Po Drugiej Wojnie z Thirami w WayEmpire nastały Czasy Szczęśliwości. Ludzkość kontroluje ImBu – cyfrowy byt będący połączeniem programu Budda i wirtualnej reprezentacji Imperatora Gorgona Nemezjusa Ezry. Realną władzę sprawują Błogosławieni – Ranowie wyznaczeni przez ImBu. Na tym nieskazitelnym obrazie pojawiają się jednak rysy: na jednej z planet wybucha epidemia, anarchista Han Fierce postanawia zamordować Rana, silniki pancerników otaczających Łzę Cheronei przestają działać, a Whale – statki cywilizacji, która współistnieje z WayEmpire – otwierają ogień do tajemniczej obcej floty. Tymczasem Torkil Aymore odkrywa kult kobiety, która każe się nazywać Imperatorką i chce dzielić władzę z ImBu. Imperatorka twierdzi, że tylko ona może uratować ludzkość…
Polski pisarz science fiction, z wykształcenia lekarz medycyny. Przez 6 lat pracował w koncernie farmaceutycznym, później założył firmę szkoleniową.
Debiutował w czerwcu 2000 roku w miesięczniku Świat Gier Komputerowych tworząc rubrykę Grao Story. Publikował teksty publicystyczne w "Nowej Fantastyce" w cyklu Co w duszy gra. W "Nowej Fantastyce" 11/2002 ukazało się jego pierwsze opowiadanie z cyklu o gamedecu ("gierczanym detektywie") Torkilu Aymorze - Gamedec. Małpia pułapka. Jego debiutem książkowym był zbiór dwunastu opowiadań Gamedec. Granica rzeczywistości, wydany przez wydawnictwo SuperNOWA w 2004. W kwietniu 2006 ukazał się tom drugi, tym razem powieść, pt. Gamedec. Sprzedawcy lokomotyw.
W Czasie silnych istot, czyli czwartej odsłonie niesamowitej serii Gamedec Marcina Przybyłka, zabrakło mi to trochę klimatu i nawiązania do gier. Przez to trochę nie mogłam się zmobilizować do zamknięcia serii, czyli sięgnięcia po Obrazki z Imperium. W ramach wyzwania #polskafantastykafajnajest postanowiłam jednak zamknąć ten cykl i pożegnać się z Torkilem Aymorem i spółką.
Imperatorka. "Po Drugiej Wojnie z Thirami w WayEmpire nastały Czasy Szczęśliwości. Ludzkość kontroluje ImBu – cyfrowy byt będący połączeniem programu Budda i wirtualnej reprezentacji Imperatora Gorgona Nemezjusa Ezry. Realną władzę sprawują Błogosławieni – Ranowie wyznaczeni przez ImBu. Na tym nieskazitelnym obrazie pojawiają się jednak rysy: na jednej z planet wybucha epidemia, anarchista Han Fierce postanawia zamordować Rana, silniki pancerników otaczających Łzę Cheronei przestają działać, a Whale – statki cywilizacji, która współistnieje z WayEmpire – otwierają ogień do tajemniczej obcej floty.
Tymczasem Torkil Aymore odkrywa kult kobiety, która każe się nazywać Imperatorką i chce dzielić władzę z ImBu. Imperatorka twierdzi, że tylko ona może uratować ludzkość…"
Epickie zakończenie, ale… ;) I znowu po odłożeniu czytnika, miałam takie mocno mieszane uczucie.
Bo ten ostatni odcinek Gamedeca rozpoczyna się niemrawo od prezentacji życia w różnych miejscach Imperium. Torkil zaś bawi się w przedszkolu i niespiesznie, wręcz z namaszczeniem tłumaczy dzieciom różnice między teraz i kiedyś.
Nuda, nuda i jeszcze raz nuda, przez którą trzeba się wręcz „przebić”, by na planszy pojawiło się coś ciekawego.
I są to niezwykle epickie bitwy, które nie dość, że rozgrywają się w różnych „kombinacjach i aranżacjach”, to są jeszcze do tego, niezwykle szczegółowe i monumentalne. Technologia zaś, która została wmieszana w całą kabałę, powala i jednocześnie zachwyca, a tempo akcji (w końcu) nadaje dobry rytm, wszystkim wydarzeniom.
Między bohaterami czuć chemię, czyli teoretycznie of tego miejsca wszystko gra, ale…
Brakuje mi klimatu pierwszych trzech odsłon. Mam poczucie, że wszystkie nerdowskie i mocno techniczne aspekty zostały przykryte przez klasyczną fantasy, religię czy inny mistycyzm.
