"W głowie się nie mieści" – tytuł dobrze podsumowuje niemal każdy aspekt tego komiksu, który nie bez powodu został włączony do owej "legendarnej kolekcji". Nie wiem, czy to fakt, że dotąd Fantastyczna Czwórka nie była odpowiednio do swojej historycznej rangi reprezentowana w wydawanych w Polsce komiksach, czy też to, że filmy ekranizujące dokonania "pierwszej rodziny Marvela" nie rezonowały szeroko ani też szczególnie pozytywnie – dla mnie sięgnięcie po tę historię było wkroczeniem na ziemię nieznaną.
Bodźcem ku temu, by wreszcie przeczytać ten komiks, był zwiastun nowego filmu, który może zmienić wszystko na lepsze albo pogrzebać tę rodzinę na wieki. Tak się akurat złożyło, że pierwszym komiksem, w którym zbliżyłem się do Fantastycznej Czwórki, był "Unthinkable" – coś, co wstrząsa posadami tej sfery uniwersum Marvela. Jego lektura okazała się dla mnie bodajże najbardziej traumatycznym marvelowym przeżyciem – choć wciąż dalekim od tego, co przeżywają jego bohaterowie.
Prolog rozkłada na łopatki – i zakładam, że nawet tym, którzy dobrze znają Victora von Dooma, sprawił, że zbierali szczęki z podłogi. A jest to jedynie czubek góry lodowej, z której spada lawina nieszczęść i bólu na rodzinę Reeda Richardsa.
Ten zaś będzie musiał stanąć przed dylematami, którym nauka i zdrowy rozsądek nie są w stanie sprostać – jedynie „odpięcie pasów” racjonalności i pragmatyzmu oraz rzucenie się w odmęt niepoznanego, nieokreślonego i absurdalnego pomogą uratować jego rodzinę i dzieci, poddawane torturom psychicznym i fizycznym, wyrafinowanym i niebezpiecznie zbliżającym się do granic tego, co dozwolone w tego typu literaturze.
Gdyby ktoś pytał – akcji nie zabraknie. To jeden z tych komiksów, które się przeżywa jak dobry dramat sensacyjny: dzieje się dużo, i dużo złego spotyka dobrych ludzi! Na koniec dobro wygrywa... ale to, co złego stało się po drodze, do końca będzie tkwić cierniem w skażonych nim duszach, sercach, a nawet manifestować się w fizycznych ranach.
Co najbardziej lubię w tym komiksie? Prolog – który zaskakuje, bo Doom, równie obcy dla mnie jak Thanos przed "Infinity War", dokonuje moralnie sprzecznych wyborów. I epilog – Ben Grimm, którego postać kojarzyła mi się dotąd tylko z „It's clobberin’ time”, w kilkunastokadrowym słowotoku wzrusza do granic, a w zasadzie torpeduje, a potem definiuje na nowo odpowiedzialne rodzicielstwo (że pominę to, iż odsłania więcej warstw, niż ma ich skorupa Ziemi).
Genialny komiks!