Retromania to projekt z rozmachem, który stara się jak może udowodnić swoją tezę; udaje się, choć nie bez potknięć. Zasadniczo książka dzieli się na trzy niewyróżnione, przeplatane ze sobą fragmenty: historię muzyki i jej kultury, interpretację osobistą oraz opisanie przy pomocy teorii.
Najgorsze są zdecydowanie te momenty, w których Reynolds po prostu przywołuje strona po stronie dzieje i bawi się w historyka rocka chwaląc się czytelnikowi swoimi horyzontami w zakresie wiedzy o niuansach i ciekawostkach o danych zespołach czy ruchach muzycznych. Najczęściej nie wnosi to zbyt wiele do wyjaśnienia zjawiska i jest banalnym show-offem, przeplatanym dodatkowo narracją osobistą: co się działo podczas studiów, co po urodzenia dziecka itd.; słowem, nie daje to absolutnie nic i jest męczące.
Interpretacja osobista jest o tyle ciekawa, że przekonująca - z opisu muzyki, subkultur i pomysłów muzyków autorowi udaje się dowieść swojej tezy niejednokrotnie poszerzając perspektywę w zakresie rozumienia muzyczno-historycznych momentów. Tutaj szeroka wiedza ma rzeczywiście zastosowanie i objętościowo to największa część książki.
Najmocniejsze (chyba też niestety najmniej liczne) są momenty, w których Reynolds nieśmiało buduje swoją teorię lub podkrada ją co nieco innym: nadal najlepszymi fragmentami pozostają chyba ten o kolekcjonerstwie i hauntologii, czyli te, które są podbudowane Baudrillardem, Benjaminem czy Derridą.
pisząc o przeszłości i stawiając tezę o repetetywności muzyki trudno nie wchodzić w figurę dziadka wspominającego z rozrzewnieniem dawne czasy, narzekającego, że dziś nie ma żadnej kreatywności. czasem zastanawiające jest to jakie zjawiska są wciągane w retromanię: czy jest nią film dokumentalny o Dylanie wydany w latach zerowych? czy jest nią dzisiejsza perspektywa na to, co mogło umknąć wcześniejszym słuchaczom i pokoleniom? czy wreszcie Reynolds nie pozwala sobie przez swój wiek i obrany zakres czasowy nie dostrzegać, że albo i dzisiaj pojawiają się rzeczy zupełnie nowe, albo wychwalane przez niego dekady powojenne same nie były ogarnięte zwrotem wstecz?
tu leży kolejny problem czasowy - książka ogarnia zakres 1950-2010, z czego, jak pisze autor pierwsza dekada XXI wieku nie potrafi stworzyć niczego nowego. musimy zadać sobie pytanie: czy rzeczywiście nic nie powstało, nawet w latach 10.? tak samo: czy Reynolds nie przeceni tej niesamowitej, czterdziestoletniej mocy do tworzenia nowego?
o ile zgadza się: dzisiejsza muzyka jest wielowątkową, multigatunkową syntezą (o czym był fajny rozdział o Flying Lotusie, YouTube i internetowym obiegu alternatywnym) tego, co było WCZEŚNIEJ, ale nie jest tworem pełnoprawnie teraźniejszym, stworzonym czysto od zera w teraźniejszości. ale czy taka była muzyka tamtych lat? rockabilly i rock nie są samoistnym wybuchem kreatywności, a pochodzą bezpośrednio z syntezy blues'a i country. nazywany tutaj freak folk czy nowy folk nie jest podkradziony z szczęśliwych lat 60. i beztroskiego, psychodelicznego plumkania, tylko z bluegrassa czy ogóle znowu blues'a. jeśli białe disco jest dzieckiem soulu i r'n'b to musi być zarazem wnukiem spiritualsów, big bandu i gospelu. w tym właśnie rzecz: jako że oddziela się grubą kreską całą muzykę przedwojenną, to zakłada się klapki na oczy na fakt, że muzyka nieustannie czerpie z siebie i "żyje swoją przeszłością" już od czasów blues'a (a i on ma przecież swoje źródła).
z drugiej strony przecież trudno się nie zgodzić z tezą Retromanii: w XXI wieku nie pojawił się żaden Kraftwerk, Beatelsi, Kinks, Black Sabbath, Velvet Underground ani Aphex Twin - coś, co byłoby pomimo swoich korzeni totalnie świeże, przedefiniowujące od podstaw to, jak słuchamy i jak tworzymy muzykę. pomimo tych problemów, to wciąż dzieło, które znakomicie pokazuje, że jesteśmy w dziwnym momencie kulturowego spowolnienia po bądź co bądź potężnie intensywnej drugiej dekadzie XX wieku. dlatego mimo tych wszystkich potknięć, dopóki nie wyrośnie nam nowa, definiująca generację tuza, to będzie to najpewniej najważniejsza książka muzyczna pierwszych dziesięcioleci nowej ery. choć może można trochę zaprzeczyć samej tezie życia własną przeszłością: może ten czas był po prostu nienaturalnym przyspieszeniem, które musimy dziś ogarnąć i uporządkować z dystansu. i może to okej.