Z małych miasteczek ściągają do wielkiego miasta. Ale co tam na nich czeka? I czego oni oczekiwali, a co zastają na miejscu? Reportaże o trzydziestolatkach, którzy nigdzie nie czują się u siebie. To książka o osobach, które wiedzą, że nie wrócą już na wieś, a jednocześnie zawsze będą miały świadomość, że nie pochodzą z miasta. Że nigdzie nie są u siebie. Czego wstydzą się ludzie pochodzący ze wsi? I czy rzeczywiście się wstydzą? W tej książce znajduje się dwanaście odpowiedzi na te pytania. Marta Szarejko rozmawia ze swoimi rówieśnikami – trzydziestolatkami, którzy przyjechali z małych miejscowości do Warszawy. Opowiadają jej o swoich kompleksach, wątpliwościach, tęsknotach. O tym, czego najbardziej im brak w mieście i czego najbardziej nie znosili na wsi. O tym, co niosą w sobie, chociaż na wieś wracają coraz rzadziej. O tym, że nigdzie nie czują się u siebie. Warto im się przyjrzeć i zastanowić – więcej w nich wstydu czy tęsknoty? Gdyby to był film, musiałby być kręcony w wąskim kadrze, który idealnie nadaje się do zbliżeń. Marta Szarejko nie przygląda się wsi, tylko ludziom, którzy z niej pochodzą. Ale żyją w mieście. Reporterka obcina otoczenie – ważne dla niej jest to, co o wsi myślą bohaterowie. W jej opowieści zostali wyłącznie ludzie, ich wspomnienia, refleksje, kompleksy i tęsknoty. Warto im się przyjrzeć i zastanowić – więcej w nich wstydu czy tęsknoty?
Ciekawy temat, ale to jedynie wstęp do poznawania historii ludzi z małych miejscowości oraz wsi w wielkim mieście. Mam wrażenie, że historie przedstawione były nieco tendencyjne - wmawiające nam, że za każdą przeprowadzką do większego miasta czai się kompleks lub tajemnica. Nie zmienia to faktu, że jako mieszczuch po lekturze jeszcze bardziej doceniam takie osoby za pracowitość i dążenie do celu. Żałuję, że "Zaduch" był tak krótki i przedstawiał jedynie wybiórczo bohaterów, chętnie przeczytałabym więcej.
Szarejko daje głos słoikom. Książka, o której można zażarcie dyskutować z każdym, bowiem tyczy się - popularnie rozumianych - jednostek zamieszkujących. Podobne dysputy zapewne odbyć by się mogły w Londynie, Berlinie czy Amsterdamie, wszak w zjawisku, o którym mowa, uczestniczymy wszyscy. Reportaże o obcości Marty Szarejko zawierają się w szesnastu monologach, emocjonalnych, intymnych opowiastkach o migracji, będącą niekiedy jedyną słuszną drogą zachowania godności.
"Musisz spełniać bardziej wymagania innych niż swoje marzenia. Może dlatego zawsze myślę: uciec i nie wracać. Wciąż mam poczucie, że to nie jest moje miejsce."
Polem eksploracji autorka uczyniła resentymenty - postulaty, które niegdyś uzasadniał Nietzsche w swojej teorii rekompensaty własnych niemocy. Przypadek o tyle złożony, że posługują się nim i rodowici i napływowi rezydenci miast. Bezwiednie.
"Zauważyłem, że te osoby, które miały wszystko przez trzydzieści lat, niczym już nie potrafią się cieszyć. Są znudzone i nie wiedzą, czego chcą. W dupsku im się po prostu poprzewracało. Te, które nie są z Warszawy, są swojskie, wiedzą, że nie mogą sobie pozwolić na słabość. Mogą porozmawiać z osobami inteligentnymi i mniej inteligentnymi, swojskimi i mniej swojskimi. A tamte, jak spotkają ludzi z wioski, to będą mówić tonem wzniosłym, inteligenckim."
