Siedem opowieści o ziemi, rzece i robocie, o tęsknocie za nieznanym, o radosnym i lękliwym żegnaniu się z dzieciństwem, i o olśnieniach, jakie przynosi inicjacja.
Ma niewiele lat i opinię lenia, łobuza, nicponia. Jak to mówią w jego wiosce: skorunia. Mieszka na uboczu, gdzieś na Sandomierszczyźnie, nad Wisłą, która czasem niebezpiecznie podchodzi pod wały, z ojcem sadownikiem, konstruktorem, ateuszem, buntownikiem nie wiadomo przeciw komu, i matką, żywą świętą. Są lata osiemdziesiąte XX wieku; parę lat wcześniej ojciec brał udział w tajemniczej konspiracji, dwadzieścia lat temu sąsiednią wieś spustoszyła nie do końca wyjaśniona powódź, czterdzieści minęło od nie do końca zapomnianej wojny. Skoruniem nikt się nie przejmuje, bo to jeszcze niby dziecko, ale on swoje wie, patrzy i słucha uważnie, wtyka nos w dorosłe sprawy i czuje, że zaczyna się życie: dopiero chłopięce, ale już groźne, niepojęte, czarowne.
Seria W.A.B., 'Archipelagi' miewa w ostatnich latach obniżkę formy, ale tym razem znalazłem w niej książkę, która mnie wciągnęła w wir wydarzeń i przez dwa wieczory oraz jakąś jazdę autobusem czułem wilgotny zapach nadchodzącej katastrofy. Znowu cofamy się nie tak dawno - jesteśmy w latach 80., przez kilkaset stron będziemy w okolicach Sandomierza, na żniwach ale i w chłopskiej chacie, którą jeszcze czekają wielkie przemiany, a na ten świat patrzymy jego oczami - skorunia, wiejskiego chłopaka, trochę ofermowatego, odrobinę innego, ale też nie jakoś wybitnie odmiennego. Rodzina - od 'zawsze' skonfliktowani ojciec i stryj, matka jak to matka, kumple jak to na wsi - powłóczyć się można, o świństwach trochę pogadasz, ale każdy w swoim gospodarstwie najwięcej zajęty. A przy tym rzeka - pociągające niebezpieczeństwo...
Skoruń przyjemnie mnie zaskoczył, uzupełnił potrzebę na literaturę przygodową, trochę chłopięco-łobuzerską, osadzoną w konkretnym czasie i miejscu, ale stawiającą na moc opowieści i opisu, Płaza nie odlatuje tam gdzie pofrunęli inni twórcy nowej prozy wiejskiej i choć czasem próbuje, to jednak trzyma się mocno przy ziemi, by na końcu wylać na nas potop i kazać odkupić grzechy. Taka porządna proza, może gdzieś w Myśliwskiego ale i w Reymonta zapatrzona.
Ja lubię taką "porządną" prozę, bardzo mi się podoba, że Płaza postanowił uraczyć nas dziesiątkami mikroopowieści o drzewach, sadach, cyrkach, ludziach, historii, kobietach, seksie. Każda z nich jest na swoim miejscu, ma logiczne uzasadnienie i niewiele zaskoczeń. Autor najwyraźniej dobrze czuje się w strukturze uporządkowanej. Ja też.
Dodatkowo muszę wyrazić swoje uznanie dla słownictwa, niezwykle bogatego, erudycyjnego, ale też odpowiednio szkicowego - po co przez kilkaset stron czytelnik ma się trudzić z wiejską frazą czy aeśchopakuwyrós pijanicy? Wystarczy w odpowiednich momentach użyć takich ozdobników a wszystko staje się doskonale zrozumiałe. Autorowi smakowicie wychodzą opisy przyrody, jej hardości i niezwykłej słodyczy, gdy daje się ujarzmić.
Bo wyciąć stary sad to nie jest prosta sprawa. Drzewo ściąć łatwo, nawet nie jęknie. Wystarczy zaczekać, aż soki zastygną w nim na zimę, tyle tylko trzeba wyświadczyć mu dobrego, potem można ciąć: od najcieńszych gałązek, sekatorem, po grubsze, piłami, najlepiej spalinową, jeśli kto ma, a jak się obetnie gałęzie, zostaje sam pień, prosty, obłóczony szarą, niepotrzebną już korą. Gdy się go porządnie wysuszy, będzie dobry do pieca: jabłoń wywdzięcza się do końca, drewno ma twarde, pali się długo, pachnąco.
Mimo tego, że uważam Skorunia za wyjątkowo sprawną literaturą, trafia on na półkę oddam z przyjemnością do biednej biblioteki na Mokotowie. Choć może lepiej poszukać jakiejś biblioteki w zakolach Wisły kolo Sandomierza? Niech stanie Skoruń gdzieś nieopodal książek autora tego uroczego wiersza:
Na ulicach, co dom jaki, Zaraz widać dal za rzeką. Boże, Boże, jak tu pięknie, Jak zielono, jak daleko.
ps. Rzeka ze Skorunia to mi się nawet śniła. A to już naprawdę wielkie osiągnięcie Autora.
