Północ Norwegii to surowy klimat, garstka ludzi, tysiące reniferów, lodowate morze i wicher, który mąci świadomość. Dla bohaterów tej książki Finnmark, region przez wieki utożsamiany z ultima Thule, to centrum świata i niekończąca się opowieść.
Najdalszą północ Europy Ilona Wiśniewska ogląda matowymi oczami umierającego starca, wsłuchuje się w nią razem z Mari Boine – najsłynniejszą na świecie saamską wokalistką, godzi się na nią z tymi, którzy nie mają dokąd wyjechać, albo stara się ją uchronić od zniknięcia wraz z tymi, którzy malują murale na opuszczonych budynkach.
Finnmark to kraniec. Nie ma znaczenia, skąd się patrzy, bo to nadal będzie albo daleko, albo hen daleko. Słowo "hen" w norweskim odnosi się do odległości, tyle że równie dobrze może znaczyć "po drugiej stronie globu", jak i "tuż za rogiem". Hen to równocześnie daleko i blisko.
Ten norweski koniec świata staje się częścią naszej historii, opowieścią o nas.
Sięgnąłem po Hen z dużymi nadziejami mając ciągle w pamięci rewelacyjne "Białe. Zimna wyspa Spitsbergen". Delikatnie się zawiodłem. Nie powiem, że Hen jest słabe - wręcz przeciwnie, jest dobre, może nawet niezłe. Ale tylko tyle.
stabilny reportaż, dał mi do myślenia chociażby w temacie tego, jakie to musi być smutne, kiedy cała reszta świata każe ci się wstydzić swojego pochodzenia.
wiem, że tematy ludów nie będą moimi ulubionymi, nie wyciągnęłam też zbyt wielu ciekawostek, ale ten reportaż na pewno mnie zainteresował i z chęcią sięgnę po kolejne napisane przez tę autorkę.
3,5⭐ Jest to jeden z pierwszych reportaży jakie miałam okazję czytać, więc nie do końca wiem w jaki sposób go ocenić. Przedstawia namiastkę historii Finnmarku - północy Norwegii. Najciekawsze były dla mnie historie życia ludzi oraz ich sposób myślenia wynikający z innej wiary, wychowania, życia w mrozie i pochodzenia etnicznego. Autorka stworzyła plastyczne obrazy, które z pewnością zostaną ze mną na jakiś czas. O ludziach, którzy są tylko i aż ludźmi. O fotografii, śpiewaniu, miłości, czy bitwie na śnieżki.
Z przyjemnością sięgnęłam po kolejny norweski reportaż Ilony Wiśniewskiej. Białe ujęło mnie formą, lakonicznością, zmysłem obserwacji autorki i oczywiście tematem. Hen w pewnym sensie jest podobne, ale jednak w moim odczuciu zabrakło tej książce świeżości, a może tematyka Białego bardziej mnie zainteresowała?
W Hen Wiśniewska opisuje północ Norwegii, tę najpółnocniejszą północ. Daleką, ciemną, zimną, opuszczoną, taką, gdzie nawet Norwedzy nie jeżdżą. Północ czasem bardziej rosyjską niż norweską, a na pewno bardziej saamską. Północ, która zaznała grozy II wojny światowej bardziej niż jakakolwiek inna część Norwegii. Północ, gdzie z wioski do wioski pokonuje się bezdrożami dziesiątki kilometrów, gdzie trudno znaleźć bratnią duszę, a czasem jakąkolwiek duszę. Podziwiam Wiśniewską za talent do rozmawiania, za samozaparcie, bo jej rozmówcy często nie są chętni do dzielenia się swoim życiem, przeżyciami czy przemyśleniami. Bardzo często to pomysł, nietypowe zachowanie, upór skłaniają ich do mówienia, pomagają stopić pierwsze lody. Autorka wie, jak to zrobić. Potrafi słuchać i zadawać odpowiednie pytania. A czytelnikowi usnuć z tego, co usłyszała, opowieść o mało znanej krainie.
Ilona Wiśniewska z dużą wrażliwością, wnikliwością i szacunkiem opowiada nam o losach północnej Norwegii. Mniej tu historii pojedynczych ludzi, to raczej opowieść o całym Finnmarku, jego historii i teraźniejszości. To także opowieść o krainie dzieciństwa jej męża i o tym, co go ukształtowało. Opowieść o życiu według praw surowej przyrody. Opowieść ciepła, mimo wszechpanującego zimna, śniegu, starości i smutku.