Niepłacące podatków, panoszące się w Warszawie - tak postrzegane przez miejscowych - słoiki, dostają stuosiemdziesięciostronicową przestrzeń do obrony szacunku wobec osób przyjezdnych. Udowadniają posiadanie honoru, zdrowych ambicji, umiejętności adaptacji, pokonywania trudności, przełamywania wstydu, przekopują się przez góry kompleksów. Do tego mają cudowną właściwość dostrzegania wielokrotnie więcej aspektów i płaszczyzn życia.
"...cieszę się, że wiem jak to jest mieszkać na wsi, w małym miasteczku, za granicą i w dużym mieście. Jak to jest być dzieckiem rolników, jak to jest być mobbowanym w pracy, jak to jest zarabiać poniżej średniej krajowej i powyżej. Możesz przeczytać świetny reportaż, obejrzeć film dokumentalny, ale to są tylko słowa, obrazy. Co mi daje ta wiedza na co dzień? Chyba lepsze reagowanie na rzeczywistość. I widzenie świata wielowymiarowo..."
Migracja bezbolesna nie jest. Organizując się w mieście potężnych możliwości, porzucają coś co prawdziwie można było nazywać domem. Warszawa będzie tylko jego namiastką, substytutem, ale nie synonimem. Oni na to przystają.
"...bo jakoś wstyd mi wracać w te miejsca, do tych ludzi. Dlatego wracam najrzadziej, jak tylko się da. Ja wiem, że tam jadę, w tamte strony, to bardzo się cieszę i przebieram nogami na samą myśl. Ale potem z każdym kilometrem czuję się gorzej. A jak tylko przekraczam granicę, mijam znak, stawiam stopę na chodniku, to mam ochotę uciec stamtąd jak najszybciej. Samochodem, busem, piechotą. Uciekać od tych pospolitych twarzy, z miejsca, gdzie określenie "naturalna uroda kobiet" nie jest komplementem."
"...w dużym mieście fitness, zielona herbata, sałatka z awokado, musli, czarny ryż. W małym miasteczku mniej powierzchownie jest postrzegana przyjemność. Bo mimo wszystko ta przesadna dbałość o zdrowie i wygląd to jest powierzchowność. Myślę, że w małych miasteczkach i na wsiach ludzie są bardziej zakłamani względem innych, a nie względem siebie. A w mieście zakłamują bardziej siebie, bo nie mają wobec kogo się zakłamywać, czują się anonimowi."
Książka, której szkielet oparty jest na kontrastach i żalu. Znaleźć w niej można wielkomiejskość i małomiasteczkowość, słoiki versus lunchboxy, rukolę w kontrze z pasztetem.
Dużo opisanych problemów to po prostu problemy dzisiejszych trzydziestolatków - brak stabilności, niepewność finansowa, odkładanie założenia rodziny czy w ogóle nie decydowanie się na jej założenie. Trochę tendencyjne te historie bo prawie każdy się wstydzi w tej książce, skąd jest. A taki wstyd czy kompleksy to chyba jednak bardziej kwestia osobowości i wychowania. Np. ci sami bohaterowie nie dogadują się z rodzicami, więc ciężko tego nie połączyć. Widzę to samo przy mieszkaniu za granicą. Jeden po angielsku mówi jak potłuczony, ale wszędzie się pcha, bez żadnej żenady. Inne osoby, jak ja, ciągle czują się gorsze przez pochodzenie, nawet jeśli z językiem nie mają żadnych problemów. Wracając do tematu, sama jestem z Warszawy i tam studiowałam, ale jak myślę o znajomych z czasów studiów to raczej większość była skądś. Jedną dziewczynę pamietam, z której ludzie trochę się śmiali (ci nie z Warszawy też) z tego co robili jej rodzice, ale ona z tego była dumna i widać było, że nie można jej było zawstydzić. No i dobrze. Z drugiej strony pamiętam też kogoś, o kim nigdy bym nie powiedziała, że miał kompleksy, a po latach ta potrzeba udowodnienia wszystkim wszystkiego wyszła. Dalej nie jestem przekonana czy to powszechny problem czy stereotyp, a te reportaże są powierzchowne i nie odpowiadają na to pytanie.
