Seks, miłość, narkotyki. Krew, pot i łzy. A co facet, to chujek. Jak długo jeszcze tak można? Dominika Dymińska mówi nam wszystkim wielkie „Danke”. Druga książka laureatki Nagrody Warszawskiej Premiery Literackiej to pełna ironii i przenikliwości obserwacja życia dwudziestoletniej mieszkanki stolicy. Spod błyskotliwej, plastycznej frazy powieści-poematu wyziera głębia doskonałej, psychologicznej historii. Liryzm posunięty aż do okrucieństwa sprawia, że słusznie porównywano Dymińską do Herthy Müller czy Agłai Veteranyi. Takiego poematu jeszcze nie było. Czy jesteście gotowi przyjąć te podziękowania?
Mam bardzo rozbieżne opinie w zależności od rozdziału. Połowa książki jest ciekawa i warta przeczytania (szczególnie cześć o bulimii), natomiast reszta woła o pomstę do nieba (bardzo prawicowe poglądy, gezeralizacja i wypływający egoizm). Najchętniej bym zrobiła jej cenzurę paląc niektóre strony na stosie i dopiero potem komuś poleciła ją przeczytać.
Krótko: nie polecam. Znajdują się w niej szkodliwe treści. Jeśli ktoś lubi się denerwować, warto przeczytać. Dłużej: Osobiste podejście autorki do seksu to jej sprawa, ale w rozdziale jemu poświęconym jest dużo oceniania i stereotypów. Slut shaming w pozornie ładnym opakowaniu. Mam wrażenie, że autorka nienawidzi chyba każdego (mężczyzn, innych kobiet, dzieci, lewaków_czek, influencerów_ek, rowerzystów_ek, wegetarian_ek). Gdyby wtedy zobaczyła te formy zapisu rzeczowników, pewnie też by się tam pojawiły. Dobrze jednak mówi o gwałcie, którego nawet w domu nie zawsze można uniknąć. Ciekawe są również fragmenty o bulimii, ale to niewielka część książki. A komentarz o wojnie jest żenujący. Z jednym się zgodzę - nie wszystkie książki trzeba szanować tylko ze względu na to, że nimi są. Myślę, że autorka na siłę starała się być oryginalna i kontrowersyjna. Tylko to drugie się jej (moim zdaniem) udało. Bo nietrudno być kontrowersyjnym. Można przeczytać i zapomnieć. Albo w ogóle nie czytać. Słowami autorki - "nie wieder"
PS Nie ma nic złego w byciu Houllebecq girl ani Hollaback girl. Można też być i jedną, i drugą.
Za napisanie o książce, której okładkę już pewnie widzicie, wziął się człowiek, który czyta nałogowo od dawna i od dawna wygłasza przy różnych okazjach swoje opinie o nich. Dość długo kiełkowała w nim myśl o pisaniu o książkach, ale zwalczał ją skutecznie zajmując się redagowaniem i wydawaniem. Do dzisiaj. W klawiaturę uderza Wojtek Szot.
Dzień dobry Państwu, zapraszam do rozmów o literaturze, o zjawiskach wokół tekstu i książki, a najbardziej oczywiście - do czytania (także złych książek).
Miała być polska poezja supernowoczesna, sklejona z memów-haseł, feministycznego krzyku przynajmniej na miarę Eve Ensler i ryk poetki jak po przedawkowaniu GBLa. Nie ma. Jeszcze. Może kiedy indziej, ktoś inny, ale to nie ten adres. Danke!
Księgarnie na lotniskach należą do moich ulubionych – zastawione tytułami z kategorii „czytały mnie miliony, dołącz do nich” kuszą mnie dość skutecznie. Chociaż zawsze mam przy sobie książkę „do samolotu” (starannie wybraną, raczej w miękkiej niż twardej oprawie, z ambicjami ale nie ukrywającą swojej egalitarności itd.), to ciągnie mnie do tych przybytków literatury masowej. Tym większym zaskoczeniem było dla mnie znalezienie na półkach księgarni na Okęciu ledwo co wydanego poematu Dominiki Dymińskiej, Danke czyli nigdy więcej. Poemat w lotniskowej księgarni! Wydany przez Krytykę Polityczną! Z taką ładną okładką.
