dużo postaci. Fabuła często nawiązuje do wydarzeń z wcześniejszych tomów, ale nic z losów bohaterów nie zostało przypomniane. Czterokrotny taniec Lichego ze śmiercią został wspomniany raz. Kim jest Katia trzeba się domyślić samemu. Co spotkało Łezkę, dlaczego zajmuje się sprawą Śmieciarza, nie zostało przypomniane. Podobnie udział w sprawie i powiązania Cyry. Losy Beaty Mularczyk, Zofii Gniewosz, prokuratora Jazgota wspomniane jednym zdaniem. Przykładowo osoba Rycha Modlinga — w "Watrze" informacje są bardzo znikome, a była to dość znacząca postać. Pierwsza wzmianka: "Pamiętasz Rysia Modlinga? – No pewnie. – Rysiu też mnie mocno namawiał, żebym to wzięła. Przyjaźni się z nowym komendantem." Kolejna wzmianka to wątek rozpoczęty dopiero w "Watrze", informacja, że Modling prowadził sprawę napadu na konwój z czeskim złotem w dwa tysiące trzynastym roku. Jak czytelnik ma się domyślić, jaką rolę w życiu Łezki czy Lichego odegrał Modling? Po wielu miesiącach od przeczytania innych powieści obu serii? No chyba, że się czyta wszystko ciągiem. A to też nie jest najprostsze, bo kolejność jest chaotyczna — Pierwszy tom Lichego, następnie opowiadanie "Imię", później drugą i trzecią część Lichego, dalej pierwszy i drugi tom Łezki, później powrót do Lichego w czwartej części i znowu wracamy do Łezki w trzeciej części... Ta słaba przypominajka i nawiązania w "Watrze" do "Szafarza", "Ceremoniarza" wprowadza totalny chaos i dezorientację.
Mimo że uważam, że jako kryminał powieść jest doskonała, to odejmuję punkt za brak przypominajek oraz za Łezkę. Bynajmniej nie dlatego, co ją spotkało w tym tomie, a dlatego, że jej nie lubię. Z wielką satysfakcją przyjmę jej ewentualny upadek w kolejnych historiach.
Ta część była moim zdaniem słabsza od poprzedniej, w pewnym momencie zaczęłam się gubić w tym kto, gdzie, z kim. Zresztą, nawet autor ustami jednego z bohaterów mówi: "za dużo prokuratorów, za dużo policjantów, za dużo śledztw". I było tu mniej unikalnego stylu autora, który tak polubiłam.
Autor gotował, gotował i ugotował! Bardzo dobre zakończenie serii. Przy scenie na cmentarzu płakałam. Tak, na kryminale (a to mi się nigdy nie zdarza)! Autor umie w postaci. A najciekawszą z nich jest nie Łezka i nie Lichy, a Cyra. Nie wiem czy to wyszło przypadkiem, czy nie ale jest genialnie napisany. Niejednoznaczny (absolutnie nie mylić ze słowem pozytywny) i intrygujący. Świetnie się to czytało 👏
Kolejna książka Prudnika, który niezmiennie potrafi sprawić, że czytając jego powieści zaczynam podejrzewać każdego o wszystko, mimo że jeszcze przed chwilą nić sympatii sprawiała, że moje zaufanie było na całkiem innym poziomie.
„Watra” nie bierze jeńców, nie daje wytchnienia i tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że prawda może przeraża znacznie mocniej niż wymyślne finezyjne kłamstwo. W tej powieści nie ma przypadków i dzieje się sporo od martwego gangstera, napad, przez porzucone zwłoki policjanci, zaginiecie harcerzy aż po tajemnice kopalni, to wszystko pozornie nie pasuje do siebie, a jednak autorowi udało się to poskładać w sposób spektakularny. Cenię autora za jego wyważone dawkowanie informacji, to że podrzuca zmyślnie tropy, a wszystko tylko po to, by mnie wyprowadzić w pole.
Brudnik nie tworzy historii skupionych tylko wokół zagadki kryminalnej i tym razem otrzymałam historię o zaufaniu, lojalności i granicach, które człowiek potrafi przekroczyć, kiedy stawką staje się prawda, przetrwanie albo własne sumienie. Łezka jak to Łezka nie pozwala na obojętność wobec siebie, a jej potyczka z wyjątkowo inteligentnym przeciwnikiem jest ucztą, bo to nie tylko pojedynek na spryt i dedukcję, ale również próba charakteru i wytrzymałości.
