Romanas „Nereikia garsiai kalbėti" („Nie trzeba głośno mówić") neabejotinai priskirtinas prie reikšmingiausių XX a. istorinės prozos kūrinių. Knygoje aprašomas Vilnijos žmonių gyvenimas vokiečių okupacijos metais, atskleidžiami nežinomi Vilnijos istorijos faktai Antrojo pasaulinio karo metu, kai į komplikuotų santykių raizgalynę susipynė vieni su kitais kovojantys vokiečiai, lietuviai, lenkai ir sovietiniai partizanai, parodoma nevienareikšmė Armijos krajovos veikla, bendradarbiavimas su okupacine vokiečių valdžia, kovos su Vietine rinktine. Šį tragišką laikotarpį J. Mackiewiczius apibūdino taip: „O, 1944 metai... Ar gali būti kas nors šūdinesnio."
Gausiai dokumentuotas istorinis fonas, psichologizmas, mūsų šiaurietiškos gamtos, buities vaizdai ne tik liudija knygos literatūrinį meistriškumą, bet ir daro ją aktualią mūsų dienų ir mūsų šalies skaitytojui. Ypatingą romano vertę lemia nors ir taupiai, bet ryškiai nupiešta karo kasdienybė, šiurpinantys žydų, laikomų Vilniaus gete, tragedijos epizodai, intriguojamai aprašyti amoralios politikos vingiai.
Mackiewicz's prose is extremely realistic: he believed there were no untouchable subjects. In 1957, he published Kontra, a narrative account of the particularly brutal and treacherous handover of thousands of anti-Soviet Cossacks by British soldiers in Austria back to Soviets. His other works include Droga donikąd (The Road to Nowhere) - an account of life under Soviet occupation, Zwycięstwo prowokacji (Victory of provocation) - on communism, W cieniu krzyża (In the shadow of the cross) - on Catholicism.
His voluminous output as a writer of fiction and a publicist has been undergoing an unusual revival after many years of underground publishing and later marginal interest. His books are however hardly available in Poland due to legal issues.
Life: Jozef Mackiewicz was born in Saint Petersburg, Russian Empire on 1 April 1902 to a Polish family from Polish-Lithuanian gentry. In 1907 his family moved back to Vilnius (Wilno) (from 1918 till 1945 in Poland, now in Lithuania). Mackiewicz studied natural sciences and before World War II he worked as a journalist for Słowo (The Word), a newspaper published in Vilnius, then within Poland's borders. On 17 of September 1939 Soviet troops invaded eastern Poland (Kresy) and gave Wilno to independent Lithuania. Between October 1939 and May 1940 he was a publisher and editor-in-chief of the Gazeta Codzienna, a Polish language daily in Lithuanian-controlled Vilnius. In his articles Mackiewicz attempted to initiate a dialogue between Lithuanians and Poles. After the annexation of Lithuania by the Soviet Union, he worked as a labourer. In 1942, he witnessed a of massacre of Jews by the Germans in Ponary, which he described in his book Nie trzeba głośno mówić (“One Is Not Supposed to Speak Aloud”[1]). At the end of 1942 / beginning of 1943 he was sentenced to death by the Home Army for his work at Gazeta Codzienna and Goniec Codzienny (see below). Sentence was then cancelled by the Home Army .[2] In June 1943, with consent of the Polish government-in-exile, he assisted in the first excavations of the mass graves of the Polish soldiers killed by Soviet NKVD in Katyn in 1940. Mackiewicz left Poland with his wife in 1945, never to return, and died in exile in Munich, in 1985. His brother, Stanisław Mackiewicz, was a political publicist and Prime Minister of the Government of Poland in exile from 1954 to 1955.
O ile bohaterowie "Drogi Donikąd" mieli przeciwko sobie tylko i aż bolszewików, tak protagoniści "Nie trzeba głośno mówić" postawieni zostali przed sytuacją bez wyjścia - z jednej strony Niemcy pozbawiający godności, a z drugiej bolszewicy odbierający duszę. Rozwiązanie tego węzła gordyjskiego przerosło wszystkich. Główni bohaterowie - Leon i Henryk - będący po uderzeniu Niemiec na radziecką Rosję pełni nadziei, z każdą kolejną stroną powieści uświadamiają sobie coraz bardziej bezsens sytuacji. Ostatecznie u kresu złudzeń wybierają inne drogi - tak samo beznadziejne.
