Juillet 1845. Paris. A l'aube, rue Mouffetard, une boule de feu dans laquelle se dessine, lacérée de flammèches vibrantes, une silhouette humaine. Elle se heurte aux murs des maisons. C'est un brasier qui court. Le réfugié polonais Adam Podhorecki lui tire une balle dans la tête pour mettre un terme à sa souffrance. On le soupçonne aussitôt, d'autant que la victime est un autre Polonais. Pour échapper à la prison, et pour vaincre les démons qui le hantent, Podhercki se lance sur la piste criminelle, bientôt jonchée d'autres cadavres, dans la communauté polonaise issue de la Grande Émigration de 1831. Tout porte à croire que Mickiewicz, le poète de la Nation, sera le prochain sur la liste. Qui donc agit dans l'ombre ? Towianski, le faux prophète ? Les espions de Moscou ? La secte des résurrectionnistes ? La police française ? Et que vient faire là-dedans le club des Haschichins ?
No dobra, ludziska. Czy to miała być satyra (bo nie do końca pewni siebie twórcy często zostawiają sobie taką furteczkę w razie czego) na romantyzm i romantyków, czy sieriozna powieść historyczna o romantyzmie i romantykach? Jak na satyrę niewesoło, jak na powieść historyczną niepoważnie.
A może nie tyle niepoważnie, ile niekompetentnie. Nagromadzenie detali, nazwisk, tytułów i historycznych faktów jeszcze powieści historycznej nie czyni – to są wszystko surowe składniki. Trzeba pod garnkiem podpalić ogień, odpowiednio dodać przypraw i dobrze zamieszać. Nie potrzeba znowu tak strasznie dużo tych składników, żeby zupa dobrze wyszła, ale ogień trzeba podpalić – to jest pomysł (pomysł był chyba, trudno powiedzieć, bo chaos straszny), i przypraw trzeba dodać i zamieszać – to jest atmosfera.
Atmosfery zero.
Niestety. Wszystko jest na jedno kopyto – wszechobecny brud, bluzg i brutalność powodują, że jedzącemu/czytającemu język kołkiem staje. Nie, wcale nie twierdzę, że ludzie kiedyś nie używali wulgarnego czy dosadnego języka – ależ owszem (wystarczy poczytać listy, pamiętniki i anegdoty z epoki), tyle że w odpowiednich momentach i w odpowiednim towarzystwie, nie od rana do nocy. Dlatego właśnie przekleństwa i wulgaryzmy miały taką siłę. Znaj proporcją, mocium panie. A tutaj – szlachta, poeci, osoby duchowne, arystokracja, policjanci, prostytutki, każdy rzyga tą samą rynsztokową mową. Trudno ich przez to odróżnić. Jest jeden hrabia, który od czasu do czasu rzuca angielską frazą ni przypiął, ni przyłatał – czasem wręcz niepoprawnie – i jeden Francuz lekarz, który wtrąca, a jakże, coś tam po francusku. A mianowicie frazę mais non! A poza tym – pełny XXI wiek, 80% książki, w myśli, mowie i uczynku.
Paryż – ohydny i brudny, i zepsuty, a jakże. (Zepsucie, niestety, z rodzaju jedynie dozwolonego, czyli heteroseksualnego.) Francuzi płascy i głupi. Polska – ohydna i brudna, Polacy głupi i skłóceni. Słowem dzień jak codzień w polskiej literaturze, martyrologia i grzyb na ścianie. Nawet jedzenie, panie, niedobre.
Obsada w większości faceci, kobiety tylko jako mięso bardziej lub mniej armatnie. Co takiego? Wydawało mi się, że ktoś pytał o kobiety. Nie? A to ja przepraszam.
Książka zaskakująca. Pod przykryciem mrożącej krew w żyłach powieści kryminalnej (flaki, przemoc i seks) rozprawia się z polskim mesjanizmem i czołobitnym stosunkiem do Mickiewicza, kompleksami Słowackiego oraz z polską emigracją. Warto.