Pierwsza część cyklu powieści kryminalno-okultystycznych z Jakubem Kempnerem, policyjnym śledczym. Zdegradowany i przeniesiony do Wrocławia, zostaje przydzielony do rutynowej sprawy samobójstwa. To, co miało być standardowym wypełnieniem okumentacji, szybko przeradza się w ciąg niespodziewanych zdarzeń. Dręczeni widziadłami oraz ciężkimi do wyjaśnienia zjawiskami policjanci z wolna porzucają utarte ścieżki dochodzeniowe, ruszając tropem tajemnicy zagrzebanej w jednej z wrocławskich dzielnic. Krok po kroku docierają do jądra zagadki brutalnych samookaleczeń, a jednocześnie stają przed wyzwaniem, w którym na szali kładą własne życie. Czasu mają niewiele – demoniczny byt gnieżdżący się w okolicy ma szansę tylko raz na kilkadziesiąt lat wypełnić rytuał zapoczątkowany ponad dwa wieki temu.
Gdzie kończy się inspiracja, a gdzie zaczyna Maciej Lewandowski? Obyty w temacie grozy czytelnik z zaskoczeniem odkryje, że jest w tej powieści sporo naciągnięć i paradoksalnie niedociągnięć, a postmodernistyczna mieszanka pomysłów zebranych z najpopularniejszych popkulturowych dzieł gatunku sprawia, że całość jawi się niczym mozaika, jak jakiś zbyt odważnie zremiksowany hołd. Autor pozwolił się porwać i zniknął za cudzymi maskami.
Można „Splątaniu” wybaczyć jego charakter, o ile po tego typu grozę czytelnik sięga raczej sporadycznie, lub niemal wcale. Jeśli kultowe dzieła horroru są mu obce, lub znane powierzchownie. W innym wypadku mozaikowość tej powieści, tworzące ją zlepki wszystkich i wszystkiego mają prawo drażnić. Szkoda, że Maciej Lewandowski uciekł od samego siebie, bo miał potencjał, by dołożyć swoją własną, indywidualną cegiełkę do niezapomnianych dzieł spod znaku macki i niewyobrażalnego chaosu.