Jednak "Nie trzeba głośno mówić" to nie tylko analiza postaw człowieka w obliczu wyboru bez wyjścia. Mackiewicz zręcznie przeplata losy maluczkich i ich tragedie z kulisami wojny na najwyższych szczeblach - konferencją w Teheranie, tajnymi rozkazami NKWD, kuluarowymi rozmowami Stalina czy Własowa. Dzięki temu powstaje plastyczny obraz realiów II wojny światowej na ziemiach polskich - dla mnie najpełniejsze ujęcie tych lat, jakie znalazłam w literaturze nienaukowej.
"Nie trzeba głośno mówić" po prostu należy przeczytać. Jeżeli już nie dla przejmująco oddanej tragedii bohaterów czy świetnego przedstawienia tła okupacji radziecko-niemieckiej, to dla zdań perełek, którymi tekst jest nadziany jak dobre ciasto drożdżowe rodzynkami. Choćby dla tego cytatu - "Niemcy robią z nas bohaterów, a bolszewicy gówno".
Jest rok 1941. Sowiety, jako struktura, tak nabite szpiegami, donosicielami, wywiadem wojskowym, cywilnym i jakimkolwiek, zostają zaskoczone najazdem niemieckim (wszak Stalin miał dostatecznie dużo ostrzeżeń, ale… w nie nie dowierzał). Rozpoczyna się operacja Barbarossa, kolejna w dziejach próba podboju niezmierzonej Rosji. Niemcy postępują błyskawicznie, wydaje się, że Stalin jest na kolanach i już się nie podniesie. Niemiecka okupacja rozległych terenów radzieckich wybudza wszelkie XX-wieczne demony, wszystkie najbardziej zbrodnicze -izmy, o których śnił ten przeklęty wiek. Rozpoczyna się dziejowa gra interesów, w której małym będzie się wydawało, że mogą coś ugrać przy większych, ale niestety: zgodnie z nieubłaganym prawem natury więksi zawsze zjedzą mniejszych. A prawem historii: mocarstwa zmiotą z planszy mniejszych graczy. Zwłaszcza, jeśli ci drudzy będą się kierować Wartościami.
A zaczyna się to wszystko na stacji kolejowej, gdzie dwóch znanych już z Drogi donikąd bohaterów, Leon i Henryk, czeka na spóźniony w wiecznym sowieckim bałaganie pociąg. Spokój zakłócają wybuchy i pojawiające się na niebie samoloty. Inwazja, kolejna już w tej wojnie, która postawiła cały świat na głowie i której skutki odczuwamy nawet dzisiaj.
Z Leonem, Henrykiem i mnóstwem, ale to naprawdę mnóstwem postaci drugoplanowych, pobocznych, historycznych, które znikają w toku powieści, żeby się nagle pojawić w wojennej zawierusze, czytelnik przemierza Wilno, Wileńszczyznę, Mińsk, Białoruś, Berlin, Warszawę, Czechy, obserwuje masakrę w Ponarach, rosyjską, ukraińską, białoruską, niemiecką i polską kolaborację, zdradę aliantów zachodnich. Cały kocioł lat 1941-1945.
Ta ostatnia, czyli jedna z likwidacji Żydów w Ponarach, to jedna z najmocniejszych scen w powieści. Oddawane przez Niemców strzały, ich beznamiętność, wstrząsająca normalność zbiurokratyzowanej zbrodni, gdzie ofiary to tylko nazwiska na liście… Precyzja Mackiewicza jest chirurgiczna, straszna wręcz, ale trudno się dziwić, skoro wszystko to widział. Epatowanie okrucieństwem, jak Jonathan Littell? Nie, to autentyczny protokół z horroru.
Leon i Henryk to nie są posągowe postaci z kart podręcznika. To ludzie przesiąknięci sceptycyzmem, którzy w sowieckim bałaganie nauczyli się jednego: przetrwania za wszelką cenę, nawet jeśli ceną jest patrzenie na świat bez złudzeń. Wpuszczeni w maszynkę do mielenia mięsa, której na imię Wielka Historia.
