Mama umiera w sobotę to zbiór siedmiu na pierwszy rzut oka bardzo różnych opowiadań, które łączą w sobie wielki temat relacji rodzinnych z elementem nieznanego.
Obserwujemy tu m.in. skomplikowane relacje pomiędzy: piękną żoną a mężem garbusem-zazdrośnikiem, dorastającym w dusznej atmosferze rodzeństwem, tajemniczym dziadkiem a jego nieletnim podopiecznym, przyziemnym ojcem a synem-marzycielem, małżeństwem w patriarchalnej społeczności.
Niemczyk, zupełnie nie przejmując się zalecaną debiutantowi ostrożnością, żongluje sceneriami: osadza swoich bohaterów to pod budką z piwem na polskim blokowisku, to w pachnącej kwiatem lotosu willi w Bombaju. Misternie konstruuje przedstawione światy, nie boi się niedopowiedzeń i symboliki.
W jego opowiadaniach często czai się trudna do sprecyzowania groza rodem z Miasteczka Twin Peaks. Coś tajemniczego i niepokojącego bez przerwy wisi w powietrzu, czyha za rogiem i wyciąga włochatą łapę. Po bohaterów. I czytelników.
Zbiór 7 opowiadań, ciekawych i nieoczywistych. Trzy pierwsze bardzo mi się podobały, potem zmienia się klimat i kolejne opowiadania już mniej do mnie trafiły.
Opowiadanie "Ściana" rewelacja! Miałam silne skojarzenie z "Wronami". Tytułowe również bardzo dobre.
Dnf na 129 stronie Nie ma sensu tego kończyć. Pierwsze opowiadania były całkiem przyjemne, ale od piątego nie dały się czytać. Mam wrażenie, że stara się tutaj nadać większe znaczenie niż poszczególne rzeczy naprawdę mają. Nic przełomowego ani zbytnio przyjemnego
Bardzo dobry, udany debiut. Podoba mi się styl pana Niemczyka i to, jakie tematy podejmuje. A i sposób ich podania przyciąga czytelnika tak, że ten ani się obejrzy, jak przepadnie całkowicie w świecie stworzonym przez autora i nie będzie potrafił się z niego uwolnić. Chyba że przyjdzie Człowiek z Nożyczkami, ale na to trzeba czekać czasami bardzo długo.
Przeczytałam z przeogromną przyjemnością. I chcę więcej.
Rafał Niemczyk stworzył zbiór, który wymaga od czytelnika uwagi i wysiłku interpretacyjnego. Opowiadania składające się na Mama umiera w sobotę dają do myślenia, a czasem aż proszą się o ponowne czytania. Jest to kafkowski absurd, jest groza i satyra. Wydawnictwo Afera przydało zaś tej literaturze bardzo atrakcyjną formę. Nie licząc refleksji czytelniczych, na koniec zostaję z dwoma postanowieniami: wyczekiwać kolejnej książki Niemczyka i zwracać większą uwagę na wrocławskie wydawnictwo.
„Mama umiera w sobotę” zdecydowanie nie jest typowym debiutem. Zaskakuje na każdym kroku i zupełnie odbiega od tego, czego spodziewamy się sięgając po dzieło debiutanta. To nie jest pisanie w stylu debiutanta. To jest pisanie w stylu klasyka. I to nie tylko wtedy, gdy mamy do czynienia ze świadomą archaizacją, jak w cudownym opowiadaniu „Przypadek brzydala”. Po prostu jest w tym jakieś ostentacyjne odejście od efekciarskich sztuczek i powrót do dawnej, wydawałoby się że przebrzmiałej już, sztuki pisarskiej.
Siłą tej prozy jest jej obrazowość, nastrój i groza, ale nie tylko. Autor tworzy bardzo różnorodnych bohaterów i dzięki empatii zawsze świetnie wciela się w rolę opisywanej postaci – czy mamy do czynienia z garbusem-zazdrośnikiem, czy z żoną indyjskiego bogacza, czy z dzieckiem. Ukazując ich losy, ich przeżycia i uczucia, wyrywa nas z marazmu, trąca uśpione w nas struny. Skłania do tego, byśmy wyszli na szczyt wzgórza i zobaczyli więcej, lub nawet mieli odwagę wzbić się w powietrze, jak główny bohater opowiadania Stodoła. Byle tylko wyrwać się z metaforycznego zawieszenia. Nawet mimo że „bunt w zawieszeniu nie istnieje, podobnie jak nie istnieje bunt ścinanych drzew ani bunt zarzynanych zwierząt”.