Musiałem kupić. Przeczytać. Wrzucić fotę najlepszego fragmentu na fejsa. Zapomnieć szczegółów. Kilka dni później w „Wysokich Obcasach” miałem przeciętną przyjemność przeczytania, że zdaniem autorki tej pozycji, „mefedron podsypuje Warszawę” (co jest stwierdzeniem bliskim prawdzie), „jest tani” (to względne jest bardzo) a całość to jakieś doświadczenie pokoleniowe (o!). Wieszczów i wieszczek oraz socjologów lubujących się w generalizacji to Ci u nas na pęki, tylko rwać i publikować takiego/taką. O poezji nie było zbyt wiele w tym wywiadzie. I chyba wiem dlaczego. Ale o tym za chwilę.
Miało być o literaturze, a jednak nie mogę się oderwać od recenzji, polemik z recenzjami i nieco „gimbazową” recepcją książki Dymińskiej. Krzysztof Sztafa w ‘Kulturze Liberalnej’ pisze, że Dymińska swój „poemat” (cudzysłów z recenzji) „wypociła” i „trudno uwierzyć, że ktoś postanowił wydrukować ją na papierze i opatrzyć numerem ISBN”. Trudno uwierzyć, że ktoś opublikował recenzję w ten sposób pisaną, ale każdy jest królem/królową na swoim podwórku i korzysta z możliwości dotarcia do publiki. Wszystkie chwyty dozwolone. Autorka oczywiście odpowiedziała Sztafie przy okazji zadając na łamach Ha!Artu pytanie:
A oto moje pytanie, moi drodzy recenzenci: czy wam nie jest głupio, gdy piszecie swoje teksty?
Nie jest mi głupio, trochę czuję się zmęczony, bo pogoda dzisiaj raczej równikowa, a ja komfort cieplny osiągam w umiarkowanych temperaturach, ale żeby było mi głupio? Aha, jeszcze nie napisałem recenzji… Bo i problemem niektórych książek są ich autorzy i autorki – przeszkadzają w lekturze. To chyba jeden z lepszych przykładów.
Dymińska w swoim felietonie pisze między innymi, że „ciężko być kontrowersyjną”, zadaje też pytanie „kto to właściwie jest krytyk, jeśli w gruncie rzeczy może być nim każdy?”. Ciężko powstrzymać się przed ironizowaniem.
"Danke czyli nigdy więcej" nie broni się w zakresie kategorii literackich, jest wydarzeniem, ciekawą sytuacją społeczną, ale literaturą wyjątkowo przeciętną. I mimo, że w najnowszej poezji jest wiele ciekawszych zjawisk, to właśnie "Danke…", ponieważ stoi za nim wizja obnażania brudnych sekretów warszafffki i zaglądanie do sypialni przynajmniej jednej osoby, jest (było?) „tą” książką o której się mówi. Udanemu zabiegowi marketingowemu towarzyszą chwilami dobrze skomponowane frazy, chwytliwe momenty i zabawnostki, które tylko wyjątkową Dulską XXI wieku mogą wprawić w oburzenie czy rumieńce.
Ta książka o dragach, miłości, seksie, gwałcie, mizoginii, feminizmie i pokoleniu millennialsów wyważa drzwi już dawno otwarte i gdyby nie marka wydawcy i zgrabny PR literacki pewnie przeszłaby niezauważona, szczególnie, że w samym poemacie pobrzmiewają echa lektur bardzo klasycznych (Różewicz). A jak już na nią patrzymy to doceńmy choćby to, że podmiot liryczny na s. 88 przekonuje, nas, że:
Nikim nie gardzę bardziej – A gardzę dużo, niestety więcej niż bym sobie tego życzyła - niż ludźmi, którzy czytają literaturę chętnie i często, i bez konkretnego celu, a potem chcą o niej mówić albo, co gorsza, rozmawiać.
Brzmi to sztucznie, cynicznie i nie jestem zbytnio zdziwiony, że niektórym oceniającym tą wersowaną pracę puściły emocje i argumentacja używana przeciwko tej pozycji nie przedstawia wybitnej intelektualnej wartości. Nie znalazłem uzasadnienia, dla którego podmiot liryczny u Dymińskiej jest aż tak fatalnie nastawiony do odbiorców produkowanej przez siebie treści. Może dlatego, że oprócz mdłych opisów z życia bohaterki poematu Danke nie ma nic do zaoferowania poza prostą filozofią, niezbyt głęboką socjologią i cóż - atakiem, który ma ukryć mielizny?
Po tym wszystkim cieszę się, że okładka jest naprawdę udana (projekt Alicja Kobza – Poważne Studio), bo przynajmniej ona komunikuje się zachęcająco.
