Pierwszy tom Ultimate X-men pozamiatał. Miał przydługi początek, ale im dalej tym stawka i rąbnięcia w fabule zaserwowane przez Millara sprawiły, że czekałem na więcej. Niestety w pryzmacie do "tempa" z początku autor złapał zadyszkę i musi łapać oddech. Nie jest wprawdzie źle, choć historia jest wyraźnie "odtwórcza" i skupia się na projekcie "Weapon X".
Pewien wojskowy wbrew rozkazom napływającym z Białego Domu, postanawia dobrać się do skóry nowo powstałej inicjatywie "X-men". Nawet Xavier nie przewidział tego co nastąpi. Rezydencja została zaatakowana i cała ekipa za wyjątkiem nieobecnego Logana, ląduje w niewoli. Teraz to Wolverine pozostaje jedynym mutantem, który może pomóc swoim przyjaciołom wyjść cało z opresji.
Tym bardziej, że Cyclops i spółka jest wykorzystywana do zadań wbrew swojej woli. Jean będzie zmuszona nawet do zrobienia czegoś złego, po to tylko aby ratować kompana. Było kilka momentów, w których Millar pokazał swój geniusz, chociażby przy walce Wolverine'a z Sabretooth'em i sposobie w jakim sobie poradził z oponentem. Fantastycznie. Wygląda to też naprawdę dobrze.
Reasumując, to dobra lektura, ale nic nowego czego by nie widział do tej pory, co uważam za minus, choć interakcje pomiędzy poszczególnymi osobami były świetne. No i mamy Rogue. Czekam na Gambita. Ale to w kolejnym tomie.