Ja nie będę recenzować, ja będę głównie fangirlować.
SPOILERY
Jestem pewien, że czarną czarownicą jest matka protagonistów. Zawsze tak jest w takich historiach. Dramaturgia by na tym zyskała i bardzo nie chcę, żeby to była Migrenowa Maggi, to by było tak z dupy. Poza tym, po coś ona przyjechała do Mariefred i nikt mi nie wmówi, że ona faktycznie przejmuje się losami swoich dzieci.
Pacingowo mi ciutkę ta książka nie gra. Nie ogarniam czemu te lekcje muszą się odbywać w czwartek, skoro na tych lekcjach Estrid (moja ulubiona postać) nie ćwiczyła żadnych bitewnych zaklęć.
Poza tym mamy to co zwykle i lubię najbardziej: dobre interakcje między postaciami, creepy elementy nadnaturalne, trochę magii typowej dla książek dziecięcych. Tym razem żaden z tych elementów nie wybił się bardziej na pierwszy plan, myślę, że Iris mogłaby ciutkę dłużej się droczyć z Magnarem, ale poza tym to nie mam zarzutów.
KONIEC SPOILERÓW
Im mniej Thomasa od techniki i więcej Estrid tym lepiej. 4,5/5 z zaokrągleniem do 5.