Tyle tytułem wstępu, który dać trzeba, bo Mackiewicz nie jest dzisiaj czytany tak szeroko, jak autor bestsellerów, nie ma go w topce Empiku, nie figuruje wśród najbardziej poczytnych polskich autorów. Co jest wielką stratą, bo dzisiaj, w czasach zamętu i przetasowania porządku światowego, jego książki powinny być rozchwytywane przez czytelników. Jak tu oczekiwać realizmu, politycznego myślenia, dalekowzroczności, skoro Józef Mackiewicz jest tak mało czytany? Nie trzeba głośno mówić, czy można lepiej podsumować nasze tu i teraz?
I
Bardziej szczegółowe streszczanie Nie trzeba głośno mówić jest zadaniem karkołomnym, wymagającym w zasadzie sięgnięcia do opracowań sowieckiej okupacji Wileńszczyzny. Mackiewicz, jako naoczny świadek, w miarę trzyma się faktów (może oprócz realiów okupowanej Warszawy w przededniu Akcji “Burza”, ale do tego jeszcze powrócę). Ogrom faktów, ludzi, polityków, koncepcji, poglądów wręcz onieśmiela. Jest w tej książce coś z wielkich realistycznych panoram XIX wieku, z tą różnicą, że Mackiewicz w realistyczną narrację wplata mnóstwo publicystyki. Wszystko to sprawia, że nie jest to narracja porywająca (chociaż, momentami, akcja jest naprawdę wartka), ale raczej wymagająca stałego konfrontowania co najmniej kilku wizji historii. Dwa podstawowe spojrzenia, wybijające się najbardziej, to oczywiście romantyzm i twarda polityka realna. I na tych chciałbym się najbardziej skupić.
Szkolna wizja historii, czyli wszystko to, co nam wpojono, to przede wszystkim ta romantyczna, idealistyczna wizja dziejów, w której politycy, decydenci, kierują się w swoich decyzjach i wyborach najwyższymi wartościami moralnymi, jak honor, szacunek, dobroć, prawda, i tak dalej. Tutaj nie ma miejsca na brutalną grę interesów. AK-owcy, piękni chłopcy o rysich spojrzeniach, dobrzy, walczą z tymi paskudnymi Niemcami o gębach wykrzywionych nienawiścią. I, jak zwykle bywa w tej wizji, dobro ma pod górkę, ale ostatecznie zatriumfuje. Idealizm czystej wody.
Z drugiej strony jest ta twarda szkoła politycznego realizmu, w której chociażby Anglicy (jak wiadomo, zawsze wygrywający wojny cudzymi rękami) są perfekcyjni. W tej wizji chodzi przede wszystkim o zapewnienie jak najdłuższego trwania i przetrwania, które nierzadko wymaga układów z diabłem. “Wolny demokratyczny Zachód” w sojuszu z “komunistycznym zbrodniczym Wschodem” przeciwko faszystom? Ależ proszę bardzo, jak trzeba to trzeba, na sojuszników nie można psioczyć, bo mamy jakich mamy, ale ich mamy. A że w ostateczności dochodzi do kuriozalnych sytuacji, w której jeden z sojuszników zaledwie przed dwoma laty napadł na drugiego sojusznika, tylko trochę mniejszego… Cóż, taka jest cena. Ale, o czym po raz pierwszy głośno mówić nie trzeba, ten mniejszy zawsze zostanie zjedzony i potraktowany jak najgorzej, najwięcej straci.
Zatem w powieści czytelnik obserwuje ciągłe starcie romantyzmu z twardym realizmem, w realiach okupowanej Wileńszczyzny, w realiach okupacji sowieckiej, a w innych lokalizacjach – niemieckiej. Romantyzm reprezentują przede wszystkim ci “mali” – Polacy, Litwini, Ukraińcy, Kozacy, Białorusini, cały przekrój Europy Środkowo-Wschodniej. Wierzą w szlachetność swoich sojuszników, formułują całe koncepcje polityczne na podstawie tego zaufania, nie dostrzegając, jak bardzo są przez tych “dużych” antagonizowani i rozgrywani, w imię bezwzględnych interesów. Raptem garstka, niewielka reprezentacja wszystkich tych narodów zdaje sobie sprawę, do czego zmierza gra wielkich mocarstw, i mówią o tym bardzo głośno, ale ich głos ginie, są postrzegani jako defetyści albo pesymiści.