Do tego wszystko wokół „Błogosławionego” Torkila jest napompowane epickością, aż do porzygu. A możliwość przywracania umarłych za światów przez tego bohatera, no cóż, „trąciła mi już myszką”.
Więc z jednej strony nadal zachwycam się pomysłem, wspaniale wykreowanym światem, specyficznym językiem powieści i fajnie wykreowanym bohaterem, a z drugiej, jestem trochę zawiedziona kierunkiem, który obrała ta powieść.
Mimo mojego „klimatycznego” rozczarowania, to fantastyczna powieść, którą od pierwszego odcinka świetnie się czyta. Więc czytajcie i zachwycajcie się światem Gamedeca.
"Obrazki z Imperium", ostatnia dwutomowa odsłona przygód Torkila Aymore, przynosi – oprócz tytułowych migawek z codzienności Imperium – relację ze starcia z nowoodkrytymi wrogami ludzkości. A ponadto wyjaśnienia skąd się wzięła nasza cywilizacja na Ziemi, opis przystosowywania do zasiedlenia kolejnych planet i całe mnóstwo pomniejszych, choć nie mniej atrakcyjnych, koncepcji najróżniejszych urządzeń, które w świecie powieści są w powszechnym użyciu (część z nich przedstawiałam w recenzji "Czasu silnych istot"). Nie mogło zabraknąć także rozbudowanej warstwy socjologicznej; z lektury poprzednich części cyklu autorstwa Marcina Przybyłka wiadomo, że akurat ta część opowieści jest dla niego bardzo istotna.
Akcja rozpoczyna się wyjątkowo niespiesznie od prezentacji serii migawek z życia Imperium, które zajmują całkiem pokaźną część pierwszego tomu książki. Wydarzenia toczą się leniwie w różnych lokacjach, pozornie niepowiązane, ich bohaterowie spędzają czas na ważnych i mniej ważnych pogawędkach, narrator co i rusz objaśnia rzeczywistość. I choć czytelnik pozyskuje wiele informacji o aktualnej sytuacji w Imperium Drogi, to jednak lektura tej części może stanowić całkiem spore wyzwanie dla cierpliwości czytającego, w szczególności tego, który nie może doczekać się, kiedy wreszcie zacznie się „coś dziać”. Uważam, że można by ją nieco skrócić bez uszczerbku dla treści (ale ja tak oceniam większość tekstów), a jej lektury w żadnym razie nie określiłabym jako „porywającej”, jej znaczenie dla uzyskania kompleksowego obrazu świata w pełni doceniłam dopiero po przeczytaniu ostatniego słowa powieści – to tu znalazłam korzenie rzeczy wartych przemyślenia.
Bo wydawałoby się, że powieściowy świat jest prawdziwym rajem. Wolność osobista jest faktem, nie ma potrzeby świadczenia pracy (w istocie przeważająca większość obywateli nie pracuje), dobra materialne i żywność dostępne są za darmo. Struktura społeczna jest płaska, punkty do prestiżu dolicza się nie dzięki zgromadzonemu majątkowi, lecz umiejętnościom czy kreatywności. No i, co najważniejsze, nie ma w tym świecie polityków. Jest tylko ImBu, który pełni funkcję raczej przewodnika w sensie wyznaczania kierunku i tempa rozwoju, niż nadzorcy. Przepiękna wizja, prawda? Tyle tylko, że nazbyt idealna. Ludzi, którzy w warunkach ograniczeń tak miękkich, że niemal niezauważalnych potrafią znaleźć dla siebie satysfakcjonujące zajęcie, jest stosunkowo niewielu. Inni zadowalają się zabawą (ale ileż można imprezować?), szukaniem i testowaniem ograniczeń, a jeszcze inni nie chcą brać na siebie odpowiedzialności i wręcz tęsknią za posiadaniem przywódcy, który im powie, co mają robić i ustanowi jednoznaczne reguły. I będzie twardo egzekwował swoją władzę. W tym kontekście podoba mi się zakończenie powieści, dość odległe od schematu „i żyli długo i szczęśliwie”.
