Jedwabne, potem Radziłów, Wąsosz – tak, od czasu „Sąsiadów” Grossa dowiadywałem się, i nie tylko ja, coraz więcej o tym, co się na Podlasiu zdarzyło w 1941 roku. Zaczęło się od szoku, od bardzo gwałtownej dyskusji na temat wiarygodności faktów, które relacjonowali Gross i kolejni autorzy. Na tyle namiętnej i wręcz nienawistnej, że wpłynęła na losy niektórych ludzi z tymi wydarzeniami związanych. Ale potem wszystko ucichło, śledztwa IPN zostały zakończone albo zawieszone, a obie strony sporu zostały przy swoim. Książka Mirosława Tryczyka, choć nie pozbawiona emocjonalnego podejścia, podejmuje temat zbrodni popełnionych na ludności żydowskiej na Podlasiu z pewnym dystansem, ale też w sposób syntetyczny, formułując dość zdecydowane tezy dotyczące wspólnych przyczyn, mechanizmów działań, wreszcie skutków tego, co się dokonało w różnych miejscowościach dzisiejszej północno-wschodniej Polski. Od razu wprowadzę tu zastrzeżenie, że te tezy – dla mnie przekonujące – trzeba przyjmować jednak ostrożnie. Po ponad siedemdziesięciu latach od pogromów bardzo trudno niezbicie dowieść w zasadzie jakąkolwiek prawdę dotyczącą ich szczegółów. Zagładę na tym terenie przeżyli dosłownie pojedynczy Żydzi, polscy świadkowie już nie żyją, a wcześniej mieli wszelkie powody, by nie opowiadać o faktach, które jeśliby ich bezpośrednio nie obciążały, to co najmniej byłyby dla nich niebezpieczne.
Książka składa się w przeważającej części z fragmentów zeznań świadków, zbieranych w trakcie śledztw przeprowadzanych głównie po wojnie w latach czterdziestych, ale także później, w latach sześćdziesiątych, jak również w śledztwach zainicjowanych w czasach najnowszych przez IPN. Autor przyznaje, że podstawowym materiałem źródłowym były akta tzw. „sierpniówek”, tzn. spraw z dekretu z 31 sierpnia 1944. Podaje też rzetelnie, z jakich innych materiałów korzystał. Niestety, mimo że każde zeznanie opatrzone jest odpowiednim przypisem, nie wiadomo, kiedy naprawdę zostało złożone. Ponieważ w aktach IPN-owskich znajdują się również liczne dokumenty z okresów wcześniejszych (takie mam przynajmniej przekonanie), odniesienie do określonego śledztwa Instytutu nie wystarcza, by zorientować się, kiedy zapisano dane świadectwo. Wydaje mi się, że dla czytelnika byłaby to bardzo ważna informacja. Zresztą sam Tryczyk już w pierwszym rozdziale, zatytułowanym „Jak pisano historię” pokazuje, jak bardzo różnią się zeznania tej samej osoby złożone w roku 1949 i 1974. Dla mnie, jako laika, brak dat powstania dokumentów jest co najmniej niezrozumiały. Przy okazji wspomnę o jeszcze jednym problemie. Wszystkie osoby zeznające, jaki i wymieniane w tych zeznaniach, poddane zostały anonimizacji – mają tylko imię i inicjał nazwiska. Domyślam się, że jest to pewien formalny wymóg. Kiedy czytałem niedawno „Płuczki”, trochę mi to przeszkadzało, ale że takich postaci była tam ograniczona liczba, mogłem się zorientować, że ta sama osoba występuje w różnych relacjach i z czasem sam odtworzyć sobie z różnych szczegółów, kim była. W „Miastach śmierci” jest to praktycznie niemożliwe, chyba że ktoś ma świetną pamięć i naturę detektywa. Efekt jest taki, że bardzo trudno uzmysłowić sobie, kim byli – jako poszczególni ludzie - ci co mordowali, i ci, którzy byli ofiarami. Co więcej, czytanie tego rodzaju relacji staje się im dalej, tym bardziej męczące. Dla zwykłego czytelnika stanowi to bardzo istotne utrudnieniem, bo przecież chciałoby się zobaczyć, w trakcie lektury, pełnokrwistych uczestników tych wydarzeń.