Warto mieć na uwadze, że Mackiewicz przestawia pogłębiony, panoramiczny obraz: partyzantka to nie tylko „leśne wojsko”, to skomplikowany układ sił: partyzantka polska, sowiecka, ukraińska, litewska, litewskie formacje pomocnicze, niemieckie dywizje formowane z kolaborantów. AK, AL, BCh, NSZ, partyzanci sowieccy, ROA, RONA, OUN-B, OUN-M… Wsiąkanie w ten świat jest trudne, tygiel ścierających się poglądów nieprawdopodobny, ale tylko w ten sposób mógł Mackiewicz oddać złożoność tak naprawdę fragmentu II wojny.
Powieściowi polscy, ale nie tylko, romantycy, zapominają o podstawowym fakcie: to nie jest czarno-biała walka “my kontra oni”. To kocioł, w którym polska AK musi lawirować między bezwzględną partyzantką sowiecką a litewską Saugumą, podczas gdy niemiecki okupant z uśmiechem przygląda się, jak mniejsi wyżynają się nawzajem w imię mocarstwowych interesów. W tym krytycznym momencie Polakom (na nich przede wszystkim skupia się Mackiewicz) wydaje się, że rozumieją, że procesy są jasne, a historia “dziejąca się na naszych oczach” – w gruncie rzeczy prosta i przejrzysta. Mackiewicz, jako ten, który był, widział i doświadczył, pokazuje nieskończoną złożoność zjawisk, ich zależność między sobą, a koniec końców obezwładniający tragizm dziejów. Bo Polacy tak naprawdę wyjścia nie mają. Sprzedani już w Teheranie, całkowicie nieświadomi w co grają wysługujące się nimi i zwodzące ich mocarstwa, nie mają specjalnie pola manewru. Trudno jednak mówić o głupocie, raczej o tragizmie sytuacji Polaków, jako pionów na planszy. Wyborów jest kilka, każdy zły: albo walczyć przeciwko Niemcom wraz z Sowietami, którzy mają swoje cele, albo walczyć z Sowietami ramię w ramię z Niemcami (ale naszym idealistom trudno jest podać rękę diabłu), albo walczyć z jednymi i drugimi, ze świadomością, że każda walka jest przegrana, a każda decyzja zła.
II
W końcowych fragmentach powieści akcja przenosi się do Warszawy. Przyjeżdża do niej Anton Panisienko, jeden z bohaterów pobocznych, kolaborant, i już przy wyjściu z dworca “został oszołomiony” (strona 501). Mały chłopiec proponuje mu papierosy z różnych zakątków Europy, do wyboru polskie, angielskie, amerykańskie, greckie, bułgarskie. Ktoś inny oferuje “cytryny, pomarańcze włoskie i hiszpańskie” (wszystkie cytaty na stronie 501), wreszcie Panisienko widzi kobietę sprzedającą… żywe żółwie. Przypominam, że jest rok 1944, jesteśmy w Generalnym Gubernatorstwie. Nie czuję się na tyle mocny, żeby ocenić sprzedawane w Warszawie, według Mackiewicza, towary, niemniej ten asortyment wydaje mi się mocno naciągany. Idźmy jednak dalej.
Mackiewicz traktuje warszawskich konspiratorów jak komediantów, a całą warszawską konspirację jak teatrzyk. Te wielkie narady, eleganckie płaszcze i wzniosłe rozmowy ludzi, którzy nad mapami kreślą nową Polskę, kompletnie nie mając pojęcia o tym, że Stalin i Alianci już dawno te mapy podarli. Nie zdają sobie sprawy eleganci, że wolnej Polski nie będzie przez najbliższe kilkadziesiąt lat, naiwnie wierząc, że system sowiecki ewoluuje i na pewno nie jest taki jak kiedyś. Pobożne życzenia przesłaniają prosty fakt: Sowieci to nie kolejna okupacja, ale cywilizacyjna nicość.