I cóż tu pisać? Nie jestem specem od literatury faktu ani tym bardziej od północnych krańców Norwegii, ale wydaje mi się, że "Hen" to bardzo dobra książka. W dobrych proporcjach łączy część reportażową z tłem historycznym oraz społecznym, a przy tym czuć w niej pełną czułość względem rozmówców bez jednoczesnego umieszczania siebie w każdym książki zakątku.
12Ogromną wręcz miłością darzę kraje skandynawskie więc bardzo lubię wszelaką literaturę (nie tylko kryminalną) o tamtejszych zakątkach. "Hen...." jest jedną z ciekawszych reportaży o regionie i ludziach, których właściwie się nie mówi. Finnmark, bo to o nim mowa, dotąd kojarzył mi się głównie z baśnią o Królowej Śniegu, a tu się okazuje, że jest to bardzo ciekawe miejsce naszego globu - to największy i najrzadziej zaludniony region Norwegii, w którym przenikają się kultury lapońska, fińska, rosyjska i norweska.
Książka wstrzemięźliwa i wymowna zarazem, czasem brzmi chaotycznie i momentami się dłuży, jednocześnie zawiera garść interesujących opowieści o kulturze północy na której II WŚ także odcisnęła swoje trudne i surowe piętno. To książka o niezwykłych ludziach, u których egzystencja wypełniona jest trudami życia codziennego. Warto przeczytać, by uświadomić sobie, co kryje w sobie prawdziwa Norwegia.
Możliwe, że to wina sentymentu, a także mojej wielkiej sympatii do Norwegii, ale książka naprawdę mi się podobała. Autorka pokazała realia życia na Północy - mroźnej i nie zawsze przyjaznej krainie. Zawarła dużo faktów historycznych, które pomagają zrozumieć podłoże obecnej sytuacji w tej części Norwegii. Bardzo podobały mi się również załączone fotografie, które stanowiły idealną wizualizację treści zawartych w książce.
Brutalna i wstydliwa historia północy. Historia nietolerancji, niszczenia kultur, burząca tożsamość narodową, język. Niepokojąca opowieść o Saamach, którzy nie mieszczą się w ramach współczesności, a współczesność nie mieści w swych ramach Saamów. Plus inne anegdoty, ale raczej w formie wypełniacza.
To mój pierwszy reportaż Ilony Wiśniewskiej. Bardzo mi się podobał. Ciekawi ludzie, niesamowite, poruszające historie, interesujący sposób opisywania rzeczywistości. Z przyjemnością sięgnę po kolejną książkę tej autorki.
Jakieś to było wszystko poszatkowane :( Nie do końca potrafiłam się połapać w tym, co się tam dzieje, a przez to ciagle odkładałam czytanie książki na później i skończenie jej zajęło mi sporo czasu. Momentami było bardzo ciekawie, ale szkoda, że wątki tak szybko się urywały
Reportaż przede wszystkim poświęcony ludziom i społeczności najdalszych zakątków Norwegii, miejsc zapomnianych przez świat. A jednak autorka była wstanie dotrzeć do tych zahartowanych lodem dusz i otworzyć przed nami ich serca.
„Badania potwierdzają, że zdrowie nie pochodzi z kwasów omega-3 czy z antyoksydantów, ale z tego, jak się człowiek ma sam ze sobą, ze swoimi przekonaniami, językiem i wierzeniami. A tu przychodzą nagle Norwegowie i mówią, że to, co było fundamentem dotychczasowego życia, jest nic niewarte i że prawdziwym człowiekiem zostanie się dopiero, będąc takim jak oni.”.
