Mam mocno mieszane uczucia do tej pozycji. Z jednej strony nie mogę nie powinienem winić omawianej pozycji, za to że w hołdzie Jimowi Lee zebrano kilka pozycji z jego kreską do kupy w ramach jednej serii, w tym przypadku serii Uncanny X-men. Z drugiej zaś strony... co to było?
Powinienem być przecież wdzięczny Egmontowi, że wydaje już takie "starocie" na mój rodzimy rynek, ale z drugiej strony aż za dużo pachniało tutaj naftaliną. Bo jeżeli miałeś kontakt z jakimiś komiksami już z czasów dzieciństwa, a masz na karku około 35 lat, to... powinieneś być uradowany i upuszczać łezki z tzw. sentymentu. Z drugiej zaś strony młodszy czytelnik lub taki który się "nie bawił" w komiksy może zobaczyć jak to kiedyś wyglądało i albo się zakochać, albo...
No nie. O ile jeszcze rysunki miały coś w sobie uroku i można delektować się tym jak to kiedyś robiono, to fabuła była dla mnie tak archaiczna, tak zapychająca miejsce. Miejscami angażująca, ale z drugiej strony... to tzw. pulpa. Akcja dla samej akcji, bez głębszej fabuły. Rozwoju postaci. I do tego chaotyczna, bowiem nie ma tu zeszytów w odpowiedniej chronologii. Lee rysował bowiem tylko niektóre komiksy, w dodatku część z tych zeszytów co mogła być tu zawarta wchodzi w skład jednego eventu, gdzie w zabawę miesza się inny zespół X-men jak i Cable ze spółką.
I to czuć. Naprawdę frajdę zacząłem odczuwać dopiero pod koniec. Przy zeszytach #273-277, gdzie Magneto na spółę z Rudą i Nickiem Fury toczą walki w Savage landzie z niejaką Zaladane, kobietą posiadającą moce zbliżone do mistrza magnetyzmu. To jedna linia czasowa, bowiem w drugiej X-men udają się w kosmos, by toczyć boje z Starmjammers, imperium Shi'ar i samym... Profesorem X? Stawką tron imperium, więc gra jest warta świeczki. Oba te wątki mają zaskakujące fabularnie zakończenia, które przypadły mi do gustu. Reszta zaprezentowanych nam zeszytów już nie bardzo.
Od biedy można przetrawić historię z Wolverine'm, Kapitanem Ameryką i młodą Czarną Wdową w tle, ale już rozgrywki Mandaryna, który bawił się i Rosomakiem i Psylocke wydawały mi się czerstwe. Ale to ja. Reszta może odebrać je inaczej. Mi zwyczajnie wydawały się za archaiczne. Tym bardziej, że nawet uzupełnienie sobie materiału źródłowego o zeszyty w języku angielskim w obiorze całości wcale mi nie pomogły. Takie słabe 3/5. Wolałbym ,aby wydawca prezentował nam coś co ma jakąś ciągłość fabularną...