Tak oto, może trochę przesterowując satyrę, dotarł Mackiewicz do tej smutnej prawdy, którą mało kto z decydentów chciał wtedy w Polsce przyjąć. Przedstawiając konspirację Warszawy jako spotkanie harcerzy, którzy grają z Niemcami w podchody, celnie ujął romantyczny pogląd na dzieje i politykę. Całą Akcję “Burza” uważał za tragiczny błąd: pomoc w wykańczaniu jednego kata jest automatycznie podkładaniem głowy pod topór drugiego oprawcy. Z deszczu pod rynnę.
Warszawa ufa w mityczne sojusze i własną niezłomność. Kontrast z brutalnym, krwawiącym Wilnem jest uderzający. Tam, na wschodzie, bolszewizm czuje się skórą, wie się, że to wróg ostateczny. W Warszawie tymczasem panuje niemal kawiarniana atmosfera “godziny W” – romantyczna gorączka, która dla autora jest niczym innym jak zbiorowym samobójstwem w imię źle pojętego honoru. Mackiewicz nie boi się pokazać, że polskie serce biło wtedy rytmem naiwności, której cena miała być niewyobrażalna.
Przytoczę dłuższy fragment, odpowiednio przycięty. Jest to rozmowa Leona, który także trafił do Warszawy, z jednym z decydentów:
Bardzo jest ciekawe co pan mówi. Ale zupełnie się z panem nie zgadzam. Nie można doświadczeń na naszych kresach, o tak mieszanej albo nawet przeważnie obcej ludności, zestawiać z rdzenną Polską. Należy zdać sobie sprawę co możemy przede wszystkim przeciwstawić nadchodzącej Rosji. Stawiamy na własne siły narodu polskiego. Te siły są ogromne i w tym jest największa nasza nadzieja. Doświadczenia dotychczasowe udowodniły, że Rosja nie potrafi Polski zrusyfikować nie tylko w sensie etnograficznym, ale także w sensie duchowym. Takoż nie potrafi jej teraz skomunizować. Naród polski nie nadaje się do systemu monopartyjnego. Do żadnego systemu dyktatury. Jest to założenie, na którym możemy polegać i ze spokojem oczekiwać konfrontacji z najbardziej nieprzychylną dla nas możliwością to jest okupacji rosyjskiej, jeżeli taka nastąpi. Naród polski wytrwa w swojej postawie i własnej identyczności narodowej, własnej treści duchowej. Z wyjątkiem, oczywiście, garstki jednostek. A teraz dalej. Zupełnie konkretne nadzieje możemy wiązać z ewolucją zachodzącą w Rosji. Rosja, proszę pana, którą pan poznał w latach 39/40…
— Czterdzieści, czterdzieści jeden.
Mała różnica. Rosja z roku 1944, to już nie tamta. Przyszłość niesie niewątpliwie wielkie przeobrażenia w społeczeństwie rosyjskim i to też jest jeden z elementów budowania naszej przyszłości. A z drugiej strony musimy zdać sobie sprawę, że Rosja która rozbija potęgę niemiecką, jest dziś u szczytu potęgi własnej. Zaś Polska nie tylko słaba, ale i okupowana przez wroga. W żadnym więc wypadku nie stać by nas było na opór przeciw Rosji, a już tym bardziej na mrzonki z roku 1920, „oswobadzania sąsiadujących z nami narodów”. Abstrahując od tego, że ta Rosja jest dziś sojusznikiem naszych najpotężniejszych sojuszników zachodnich, od postawy i dobrej chęci których przyszły los Polski zależy. Wy może, tam na prowincji, nie zdajecie sobie sprawy w pełni o czym my tu mamy dokładne informacje. Jak dalece możemy liczyć na naszych sojuszników i im w pełni ufać. Niedawno w „Biuletynie”, to jest centralny organ AK, ukazał się artykuł pod tytułem: „Churchill, wielki przyjaciel Polski”. I to jest prawda. Wiara w naszych aliantów jest u nas niezachwiana, i nie mamy zamiaru jej w niczym zachwiać. Popularność w całym narodzie ogromna. Wystawiać na próbę ich przyjaźń, przez jakieś posunięcia czy gesty antyrosyjskie, oznaczałoby po prostu wystawiać na próbę przyszły los Polski. Takie jest stanowisko całego narodu, i jego podziemnego kierownictwa. Reasumując, sytuacja jest taka: bez jednego słowa ze strony propagandy rosyjskiej, wszelki antykomunizm jest skompromitowany do cna. Nie jest aktualny. (cały fragment na stronach 527-530)
Włos się na głowie jeży, kiedy dostrzega się krótkowzroczność, żeby nie powiedzieć: głupotę takiego spojrzenia politycznego. Do Leona, który przyjechał z Wilna, który doświadczył okupacji sowieckiej na własnej skórze, tenże Leon słyszy właśnie, że “wy tam na prowincji może nie do końca się orientujecie” (!). Czyli to już nie jest głos publicysty, to nie jest głos człowieka bez doświadczenia, ale głos kogoś, kto smak okupacji sowieckiej poznał na własnej skórze.