Napisane tak, że czyta się bardzo szybko. To zaleta. Napisane też tak, że czyta się bez wysiłku. I tu już zaczyna się problem. To, co miało być reportażami o obcości, jest raczej opowiastkami od sasa do lasa. Pozbawionymi wagi i głębi, a co gorsza, czasami nawet tendencyjnymi („ambitne” filmy vs telewizor na wsi). Czuć, że z tych historii, które same w sobie są dość ciekawe, można było wydobyć więcej. Zabrakało może warsztatu, może pogłębionego spojrzenia, a na pewno redakcji (niektóre fragmenty wołają o pomstę do nieba).
Głównym źródłem zaduchu jaki panuje na stronach tej książki jest klucz, według którego przedstawia rzeczywistość autorka. Jak ktoś pochodzi ze wsi, to na pewno się tego wstydzi, prawdopodobnie jest homoseksualistą uciekającym przed prześladowaniami tudzież oświeconą jednostką, która odżegnuje się od jałowej wiary przodków i Kościoła w ogóle. Nie to, co inni, lepsi, z miasta. Tacy, co to mają prawników i lekarzy w rodzinie i jeszcze pewnie prenumeratę Wyborczej. Cyfrową!
Mimo pewnej oczywistości i tendencyjności, czytało się dobrze. Oczywiście możnaby pogłębić rozmowy i bardziej je przeanalizować, by stworzyć prawdziwe reporterskie dzieło, ale te luźne i krótkie opowieści ludzi z małych miast czyta się lekko i w wielu zauważa się, co jest najważniejszym czynnikiem skłaniającym danego rozmówcę do ucieczki z miejsca z którego pochodzi. Sama trochę fragmentów zaznaczyłam, niektóre rozmowy skłoniły mnie do zastanowienia, a tego w tej książce szukalam :)
Książka o trzydziestolatkach, którzy przeprowadzili się do dużych miast ze wsi i małych miasteczek. Dużo lepsza niż Zachłanni, która była przerysowana.
Dobry pomysł, przyzwoity efekt końcowy. Na tyle przyzwoity, że każdy przeciętny student filologii polskiej byłby w stanie wysłuchać kilkunastu osób i złożyć z tego książkę, filtrując polsatowską przaśność i bogobojność Rysia z Klanu, tak by uzyskać coś w miarę nieirytującego. Tym jest właśnie "Zaduch" - zbiorem kilkunastu tendencyjnych, smutnych historii o ludziach, którzy wyrywają się z małych wiosek, przyjeżdżają do wielkiego miasta, w którym próbują odnaleźć i zbudować swoje szczęście. Z "Zaduchem" można uporać się w jedno popołudnie. Jest to dobra pozycja do rozpoczęcia dyskursu o klasowości społeczeństwa polskiego i rosnącej w nim roli słoika. Gdyż jednego przyjezdnym odmówić nie można - determinacji i waleczności w dążeniu do polepszenia swojej sytuacji materialnej. To właśnie ci przyjezdni będą się najbardziej starać i biegać za marchewką, żeby utrzymać się na powierzchni. Za każdym razem obrywając, raz od środowisk prawicowych za udawanie miastowego i imitowanie najgorszych wzorców, raz od lewicowych za swą bezideowość. Jeśli chodzi o współczesną Polskę, można się spierać, czy mamy do czynienia z jakimkolwiek mieszczaństwem, które wywalczyło swą pozycję. U nas głównie korzysta się z okazji do prywatnego zysku. A powiększanie dorobku nie zawsze idzie z mieszczańską mentalnością, ideałami i kulturą. 'Starych pieniędzy' nie ma. W uproszczonej wizji świata mamy: trzymającą się na boku inteligencję, oportunistycznych oligarchów, masę aspirujących lemingów i masę, która najbardziej mnie przeraża: ludzi żyjących losami Mamy Madzi, Ewy Tylman i Kajetana Poznańskiego. Wyobcowani przyjezdni mogą być mocą napędową kraju, fajnie byłoby gdyby dorobili się tej przysłowiowej marchewki i mogli odpocząć na łąkach jarmużu, zacząć w większym stopniu partycypować w kulturę i ją kształtować. Złym scenariuszem będzie, gdy wieczna gonitwa zacznie spełzać na niczym. Wtedy lemingi przeistoczą się w rozczarowaną, rozzłoszczoną, oportunistyczną masę, którą bardzo łatwo będzie można manipulować. Reasumując: książka słaba. Natomiast refleksje, które się po niej nasuwają - bezcenne.