Jacek Poniedziałek w blurbie do książki napisał, że „Będziemy Dymińską cytować, jak cytujemy Szymborską”. Nie będziemy. Dawno temu nie byłem tak pewien swojej opinii w jakiejś kwestii – nie będziemy.
Najgorsze jest to, że w tej książce następuje moment, kiedy zaczynasz się wciągać, interesować, kiedy możesz być poruszona i zaintrygowana życiem podmiotu lirycznego. I potem już nawet banalne historie czyta się inaczej. Ten moment to dla mnie część o bulimii. Tylko niestety, ten fragment jest na tyle daleko, że zanim do niego dotarłam, byłam znudzona, zniechęcona i uprzedzona wcześniejszymi banalnymi i pustymi frazami o dzieciach, seksie, imprezach i byłych chłopakach.
Książka jest specyficzna, ale trzeba przyznać że całość można przeczytać w dwie godziny. W treści znajduje się kilka trafnych spostrzeżeń. W pewnym momencie miałam wrażenie że autorka krąży cały czas wokół jednego tematu jakby nie miała pomysłu co dalej. Stad ocena 3/5.
Danke to sto stron białego wiersza, pisanego bardzo potocznie. Na przykład: „można już nie lubić dzieci i to żadna siara/ miłości można sobie nie chcieć/ a ja chcę mieć prawo nie lubić seksu/ tak samo jak każdy ma prawo nie lubić cebuli”. Cytat jest trochę podrasowany, bo dodałam diakrytyki – w oryginale części brakuje, ponieważ to fragment rozmowy na którymś z portali społecznościowych. Język spontaniczny, choć pisany, jest w centrum tego „poematu romantycznego” (blurb od wydawcy). A także to, co nim przekazujemy: frustracje, radości, ale przede wszystkim nasze poglądy i przekonania. Czasami równie niestabilne jak imprezowe szpilki. Dymińska jest świetną obserwatorką małych paradoksów i niespójności, czasami wypunktowuje je jako błędy i brak zdecydowania, ale zwykle służą raczej do pokazania skomplikowania ja lirycznego lub wielu podmiotów lirycznych. To, że mamy wciąż do czynienia z narracją pierwszoosobową nie znaczy jeszcze, że to ciągle ta sama osoba. Jest równie wiele tropów za tak, jak i za nie. Może to jedynie możliwości bycia sobą?
Konsekwentnie wyartykułowane białym wierszem bolączki prawie-młodego pokolenia. Prawie-młodego, bo 91' to taki rocznik, który już młodym być przestaje, za plecami już wyrośli kolejni "młodzi". Jednakże, jak na młodzież przystało, serwowany czytelnikowi jest kotlet mielony z wiersza białego, nie inaczej, w którym zmielono doświadczenia dwudziestoparoletniego żywota. Łał, że się tak wyrażę, oryginalność tak banalna, że nie sposób się roześmiać w kilku fragmentach. Bezradność stylu, erudycji, pretensjonalność i wtórność, WTÓRNOŚĆ PRZEDE WSZYSTKIM. Mam nadzieję, że Autorka lepiej się poczuła, może nawet coś na kształt spełnienia twórczego się pojawiło. Jeśli tak, to super. U mnie lekkie poczucie, że "everything is a copy, of a copy, of a copy..." Czytalne, ale nic ponadto.
i żebyśmy przestali zakładać, że książki są złe, tylko dlatego, że są w nich przekleństwa
tę trochę czyta się jak myśli - nie wszystko ma sens, nie ze wszystkim się zgadza i nie wszystko chce się czytać, ale myśli mają to do siebie, że o ile nie ma się wpływu na ich powstawanie, to ma się wpływ na to, co się z nimi zrobi
ja pod kilkoma myślami Dominiki Dymińskiej mogłabym się podpisać, w tym, a może nawet szczególnie, pod „spierdalaj”
——
śpij słodko, szarlotko, niech ci się przyśni koszyczek wiśni
Krytykowanie intelektualnej warszawki opublikowane przez krytyke polityczna to troche xd Sposob pisania ciekawy i poemat milosny nienajgorszy, momentami jezykowo pieknie (Nasz związek przeszedł w tryb samolotowy) a czasem i zabawnie (Czary Mary jesteś Stary) Sporo zostało wyrzygane, czasem się trafi i ładny fragment, ale koniec końców to wciąż rzygi