III
Już kończąc – ciekawa jest też, nie nowa, ale przeanalizowana przez Mackiewicza w formie powieści, koncepcja dotycząca porażki Niemiec. III Rzesza nie była w stanie wykorzystać potencjału ludów Wschodu, którzy Sowietów (jak i Rosjan) szczerze nienawidzili. Gdyby nie pogarda, gdyby nie idiotyczne uprzedzenia rasowe, ta wojna mogłaby wyglądać zupełnie inaczej. Czyli niestety, jak to bardzo często bywa, chora ideologia zabiła zdrowy realizm.
Tyle. Lekcja realizmu z Mackiewicza jest dzisiaj niemal kompletnie zapomniana. O tym też nie trzeba głośno mówić. Smutne, że najpierw mamy tendencję do ignorowania tych, którzy niekoniecznie chcą bić w bęben, a później się dziwimy – jak to się mogło stać? Ale “kto na świecie zainteresowany jest w nagiej prawdzie. Nikt. Kogo ona obchodzi?”. Aż chce się jeszcze zacytować na zakończenie:
“Te stare pierdoły nie nauczyły się niczego. Panowie majorzy i pułkownicy, którzy tu kwaśnieją od lat pięciu, liczą wyłącznie na “Zachód”. Nic nie zmieni ich reakcyjnego poglądu. Czekają trzeciej wojny, która w ich pojęciu ma przywrócić Polsce porządek”. (strona 609)
A później zwykle zostajemy z tą swoją racją stanu. Jest to, cytując Mackiewicza już ostatni raz, “”Racja stanu” Murzyna, który zrobił swoje” (strona 582). Wszak “król angielski słowem honoru zapewnił niepodległość Polski. Nie było w historii wypadku, by król angielski nie dotrzymał słowa, proszę pana” (strona 438).
Visiems, besidomintiems Vilniumi, Vilniaus kraštu ir bendrai Rytų Europa dviguboje hitlerizmo ir stalinizmo priespaudoje bei įklampinta iš jos sekančiame absurde, būtina perskaityti. Už pirmąją knygos pusę nedvejodamas duodu 5, antroji, tiesa pasirodė kiek silpnesnė. Stiprus ketvertas.
Vilnius-Minskas-Varšuva tarp 1941 ir 1945. Okupacijos siaubai, išvadavimo siaubai, tautinių antibolševikinių grupuočių rietenos ir paprasto žmogaus kasdienės pastangos gyventi. Labai daug faktų, pavardžių, dokumentų citatų meistriškai supinta į romaną, pagardinta trumpais gražiais gamtos vaizdais (pvz. "...kirai tarsi vienuolių nuometai, ne virš juodo, bet virš tamsiai mėlyno upės abito..."). Taip įtraukia, kad pamiršti ir valgyti, ir miegoti. Labai turtinga knyga, ir faktais, ir įžvalgomis, ir personažais. "Menas yra tam tikros harmonijos pajauta kasdienio gyvenimo chaose" - citata, kurią šis romanas ne tik davė, bet ir išpildė.
Pfuuu... Įtariu, Mackiewicz man taps pačiu mylimiausiu visų laikų Vilniaus krašto rašytoju. Sunki, lėtai skaitoma knyga, labai detaliai atskleidžianti karo metus (1941-1945) šitam krašte, tarptautinę politiką ir Vakarų požiūrį į Rytų europiečius. Dažnai aplankydavo jausmas, kad niekas šia prasme iš esmės iki dabar nesikeičia ir amžinai ant tų pačių grėblių laipiojama. Sakyčiau, privaloma literatūra.