Na osobny akapit zasługuje język powieści. Już w poprzednich tomach autor stworzył wiele neologizmów, właściwych dla świata Torkila. Niektóre z nich oceniam wciąż bardzo wysoko (gierczany detektyw), inne niespecjalnie mi się podobają, w szczególności różnej maści skrótowce, których odszyfrowywanie może wytrącać z czytelniczego rytmu. Jednak znacznie bardziej wytrąciło mnie nielogiczne sformułowanie: Mimo, że Władca Kretów [nazwa własna urządzenia – przyp. rec.] nie jest kulą, posiada środek ciężkości. (t. 1, s. 219) czy nader swobodne traktowanie związków frazeologicznych: nie tylko sami chronią dostępu (t. 1, s. 327). Za to uśmiechnęłam się z uznaniem, doceniając próbę reanimowania zapomnianego słowa, poprzez użycie go w zupełnie nowym kontekście: mszysty głos (t. 1, s. 352, s. 370).
Istotną rolę w „Obrazkach z Imperium” pełnią nawiązania religijne. O ile celowość ich istnienia w głównym wątku opowieści w pełni akceptuję, o tyle obdarzenie Torkila tytułem „Błogosławionego” (jako tego, którego ustami przemawia przebywający jedynie w świecie wirtualnym Imperator) budzi moje wątpliwości. Poważne wątpliwości – rzec można – sięgające fundamentów wykreowanego świata. Niby nazwa tytułu jest uzasadniona, w końcu Imperator nie rozmawia z każdym (choć mógłby), kontaktuje się w ten sposób jedynie z niektórymi Ranami. Ale z drugiej strony, użycie słowa mającego w naszej kulturze wyraźne konotacje religijne wprowadza dysonans, sugeruje istnienie cudu tam, gdzie go nie ma, zupełnie niepotrzebnie miesza porządek religijny z sf-owym porządkiem świata opowieści.
„Obrazki z Imperium” nie jest książką jednorodną konstrukcyjnie i jej ocena – w większym stopniu niż w przypadku innych książek – może zależeć od oczekiwań/gustów czytelnika. Ci, którzy oczekiwali kolejnego szczegółowego zapisu kosmicznego starcia, w którym dzieje się wiele i szybko, mogą się poczuć rozczarowani długą, powoli rozwijającą się rozbiegówką. Z kolei zwolennikom eksplorowania szczegółów wizji świata obszerna sekwencja bitwy może wydawać się nużąca, a przytoczone wyżej mankamenty – wywołać rozczarowanie. Książka, w której każdy czytelnik może znaleźć coś interesującego, może – wbrew zamysłowi autora – okazać się lekturą niesatysfakcjonującą w pełni nikogo.
Recenzja ukazała się 2016-03-11 na portalu katedra.nast.pl
Finał walki z nowym starym zagrożeniem Imperium Człowieka przypomina bardzo Tengen Toppa Gurren Lagann zmiksowany z Warhammerem 40k (do tego drugiego są nawet odniesienia). W trzeciej części ("Zabaweczki") przyjaciele Torkila poszli w odstawkę, jednak od czasu powstania imperium (cz.4 i 5) są praktycznie nierozłączni, a autor musi ich odgradzać murem tajemnicy państwowej, aby nie wywęszyli rozwiązania wcześniej. Dziwię się, że zachowałaby się jeszcze jakaś indywidualność w czasach, gdy człowiek przebywa w kilku miejscach jednocześnie, ma do swojej dyspozycji niezliczone tomy wiedzy oraz wspomnienia innych osób. Tutaj każdy stara się być odrębną jednostką, dodając mnóstwo wyjątkowych cech do imidżu albo uprawiając bardziej egzotyczne hobby (np. kolekcjonowanie swoich śmierci). Elementy układanki, zbierane w pierwszej księdze wreszcie zaczynają do siebie pasować a prawie połowa objętości stron zajmuje finałowe starcie z siłami Ojców. Akcja leci szybko, w mig rozprawiając się z pobocznymi wątkami (w tym jednym naprawdę okropnym), a główny bohater staje się wytrychem otwierającym drzwi nowej rzeczywistości. Wiemy z niemal religijnego kodeksu Ranów, że najlepsi z najlepszych ujeżdżają fale chaosu dając się im ponieść, jednak tutaj Torkil produkuje swoje własne. Tak jak na początku nie lubiłem tego typa, tak teraz jestem pełen podziwu dla postaci, jaką się stał. Świetnym dodatkiem do gamedecowego świata jest również smok, bo fantastyczny stwór dopełnia całości obrazu super-zaawansowanej technologicznie cywilizacji. Więcej pisał nie będę, bo to zakrawa o spoiler.
Świetna książka, chociaż po zawrotnym tempie akcji w Obrazkach z Imperium - części 1 oraz większości części 2, zakończenie zadziałało jak nagłe hamowanie. Ciśnie się na usta pytanie: ale jak to? A co dalej? To przecież chyba nie koniec?