Grafomania w czystej postaci, jedna z najgorszych książek w moim życiu, a już na pewno jedna z najgorszych w tym roku - ścisła antyczołówka. A zaznaczę, że w tym roku czytałam już i "Pokolenie IKEA" i "Bombę" Karoliny Korwin-Piotrowskiej, żeby spotęgować nastrój grozy.
Po pierwsze: narracja. Chaotyczna, neurotyczna, szarpana i nieuporządkowana, z absolutnym brakiem arystycznego sensu i celu w tym nieuporządkowaniu. Egzaltowane wynurzenia bohaterki przeplatają się z tyradami na temat umęczenia kobiet w świecie mężczyzn.
Po drugie: właśnie tyradami. Kubryńska nie jest ani zabawna, ani ironiczna, ani celna, ani oburzająca, jej bohaterka jest sfrustrowana do granic możliwości i - znając poglądy i postawę autorki z mediów społecznościowych - trudno oprzeć się wrażeniu, że te kazania pochodzą nie od narratorki Kasi, a od Sylwii Kubryńskiej właśnie. I są kompletnie nieznośne. Te nieprowadzące donikąd wywody męczą, nużą i drażnią zamiast poruszać i zmuszac do identyfikacji.
Po trzecie: język. "Kobiety dość doskonałej" nie da się czytac na trzeźwo, styl Kubryńskiej przypomina gorzkie żale wylewane do pamiętniczka przez zbuntowaną nastolatkę. Kiedy postawi się tego literackiego potworka obok np. brawurowej "Dziuni" Nowakowskiej, przepaść między nimi jest uderzająca. Bohaterka rzuca mięsem, złości się, krzyczy Caps Lockiem do czytelnika zbyt durnego, żeby samodzielnie zajarzyć, które słowa i frazy są wyjątkowo ważne, ale jej ujadanie jest wręcz groteskowe.
Kubryńska rozdmuchuje wydarzenia ponad miarę i każde z nich ozdabia przesadnie długim strumienień świadomości: bełkot, bełkot, bełkot, tanie porównania, grafomania po raz drugi, komuś tu się wydawało, że będzie Joyce'em, a wyszła tania bzdurka. Literacka jakość "Kobiety.." (a raczej jej brak) sprawia, że osobiście wstydziłabym się takie teksty opublikować na blogasku, a co dopiero wydać drukiem i wołać za to o pieniądze. Bohaterka Kasia (czy to alter ego Sylwii Kubryńskiej?) marzy o tym, żeby zostać pisarką. Sylwia Kubryńska niestety została. Mimo całej sympatii dla jej działalności i twórczości jako felietonistki, muszę z przykrością stwierdzić, że to to jest po prostu żenujące.
I najgorsze na koniec: Sylwia Kubryńska, feministka walcząca, właśnie umocniła stereotyp rozżalonej na cały świat, sfrustrowanej, samotnej, nieszczęśliwej i przepełnionej pretensjami feministki, która o wszystko, co złe, obwinia mężczyzn. Żeby było po równo, matkę tez obwinia. I siebie samą. Tyle tu winy, że aż trudno się doszukać jakiejkolwiek puenty, poza taką, że bohaterka Kasia jest koncertową kretynką, a Sylwia Kubryńska jest niesamowitą grafomanką. Ta książka nie powinna była nigdy powstać. Jest jak ogromny krok wstecz w temacie równouprawnienia. Dzięki, Sylwia. Kobiety znowu wychodzą na niezrównoważone psychicznie wariatki.
Jako feministka czuję żal, niesmak i sporo obrzydzenia. Także do głównej bohaterki tego potwornego wyziewu paraliterackiego.