„Nalot na Halberstadt…” Alexandra Kluge to jedna z najciekawszych książek, jaką w tym roku przeczytałem. To mieszanka „niemożliwego do rozplątania”, jak pisze w posłowiu książki Arkadiusz Żychliński, „splotu fikcji i faktów”, czyli faction. Bardzo lubię taką literaturę z pogranicza.
Ale zanim przejdę do formy, wyjaśnię o czym jest ta książka. Bo również ze względu na treść „Nalot na Halberstadt…” jest bardzo interesujący.
Cztery tygodnie przed zakończeniem II wojny światowej alianci bombardują pozbawione strategicznego znaczenia niewielkie miasto w Niemczech - Halberstadt. Mieli zbombardować inne, większe i ważniejsze, ale zmieniała się pogoda. Ginie dwa i pół tysiąca ludzi, a 25 tys. zostaje bez dachu nad głową. Świadkiem nalotu jest młody Alexander Kluge.
Po latach w „Nalocie na Halberstadt…” Kluge wraca do wydarzeń z 1945 roku. Służą mu one jednak nie do wspomnień, ale do budowy uniwersalnej opowieści o przemyśle śmierci i jej ofiarach.
Kluge odwraca perspektywę, pokazuje Niemców w roli ofiar, a aliantów jako inżynierów śmierci. Słowo inżynier jest tutaj chyba najtrafniejsze, bo oprócz tego, że Kluge pisze lotnikach, którzy bezpośrednio zrzucali bomby na Halberstadt, dużo więcej miejsca poświęca stworzonej przez aliantów machinie wojennej, za sprawą której mordowano ludzi na przemysłową skalę. Machina ta była w każdym szczególe przemyślana, zaprojektowana i w razie potrzeb modernizowana (przerażający w swojej surowości jest opis metod bombardowania miast przedstawiany w książce). I tu znów mamy kolejne odwrócenie perspektywy. Jeśli myślimy o mordach na masową skalę, przed oczami staje nam najczęściej sieć nazistowskich obozów zagłady. Tymczasem Kluge zwraca uwagę, że w innej formie, ale istniała ona również po stronie aliantów. A ludność Halberstadt była jej ofiarą.
I tu od razu musimy przejść do formy. Kluge pisze o tych wszystkich sprawach, rezygnując całkowicie z komentarza. Relacjonując wydarzenie lub przedstawiając fakty. Nie bawi się w retorykę, nie wylicza argumentów. Tworzy za to bardzo ciekawy kolaż złożony z relacji, raportów, wywiadów, a także zdjęć, rysunków i grafik, które nie są tylko dodatkiem, ale stanowią integralną część treści książki.
Dzięki tym nietypowym zestawieniom, cięciom i sklejeniom w nieoczywistych momentach, doborze różnej tematyki tekstów (od przedstawienia przebiegu bombardowania przez opis budowy pocisków i szyku bojowego samolotów po wiersze lub cytaty poetów i filozofów) Kluge osiąga bardzo ciekawy efekt: udaje mu się zwrócić uwagę czytelnika na nieoczywiste szczegóły i analogie, a dzięki temu wyprowadzić jego tok myślenia poza szablony.
Za pomocą tego rodzaju zróżnicowanych treści Kluge, wychodząc od bombardowania z 8 kwietnia 1945 roku, prowokuje refleksje na temat ewolucji wojny i przemysłowej skali zabijania, a także na temat niespotykanego do tej pory odrealnienia zabijania i odczłowieczenia ofiar tego przemysłu.
Jest to refleksja niezwykle współczesna. Dziś, za sprawą dronów i innych coraz dokładniejszych rodzajów broni, zabijanie robi się jeszcze bardziej wirtualne. Lotnicy nad Halberstadt nie widzieli swoich ofiar, byli zawieszeni zbyt wysoko na niebie. Dziś operator drona działającego na przykład na bliskim wschodzi, może siedzieć w za biurkiem w wojskowej bazie oddalonej od celu o tysiące kilometrów. Taki sposób zabijania przypomina bardziej grę komputerową niż rzeczywistość. Taka sytuacja to przykład skrajnego odrealnienia zabijania.
A jeśli chodzi o ten „niemożliwego do rozplątania”, jak pisze w posłowiu Arkadiusz Żychliński, „splotu fikcji i faktów”, to mam z nim o tyle problem, że trudno mi w tekście „Nalotu…” wytropić możliwe zmyślenia. Czy jednak jest sens ich szukać?
Żychliński cytuje wypowiedź Aleksandra Kluge z jednego z wywiadów: „Prawie niczego nie wymyśliłem, ale nie wszystko, co znajduje się w cudzysłowie, jest rzeczywiście cytatem. Może pan nawet wyjść od czegoś takiego: im bardziej prawdopodobne coś się panu wydaje, tym podejrzliwiej należy to traktować. Zawsze zachowuję się realistycznie, jako że jednak uważam realność czy rzeczywistość za największą oszustkę, nasze pomyłki bywają dla mnie dokładniejszymi świadectwami niż tak zwane >>facts<<”.
Czyli musimy zgodzić się na ten rozkrok: nie fiction, nie facts, tylko faction. Nota bene już to przerabialiśmy. Podobną książką, którą można określić mianem faction, był „Rejwach” Mikołaja Grynberga.