Po „Migocie”, który bardzo mi się podobał, pełna oczekiwań sięgnęłam po „Hen” i nie zawiodłam się. Choć niektóre fragmenty czytałam z wielkim zaciekawieniem, a inne nieco mniej mnie absorbowały, to całość uważam za lekturę godną polecenia. Nigdy wcześniej nie słyszałam o rdzennej ludności saamskiej i ten temat najbardziej mnie zaciekawił. „Hen” nie jest tylko opowieścią o historii Finnmarku i niełatwej przeszłości jego mieszkańców, ale także opisem ich skomplikowanej teraźniejszości, tożsamości kulturowej, samotności i walki o miejsce wśród lokalnej społeczności. Ta daleka północ jest bardzo daleka od ogólnie panujących wyobrażeń o Norwegii, dlatego choćby z tego powodu warto zapoznać się z „Hen”. Niebawem wyruszę w kolejną podróż z Iloną Wiśniewską. „Lud” i „Białe” wciąż jeszcze przede mną, a apetyt na poruszające historie o interesujących ludziach i ciekawych miejscach, z każdą kolejną książką Autorki, mam coraz większy.
Wiśniewska czaruje, bo w niezauważalny dla czytelnika sposób przenosi go do opisywanego w książce Finnmarku, czyli do najbardziej wysuniętej na północ części Norwegii. Ten gdzieś hen położony na północ kraniec świata jest w jej opowieści bardzo obrazowy i trochę baśniowy, mimo iż w opisie zdecydowanie realistyczny. O baśniowości tej krainy może stanowić fakt, że to region nieprzyjazny i każący swoim bohaterom nieustannie mierzyć się z przyrodą, przeciwnościami losu i własnymi słabościami. Poza tym jest specyficzny i jedyny w swoim rodzaju, co najlepiej odzwierciedla się w odrębnym języku, zwyczajach i stylu bycia mieszkańców. Finnmark może fascynować i przyciągać siłą surowej natury oraz milczących, cichych ludzi, którzy czasem ujawniają swoim niezwykłe moce, a reporterce ciekawe lub całkiem zwykłe historie. Opisana w książce Północ poprzez swój wizerunek przyciąga i odpycha zarazem, ale na pewno nie pozostawia obojętnym. Podobnie jak książka, którą czyta się jednym tchem.
[PL] Im dalej na północ Norwegii, tym bardziej na myśl przychodzą zorza polarna, renifery i ogromne ilości śniegu. Trudno się dziwić temu tokowi myślenia, bowiem te skojarzenia są jak najbardziej poprawne. Faktycznie znajdzie się w historii napisanej przez Ilonę Wiśniewską miejsce dla zorzy (oraz jej przysłowiowych powiązań z kobietami),reniferów (których na terenie Północy może być nawet więcej niż ludzi) oraz śniegu (często wręcz paraliżującego wiele sfer ludzkiego życia). Taki obraz Północy to jednak stereotypowe wyobrażenie tej krainy. „Hen…” brutalnie i bezpowrotnie niszczy w czytelniku sposób postrzegania jej jako bajkowej i arktycznej idylli.
Wszystko dlatego, że reportaż Wiśniewskiej to przede wszystkim opowieść o odizolowanych od reszty cywilizacji ludziach Finnmarku. Na północy Norwegii mieszkają między innymi Samowie, którzy od setek lat traktowani są jak gorsi, co jest daleko od deklarowanej przez Norwegów wszechobecnej tolerancji w stosunku do innych.
Autorka nie stroni zresztą od odniesień do historii, które dobitnie ukazują bolesne przykłady takich zachowań i opisuje problemy, z jakimi zmaga się Północ. Niestety, przytoczone historie zdają się być jakby urwane, nieopowiedziane do końca, co burzy spójność tych opowieści. Oprócz tego ma się niekiedy wrażenie, że w książce raz po raz powtarzają się pewne wątki, przez co „Hen…” w kilku fragmentach dłuży się i jest nużący.
Do plusów należą natomiast dołączone do tych historii zdjęcia; zarówno ludzi jak i miejsc, przedstawiających kim i czym jest Północ. I wreszcie - nie da się ukryć, że choć to na pewien sposób przygnębiająca opowieść, to mimo wszystko zawierająca sporą dawkę ciekawostek o kraju, który na świecie postrzegany jest jako jeden z najszczęśliwszych. Tylko czy słusznie?
W Hen zanurzamy się powoli, stopniowo. Autorka oprowadza nas po Finnmarku ostrożnie, z należnym miejscu i jego mieszkańcom szacunkiem. Stąpam więc również ostrożnie, wstrzymując oddech i słuchając.