// Obowiązkowy podkład muzyczny do tej pozycji: Taco Hemingway - 6 Zer. W bonusie: następna stacja.
Cykl krótkich impresji - bo reportażami bym tych historyjek nie nazwała, łączy obserwacja, że migranci z małych miejscowości żyją na pograniczu światów; tego, który kiedyś opuścili i tego, w którym próbują budować swoje nowe życie, wszędzie czując się obco. Interesujące, jak różne strategie adaptacji sobie wybrali i do jakich strategii uciekają się, budując mosty pomiędzy przeszłością, która ich ukształtowała i teraźniejszością, którą z większym lub mniejszym powodzeniem próbują kształtować sami.
Szkoda, że trudno oprzeć się wrażeniu, że research ograniczył się do przeprowadzenia kilku wywiadów przez Skype. Ileż ciekawiej by się tę książkę czytało, gdyby autorka ruszyła dupę, przejechała się pekaesem do Rawy czy innych Koluszek, wzięła na spytki rodziny bohaterów, zjadła z nimi kotleta i obejrzała zdjęcia z komunii. Gdyby poszła posłuchać, co sobie Słoiki szepczą nad miseczką sushi.
Szczerze mówiąc liczyłam na coś więcej. Autorka opisała za mało historii, żeby można było mówić o jakimkolwiek portrecie trzydziestolatków z małych miasteczek w wielkim mieście. Zabrakło mi różnorodności głosów i pozytywnych przykładów aklimatyzacji. Nie każdy przyjezdny kompensuje sobie kompleksy nadmiernym dbaniem o wygląd, czy inwestowaniem w książki, których wcale nie chce mu się czytać. Poza tym konflikty i nieporozumienia międzypokoleniowe występują przecież nie tylko na linii wieś- miasto. Prawdziwe reportaże o obcości, to dla mnie "Angole" Ewy Winnickiej, które dużo lepiej obrazują samotność i poczucie wyobcowania w nowej rzeczywistości.
Ktoś uznał te reportaże za dobrze napisane, ale mało odkrywcze: ja jednak uważam, że pomimo pozornej oczywistości, Marcie Szarejko udało się uniknąć sztampy i banału, a przy tym rzetelnie przedstawić odczucia przyjezdnych mieszkańców Warszawy. Moim zdaniem jest to bardzo ciekawe studium kompleksów.
Autorka ma dobre wyczucie tematu. Niedopasowanie, o którym mówią jej bohaterowie to coś, co znam z własnej obserwacji i dlatego "Zaduch" do mnie trafia. To książka bez zadęcia. Szarejko oddaje głos swoim rozmówcom i choć nie wyczerpuje tematu, szkicuje ciekawy obraz życia współczesnych 30-latków i ich relacji z innymi ludźmi oraz różnic kulturowych na linii wieś - miasto.
Bardzo podoba mi się styl autorki i tematyka reportaży. Chociaż swego czasu sama byłam przyjezdną w Warszawie i nie dotknęły mnie żadne negatywne komentarze, zachowania czy tym podobne. Zresztą byłam jedną z wielu. Nie czułam się tam ani obco ani jakoś bardzo inaczej niż w innym dużym mieście;) No i nigdy nie przywiozłam ze sobą żadnego słoika;)
Smutne relacje napływowej ludności Warszawy. Ludzie z małych miejscowości, ich kompleksy, lęki, "sukcesy" i klęski oraz wszechogarniający wstyd. Krótka książka, która zostawia w głowie bardzo dużo ciężkich i niewesołych myśli. Polecam zwłaszcza osobom, która będą chciały zrozumieć emocje "obcych".
Opowieści nierówne, niektóre ciekawe, inne wylatujące z głowy tuż po przeczytaniu ostatniego zdania, zabrakło mi trochę jakiegoś komentarza, podsumowania, refleksji autorki, choćby podanie statystyk, prognoz, badań, czegoś w tym rodzaju.