Opowieść o wyprawie do Indii, a zarazem w głąb samego siebie. Bohater, znany didżej radiowy i prezenter telewizyjny, staje się anonimowym obserwatorem w masie młodych Europejczyków przyjeżdżających do Indii w poszukiwaniu religijnego oświecenia, miejsc nietkniętych przez cywilizację, a najczęściej po prostu tanich narkotyków i dobrej zabawy. Ta podróż jest dla niego okazją, by uporządkować własne życie. Poddać próbie swą miłość i raz na zawsze uwolnić się od nałogu, który zmienił kilka lat jego życia w piekło. Wyprawa do odległego kraju pozwala mu spojrzeć na polską rzeczywistość z dystansem i staje się pretekstem do rozrachunku z medialną przeszłością.
Pamiętam Maxa jeszcze z czasów nieodżałowanej Radiostacji. Zawsze był specyficzny. Nie zaskakuje więc, że jego książka też jest taka. Mimo że to podróżnicza historia własna, autor opowiada o sobie trzecioosobowo. Trochę nawet te Indie rozrysował, ba, nawet wspomniał o Auroville i zainteresował mnie Andamanami, ale w Indiach Maxa zdecydowanie najważniejszy jest... Max. I to jednak (zbyt) duża wada.