Przyznam, z pewnym zresztą wstydem, że zwykle jestem w stanie czytać nawet o największych okrucieństwach popełnianych podczas II wojny światowej. Nie wiem, może wyrobiłem w sobie jakiś specjalny rodzaj odporności, może mam za mało w sobie wrażliwości. A jednak „ Miasta śmierci” nie potrafiłem przeczytać w sposób systematyczny i w pewnym momencie, mniej więcej po trzystu stronach, tylko przebiegałem wzrokiem po poszczególnych relacjach. I powtarzające się metody znęcania się i zabijania, i nawet pojawiające się jakieś nowe, bardziej wymyślne, muszą w jakimś momencie spowodować, że zostają przekroczone możliwości psychiczne czytelnika.
Struktura formalna książki jest dość konsekwentna: Tryczyk opowiada po kolei o zagładzie społeczności żydowskiej w poszczególnych miejscowościach, ewentualnie uwzględniając położone w pobliżu wsie. Zaczyna zawsze od rekonstrukcji wydarzeń, przedstawiając ich genezę, najważniejszych uczestników i przebieg „akcji”, a potem już następują kolejne relacje świadków, które ilustrują i potwierdzają wnioski autora.
Jakie wyłania się z tego obszernego opracowania szeroko rozumiane „miejsce zbrodni” (czytając Tryczyka miałem przed oczami kadry z filmu Joshuy Oppenheinera „Act of Killing”)? Po pierwsze, wszystko działo się na obszarach, które w 1939 r. zostały włączone do ZSRR. Wielu historyków i publicystów argumentowało, że pogromy były spontaniczną zemstą na Żydach za ich probolszewicką postawę podczas dwuletniej okupacji rosyjskiej. Tryczyk wskazuje na słabe podstawy tej tezy. Jeśli były jakieś przesłanki, by uznać , że Żydzi częściej niż Polacy współpracowali z radzieckimi władzami, że byli donosicielami itp., to opierały się przed wszystkim na celowo rozpuszczanych plotkach. Procentowo, w stosunku do liczby ludności danej narodowości, większa liczba Żydów niż Polaków podlegała represjom w postaci wywózek na wschód, mniej też był wśród nich takich, którzy pełnili jakieś funkcje, choćby i drobne, w ustanowionych przez Rosjan instytucjach. Autor zwraca uwagę na ważny fakt: w ręce NKWD dostał się szczegółowy spis polskiej konspiracji, liczący może nawet i kilka tysięcy danych osobowych. Stało się to po rozbiciu wielkiego ugrupowania partyzanckiego, stacjonującego w pobliskich lasach. To właśnie ten rejestr pozwolił na dokonanie masowych aresztowań nie tylko partyzantów, ale też ich rodzin. Tymczasem uważano powszechnie, że za represje odpowiedzialni byli żydowscy współpracownicy władz. Z książki Tryczyka wynika, że czarny scenariusz na Podlasiu wynikał z czegoś innego – po zaatakowaniu Związku Radzieckiego przez Niemcy w czerwcu 1941 roku tereny te przez dłuższy czas były pozbawione jakiejkolwiek oficjalnej administracji. Niemiecki blitzkrieg spowodował, że różne służby hitlerowskie podążały za wojskami daleko na wschód i długo trwało, nim w niedawnych przygranicznych miejscowościach rozmieszczono komisarzy i odpowiednie służby. To była zupełnie inna sytuacja niż we wrześniu 1939 roku czy nawet w tym samym 1941 roku w Generalnym Gubernatorstwie. Okazuje się, że zaraz po ucieczce Rosjan w zasadzie we wszystkich podlaskich miastach utworzono samorzutnie powołaną administrację i służby porządkowe. Inicjatorami byli przedwojenni lokalni działacze, prawie bez wyjątku reprezentujący nacjonalistyczne partie, głównie Stronnictwo Narodowe i Obóz Narodowo-Radykalny. Organizacje narodowe nie tylko sprawowały na tym terenie w latach trzydziestych rząd dusz, ale prowadziły też bardzo agresywną działalność skierowaną przeciwko Żydom. I to te, opanowane przez narodowców, często inteligentów, władze i milicje organizowały pogromy i morderstwa, czasem przy całkowitej nieobecności Niemców, czasem za przyzwoleniem nielicznych załóg żandarmerii wojskowej. Trzeba wyraźnie podkreślić sformułowanie „organizowały”, bo analiza zeznań świadków nieuchronnie prowadzi do wniosku, że nie były to akcje spontaniczne, działania niekontrolowanego tłumu, choć tłumy z zapałem w nich uczestniczyły.