Znów śpiewa. - A myszołowa joikuję tak, bo leci powoli, wznosi się i opada na wietrze, więc trzeba wolniej, rozumiesz? Oczywiście nic nie rozumiem, bo skąd.
Każda historia, każda osoba, z którą Ilona Wiśniewska prowadzi rozmowę, pośród ścinającego krew mrozu i bezkresów pustkowi, jest niczym kropla światła, migoczący gwiazdozbiór. Dowiadujemy się, jak wyglądało życie w tym nieprzyjaznym człowiekowi rejonie i jak sytuacja przedstawia się na chwilą obecną. Głośno wybrzmiewa konflikt pomiędzy kolonizatorskimi zapędami Norwegów a walczącymi o swoje prawa Saamami, jak również wszystkie jego odcienie, jakie pozostały po piętnie dominacji. W trakcie podróży przez reportaż odnajdziemy się również w miasteczkach obrysowanych arktycznymi granicami, wdychając toksyczne opary z nieodległej fabryki już u sąsiada, w Nikielu, jak i poznając wszystkie nieoczywiste zasady, wspomnienia i tradycje rządzące tamtejszymi społecznościami.
Kilka godzin dalej hurtigruta zawija na wyspę Magerøya, do portu w Honningsvågu, gdzie niskie, czerwone słońce będzie wystawać z rozhuśtanego morza raptem przez godzinę, rzucając poświatę na gwiżdżący wybitymi oknami hotel Nordkapp.
Wybitny reportaż, który pomimo niektórych chaotycznych fragmentów, pochłania bez reszty, na koniec pozostawiając w głębokiej zadumie (+ chęci odwiedzenia Finnmarku). Bardzo polecam.
W swoim reportażu, Ilona Wiśniewska zabiera nas na daleką północ Norwegii – do Finnmarku. Rządzi tam surowy klimat, żyje garstka ludzi – rodzimych Skandynawów (Saamów), tysiące reniferów, a wszystko to otacza lodowate morze. Ten skrawek świata poznajemy z perspektywy umierającego starca oraz Mari Boine – najsłynniejszej saamskiej wokalistki joiku. Oboje malują obraz Finnmarku oraz problemów, z którymi zmagają się jego mieszkańcy – braku perspektyw i wizji zniknięcia takiej północy jaką znają. Do XIV wieku Saamowie zamieszkiwali znaczną część Skandynawii, prowadzili koczowniczy tryb życia i trudnili się tradycyjnymi zajęciami takimi jak myślistwo, rybołówstwo czy hodowla reniferów. Następnie zostali zepchnięci na daleką północ, zmuszeni do osiedlenia się i asymilacji z kulturą norweską. Podobnie jak inne rdzenne ludy doświadczające kolonializmu, Saamowie doświadczyli porwań dzieci i przymusowej nauki w szkołach z internatem a także sterylizacji w celu doprowadzania do „czystości rasowej”.
Sięgając po tą książkę, nie wiedziałam dokładnie, o czym będzie. Miałam ją w swojej biblioteczce, bo z całej Skandynawii, Norwegia interesuje mnie szczególnie mocno. Początkowo ciężko było mi wciągnąć się w jej treść, ale dość szybko połapałam się, w którym kierunku ten reportaż zmierza. Uważam, że porusza niesamowicie ważny temat, o którym przeciętna osoba nic nie wie. Z wielkim żalem czytałam o Saamach, którzy byli zmuszeni do wstydzenia się własnej kultury i pochodzenia. Bardzo poruszają mnie tematy kolonializmu, czy to w Amerykach, Afryce czy właśnie w Europie. Nigdy nie zrozumiem, jak można narzucać odmiennemu kulturalnie i religijnie ludowi swoich przekonań i uważać ten lud za gorszy, tylko dlatego, że jest odmienny. Jest to jedna z niesprawiedliwości na świecie, których nigdy nie pojmę. Jestem zdziwiona dość niskimi ocenami tego reportażu na Goodreads, zwłaszcza, że nie do końca jest jasne, co się czytelnikom nie podobało. Od siebie mogę powiedzieć, że książka mogłaby być dłuższa i zawierać więcej szczegółów, żeby poza perspektywą konkretnych osób, czytelnik mógł poznać więcej faktów historycznych. Mimo to, gorąco polecam ten reportaż, jeśli lubicie dowiadywać się mało znanych aspektów historii.