Gdybym miał jednym zdaniem scharakteryzować "Skorunia", to napisałbym: "strasznie fajna powieść". W ostatnich latach wśród młodych pisarzy widoczna jest tendencja do eksploatacji motywu wsi, co mnie osobiście cieszy, bo młodsze pokolenia twórców rzadko po niego sięgały (mam na myśli okres po 89). Warstwa społeczna (chyba oczywista), psychologiczna (dorastanie bohatera), wreszcie obyczajowa i nawet nieco sensacyjna, czynią z niej powieść kompletną, z dobrze napisanymi, choć nielicznymi dialogami. Nie aż tak przepełniona niepokojem jak "Dygot" Małeckiego, ale również opowiadająca o rodzinnych tajemnicach z przeszłości. Przyjemna, wciągająca lektura na jesienne wieczory.
To świat mojego dzieciństwa. Autor znakomicie oddał atmosferę. Co prawda byłam młodsza od Skorunia a do nadwiślańskiej wsi po drugiej stronie Wisły przyjeżdżałam na wakacje, to zapachy, atmosfera, praca gorących letnich dni wróciła do mnie jakby to było wczoraj. Pamietam szacunek do zabójczej Wisły, która zabrała tylu sąsiadów i groźbę powodzi, która nadeszła kilka lat temu.
Nie zabrakło wzruszeń, bo dziadkowie już nie żyją. Ten świat już nie istnieje. Dlatego tym bardziej jestem wdzięczna za te książkę.
Bardzo interesujący zbiór opowiadań, nie licząc ostatniego. Znużyło mnie strasznie i te kartki jakoś tak nagle stały się ciężkie i trudne do przewracania.
Chodzilam z Mackiem do liceum i siedzial zaraz za mna na jezyku polskim w ostatniej lawce. To on zachecil mnie do czytania roznych ciekawych ksiazek. Juz wtedy byl niezwykly, a Skorun jest genialny. Swietnie sie czytalo te ksiazke, czulam te wies, jezyk plynie i zostaje w glowie. Gratuluje Macku. Genialna ksiazka.
Książka budziła w trakcie czytania skrajnie ambiwalentne odczucia we mnie. Z jednej strony, czytając ją, miałem poczucie autentyzmu, gdyż samoistnie przenosiłem się do swojego dzieciństwa i wakacji, które często spędzałem u dziadków na wsi. Wiele opisów, sytuacji przywoływały na myśl moje przygody, obserwacje, doświadczenia. Z drugiej strony czasami męczyłem się, szczególnie w opowiadaniu "bracia", brnąc przez nic-nie-wnoszące opisy. Irytujący był dla mnie główny bohater i jego naiwna oraz często zbyt szczegółowa narracja.
Nie wiem, czy kwestia Sandomierszczyzny czy opisu polskiej wsi, ale zdecydowanie widać podobieństwa do książek Myśliwskiego. Co jest oczywiście na olbrzymi plus. Co więcej - pochodzę z Sandomierza i zauważyłam w opowiadaniach nawiązania do wydarzeń, które wydarzyły się bądź faktycznie mogły się tam wydarzyć. Kolejny plus! Z historii skorunia bije spokój, szczerość, autentyczność. Czyta się wybornie, a i nawet zaśmiać się można :)
"Kamień na kamieniu" rozłożony na opowiadania. Hubert, Bracia i Skoruń to najlepsze momenty tej książki. Nie zawsze wprost, za to bez fetyszyzmowania sielankowością, czy oniryzmem.
Bardzo sugestywne i wciągające opisy. Płynie się przez te słowa i zdania, a opisy miesięcy i owoców na długo pozostawiają smak i zapach. Książka pełna wrażeń!
Czytało mi się ją dobrze. Ta książka to trochę "Widnokrąg" albo "Traktat o łuskaniu fasoli" - wszechobecna przyroda i człowiek, który jednocześnie panuje nad nią, ale i jest jej poddany
Wydawało mi się, że przeczytałam już tyle książek z narratorami dziecięcymi, że nic mnie więcej nie zaskoczy. A jednak zaskoczyło. Fantastyczny język. Historie też.
Piękny język. Wieś opisana nie jest może żadną konkretną wsią, ale jest autentyczna. Dla mnie najciekawszy był wątek bycia dzieckiem na wsi, relacji z rodzicami. Kiedyś każde dziecko wiejskie było skoruniem :)
Klimatyczne i napisane pięknym językiem, a jednocześnie nie idylliczne, czy sielankowe, tylko niełatwe, czyli prawdziwe opowieści o relacjach rodzinnych, życiu na wsi, dojrzewaniu i rzece.