Zaskakujące i wręcz paradoksalne było czasem zachowanie Niemców. Okazuje się, że dość często to właśnie okupanci przeciwstawiali się mordom, gwałtom i rabunkom na Żydach. Czasem, bo ci ostatni opłacili ich przychylność, innym razem, bo uważali, że mienie Żydów należy się prawnie państwu niemieckiemu, więc Polacy przywłaszczyli je sobie bezprawnie, a czasem dlatego, że i dla nich okrucieństwo „sąsiadów” było nie do przyjęcia i w jakimś sensie bezrozumne. Trzeba pamiętać, że wszystko to działo się jeszcze przed konferencją w Wannsee, przed powstaniem koncepcji ostatecznego rozwiązania, i dla przeciętnego niemieckiego urzędnika zabijanie wszystkich Żydów, bez wyboru i selekcji, musiało być marnowaniem cennej siły roboczej.
Cenne w książce Tryczyka jest pokazanie, że zbrodnie na Żydach dotyczyły nie tylko Jedwabnego i Radziłowa, ale i wielu innych miejscowości. Co więcej, sposoby działania w jednym miejscu powielano w innych, choć oczywiście bywały duże różnice, wynikające często z lokalnych uwarunkowań. Tam, gdzie Niemcy utworzyli getta, choć ich strażnikami, a nawet komendantami byli Polacy, przynajmniej część Żydów uniknęła natychmiastowej śmierci. To, co hitlerowcy głosili wcześniej w Generalnym Gubernatorstwie, a mianowicie, że tworzenie zamkniętych dzielnic żydowskich ma na celu ochronę ich mieszkańców przed Polakami, i co słusznie uważano za perfidną propagandę, na Podlasiu w jakimś stopniu okazało się nie pozbawione sensu.
Czy dowiedziałem się czegoś nowego o Jedwabnem i Radziłowie? Tak. Przede wszystkim tego, że dokonano tam praktycznie całkowitej zagłady społeczności żydowskiej i że całość była dziełem polskich sąsiadów. Już po spaleniu stodół z zamkniętymi w nich ludźmi, systematycznie, przez wiele dni, przeczesywano domy, okoliczne wsie i lasy, by wyłapać tych, którzy się ukrywali, zastraszając skutecznie takich, którzy w mogliby chcieć ocalałym Żydom pomagać. W obu tych miejscowościach przeżyło prawdopodobnie nie więcej niż dwudziestu mieszkańców. W świetle tych faktów spór o liczbę Żydów spalonych w stodole w Jedwabnem jest bezzasadny. Tak czy inaczej wszyscy stracili życie w czerwcu i lipcu 1941.
Tryczyk zwraca uwagę na kilka innych zagadnień. Np. na rolę miejscowych księży zarówno w tworzeniu atmosfery pogromowej przed wojną (większość była aktywnym działaczami partii narodowych, często nawet ich lokalnymi przywódcami) i organizowaniu tymczasowych polskich władz po ucieczce Rosjan (ciekawe, że nazwiska proboszczów i biskupów, jako nieliczne, podawane są w pełnym brzmieniu). Inny problem to stosunek powojennych prokuratur i sądów do opisanych w książce wydarzeń, a także to, jak ta perspektywa się zmieniała z czasem wraz z innymi potrzebami politycznymi. Myślę, że czytelnik znajdzie jeszcze niemało interesujących wątków, czasem ledwo naszkicowanych. No, ale to na pewno tom nie dla każdego, o czym starałem się lojalnie zdawać tu sprawę.