Coraz częściej sięgam po polecenia zaufanych mi osób zupełnie bez czytania opisu książki. I tak było w przypadku "Dwóch niedźwiedzic", które kupiłam po tym, jak zobaczyłam na stories @juztlumacze Elę przytulającą "Rosyjski romans" tegoż autora. Pamiętam, jak dziewczyny w swoim podkaście rozmawiały o "Dwóch niedźwiedzicach" i postanowiłam pójść za ciosem i zamówić obie książki. I to była najlepsza decyzja, bo "Dwie niedźwiedzicie" okazały się pierwszą od bardzo dawna książką, do której miałam ochotę wejść i zareagować na dziejące się tam rzeczy. Naprawdę dawno żadna książka mnie tak nie wytrąciła z równowagi, bym ostatnie 100 stron czytała bez mrugnięcia okiem, z szybko bijącym sercem i rosnącą gulą w gardle. I dziwne to jest, bo czytając te najmocniejsze (dla mnie) fragmenty mówiłam sobie w głowie "ooo niee, niee, nie cierpię tej książki", podczas gdy wcześniej już planowałam ocenić ją na 5/5 (albo przynajmniej w większości 4/5), a końcówka tak mnie zaskoczyła i tak bardzo emocjonalnie na mnie wpłynęła, że byłam w rozsypce. Mimo że dzieją się tam rzeczy, o których nie chciałam czytać, to finalnie składają się na naprawdę rewelacyjną książkę.
"Dwie niedźwiedzice" to piękna, poruszająca opowieść rodzinna, snuta z perspektywy kobiety, o zdradzie, o zemście, o pasji, miłości (wielu odcieniach miłości), pokucie. Zadziwia mnie to, że mężczyźni podejmują się w literaturze kobiecej perspektywy. I jeszcze bardziej zadziwia mnie to, gdy tę perspektywę czują i odpowiednio przelewają na papier. Bo "Dwie..." czyta się tak, jakby słuchało się kobiety. Jakby Ruta mówiła do nas. Ruta opowiada swoją historię: historię swojego małżeństwa, męża, który jest jednocześnie jej pierwszym i drugim mężem, tego, co spowodowało zmianę w jego zachowaniu, a w końcu historię swojego dziadka. To opowieść o niewielkim moszawie, trzech pokoleniach rodziny Tawori i wszystkich namiętnościach, jakie nimi władały i do jakich działań ich popchnęły.
Ale "Dwie..." oprócz świetnej, wciągającej i trzymającej w napięciu fabuły, ma też piękny język. Pojawiają się zdania, opisy pewnych sytuacji, przemyślenia bohaterek, które pozwalają mi je odnieść do własnego życia, ubierają w słowa moje przemyślenia, to, co od dawna we mnie siedzi lub to, czego sama nie umiałam nazwać. To niekoniecznie znaczące dla fabuły fragmenty, ale tworzą one ogólną całość, bliskość sposobu myślenia, bliskość literatury, która pokazuje, że ktoś inny też o tym myśli, że ktoś inny też się z tym zmaga, mimo że większość czytelników/czytelniczek na te fragmenty pewnie uwagi nie zwróci. Albo zwróci na zupełnie inne fragmenty. Dla mnie mogą to być zdania z tej książki, a dla innych zdania z książki dla mnie obojętnej. Te mikrotreści, które w tę historię wplata izraelski pisarz, Meir Shalev, absolutnie mnie poruszyły, dotknęły tych strun, których drgań oczekuję w trakcie czytania.
Widziałam, że już niektórzy z mojego polecenia tę książkę kupili i niezmiernie się cieszę i mam nadzieję, że będziecie przynajmniej w połowie tak zachwyceni jak ja.