Można tę książkę odebrać jako pożegnanie z bohaterami, ale jest w tym coś więcej niczym rozliczenie się ze światem tak skrzętnie przez autora budowanym. Czuć tutaj, że gdy pewne drzwi się zamkną to będzie to już bezpowrotne i dało się to wyczuć, że droga w którą mnie ta lektura zabrała zmierza ku końcowi. Historia mroczna, bezkompromisowa z licznymi zwrotami akcji, ja po lekturze mam poczucie satysfakcji i literackiego spełnienia, chociaż zostało we mnie poczucie pustki jak zawsze po skończeniu czegoś nieprzeciętnego. Mogę rekomendować, ale twórczość autora sama robi to najlepiej.
Zacznę od tego, że pojawia się tu mnóstwo bohaterów. Osobiście czytałam jedynie cykl o Łezce, więc wiele twarzy było dla mnie zupełnie nowych. Najlepiej więc odnajdą się tutaj osoby, które znają wszystkie książki autora. Aczkolwiek być może jest w tym jakiś cel, bo w ten sposób zaciekawiły mnie postacie Lichego i Śierścia, dzięki czemu wiem, że chętnie przeczytam cykl właśnie o nich.
Cała kryminalna zagadka jest na początku mocno wielowątkowa i rozproszona, a poszczególne śledztwa wydają się zupełnie odmienne, dopóki z czasem nie zaczynają się zazębiać. Przypomina to nieco układanie puzzli bez obrazka na pudełku - na początku widzimy kształty, kolory, ale dopiero po jakimś czasie jesteśmy w stanie widzieć jak wszystko łączy się w całość, tworząc większy obraz. Tutaj sprawa wygląda identycznie i bardzo mi się to podoba.
Nie brakuje tu również dynamicznych zwrotów akcji, mnóstwa kłamstw, zawiłych intryg oraz gierek prowadzonych za plecami przez postacie reprezentujące zarówno jasną jak i ciemną stronę moralności, czyli wszystko to, co najbardziej cenię w tego typu literaturze. Mnie ta historia kupiła całkowicie. Pod każdym względem.
biała połać wokół górskie ścieżki przykryła prawdę zabrała i milczy niewinnie o chłopcach młodych harcerskich sercach, co zniknęły tak nagle, że wiatr nie zdążył zaszeptać na czas nię zdążył przydreptać, a kończy się nieubłaganie biała połać wokół szumi i drży błyszczy się, skrzy
okruchy winy bezwiednie rozsypane po duszach człowieczych szerokie bruzdy żłobią złoto, co się świeci, a sumień nie rozświetla noc, która w zamieci drogi nie oświetla gdzieś urwało się życie ktoś krzyk zdławił w gardle pozorów wartości zostawił łzy płyną niezgrabnie policzki zdobią powabnie stratą i przerażeniem ciężkim serca dudnieniem
a watra płonie przynosi czuwanie od milczenia się rozpala słowa niedonoszone do ust od przerażenia ocala popiołu garście sypie przy niej możesz pamiętać przy niej możesz nie klękać przed nocą ciemną gdzie kat, gdzie ofiara ona drogę wskaże, a za plecami cienie tańczą nieporadnie po twarzach niepoznanych
ile luster iluzji rozbić trzeba, by twarz zobaczyć i prawdę, co świat przysłoniła dusz nie oczyściła
Ktoś zamknął noc w nieruchomych ciałach. Ktoś zgasił życie, nim zdążyło wykrzyczeć najważniejsze z pytań. Inspektor Łezka nie szukała tutaj pięknej opowieści o sprawiedliwości. Wiedziała, że rzeczywistość rzadko układa się w słowa, które przynoszą ulgę. Ale miała swój zespół. Swoich ludzi, z którymi mogła iść przez ciemność. Choć zaufanie stawało się ryzykiem, a lojalność nie zawsze była wiernością prawdzie.
Watra płonie. W jej wnętrzu trzaska czas. W żar obraca się ciemność. Zanim noc otworzy usta, wszystko umknie.
Trzeci tom serii z Katarzyną Łezką i dla mnie najlepszy, najpiękniejszy. Choć kryminalny rozmach konstrukcji czasem przytłaczał, ukochałam się w tej książce bardzo. Bo spotkałam tutaj bohaterów serii z Lichym. To cudne przeżycie, gdy wszystkie postaci w jednej historii można dostrzec. Bo jest Sierść - „ni to mały, ni duży” kundelek. Najlepszy psi „kryminalny” bohater. Nie będzie drugiego takiego.
Grzegorz Brudnik i jego słowa to dla mnie wyjątkowość. Polecam tę serię z całego serca. Czytajcie.
Mam słabość do książek z Łezką! Uwielbiam tę bohaterkę. Ciekawa jestem, co będzie dalej. W tej części było wszystko, wszędzie i na raz - ale rozumiem zamysł, który za tym stał. W ocenie nie jestem obiektywna, bo Brudnik jest moim ulubieńcem.