Jacek Hugo-Bader przejechał kawał świata, spotkał fascynujących ludzi, ale dopiero teraz opowiada o swojej najpoważniejszej wyprawie, największym wyzwaniu. Kreśli historię polskiej opozycji przez losy tych, którzy ją tworzyli - Kolumbów rocznik 50. - swoich, jak mówi, najbliższych, sióstr i braci. Co zrobili ze swoim niezwykłym życiem dawni konspiratorzy, których bronią były papier, farba drukarska i powielacze? Żałują, że to nie były karabiny?
„Jedni koledzy w wolnej Polsce błyszczą w polityce, inni robią fortuny, jeszcze inni nie mają co jeść. Wielu robi mniej lub bardziej czyste interesy. Parę osób idzie na emerytury, parę - do kryminału. Raz - za coś, raz - za nic. Parę osób już wie, że zmarnowało życie, zmitrężyli, przebarłożyli dwadzieścia sześć lat, paru chłopaków i parę dziewczyn uważa, że walka o wolność dopiero się zaczyna. Kilkoro kolegów umiera, kilkoro się rozpija, kilkoro rozwodzi, a kilkoro leczy depresję. Niektórzy robili w życiu rzeczy straszne...”
Polski dziennikarz i reportażysta, od 1990 związany z "Gazetą Wyborczą". Pracował jako nauczyciel, pedagog szkolny i socjoterapeuta, a także jako ładowacz na kolei, wagowy w punkcie skupu trzody chlewnej, właściciel firmy kolportażowej i sprzedawca w sklepie spożywczym. Reportaż Hugo-Badera zamieszczony w Wysokich Obcasach stał się inspiracją dla autorów scenariusza filmu Plac Zbawiciela. Został dwukrotnie nagrodzony nagrodą Grand Press (1999, 2003).
Do Jacka Hugo-Badera odnoszę się zawsze z pewną dozą nostalgii. Jego "Dzienniki kołymskie" były tak naprawdę pierwszym "prawdziwym" reportażem jaki przeczytałem. Potem poszło już z górki - kolejne książki tego autora, potem twórczość innych reporterów. Od tamtej lektury minęło trochę czasu, moja reportażowa biblioteczka nieco się rozrosła, ale sentyment do pana Jacka pozostał. Jest on zresztą poparty jakością książek - "Biała gorączka" to już chyba klasyka, a "Długi list o miłości" czy wspomniane wyżej "Dzienniki kołymskie" w mojej opinii ocierają się o doskonałość. Hugo-Bader jak mało kto potrafi wciągnąć odbiorcę w swoją opowieść, zainteresować najdrobniejszym detalem. W swoim stylu wprowadza przaśność na salony, ujmuje swojskością nawet przy opisywaniu spraw najwyższej wagi. Zero nadęcia i przynudzania. Czytając jego reportaże czytelnik czuje się jakby spotykał dawno niewidzianego kumpla, żeby przy butelce wódki wysłuchać anegdot z dalekich, egzotycznych podróży. Nic więc dziwnego, że na "Skuchę" czekałem z niecierpliwością. Było to uczucie tym bardziej dokuczliwe, iż fragmenty czytałem na długo przed premierą, wydanie zapowiadane było już od dłuższego czasu. Na półkach jednak nie było żadnego śladu po książce. W końcu jednak egzemplarz w wersji elektronicznej trafił w moje ręce i mogę bez przeszkód zacząć chwalić.
Ale jest skucha, bo nie będę. Przynajmniej nie na początku.
Z założenia jest to książka o kolegach Hugo-Badera z czasów działalności w solidarnościowym podziemiu w latach 80-tych. Reporter odnajduje dawnych towarzyszy, spisuje ich wspomnienia i sprawdza, jak potoczyły się ich losy w nowej, postsocjalistycznej Polsce. W tym celu wędruje i rozmawia, starając się nakreślić jak najszczerszy obraz tych "Kolumbów rocznika 80". I chociaż w teorii wszystko brzmi pięknie, to jak to często bywa - w praktyce wychodzi troszkę gorzej. Myślę, że najlepiej opiszę tę książkę odwołując się do mojej metafory o znajomym i wódce. Do tej pory było tak: przychodzicie ze znajomym do knajpy, zamawiacie flaszkę, gawędzicie sobie i z wielką przyjemnością spędzacie wspólnie wieczór. Ale pewnego dnia przychodzicie na spotkanie nieco spóźnieni. Wasz kumpel tymczasem natknął się na starych znajomych i zebrało im się na wspominki. Dosiadacie się więc i próbujecie włączyć się de rozmowy, ale nikogo tak naprawdę nie znacie, więc ciężko wam nadążyć za anegdotami. W dodatku wszyscy mówią naraz, przekrzykują się nawzajem i jest wam coraz ciężej cokolwiek zrozumieć. Co gorsza wasi rozmówcy zaczęli pić na długo przed wami, trochę już więc bełkoczą i często gubią wątek. Kiedy w końcu zaczynacie orientować się w rozmowie i autentycznie w nią angażować wszyscy nagle się zmywają, na domiar złego zostawiając was z rachunkiem. I tak właśnie w przybliżeniu wyglądała moja relacja ze "Skuchą". Już na starcie zasypała mnie lawina nazwisk, dat i miejsc, która sprawiła że kompletnie się pogubiłem. Liczba bohaterów, ich rodziców, rodzeństwa a także byłych i obecnych partnerów rośnie w zastraszającym tempie. Skromne dramatis personae zamieszczone we wstępie wydaje się być w tym wypadku raczej kpiną z czytelnika niż realną pomocą. Przyznaję, że może to wynikać z mojej ignorancji. Urodziłem się i wychowałem w czasach gdy mit "Solidarności" zdążył się na tyle zdewaluować, że nazwa tej organizacji mogłaby równie dobrze służyć za inwektyw. Nie jestem w pełni zaznajomiony z historią tego okresu, nie wszystkie nazwiska działaczy są mi znane. Tym bardziej liczyłem więc na to, że "Skucha" nieco przybliży mi ten temat. Nie udało się - przez większość czasu czułem się wykluczony z tej historii. Autor lubi też eksperymentować w formą - znienacka zmienia temat albo bohatera, przeskakuje z miejsca do miejsca, straszliwie to wszystko plącząc. Prowadzi też przy tym swoisty dialog z czytelnikiem - pełno jest więc w książce wstawek w stylu "ale o tym napiszę później", czy "tutaj to zostawmy, wrócimy w dalszej części". Przez to książka sprawia wrażenie poskładanej bezładnie do kupy z mnóstwa wymieszanych ze sobą fragmentów starych notatek, które nie zawsze do siebie pasują. Doceniam chęć eksperymentowania, próbę przełamania pewnego schematu, wyrwania się z rutyny takiej literatury. Osobiście jednak wolałbym nieco bardziej klasyczną, poukładaną logicznie i chronologicznie narrację.
Dużo narzekam, a w sumie tak naprawdę to wcale nie chcę. Bo to w zasadzie nie jest zła książka. Tylko trzeba się przyzwyczaić do panującego w niej chaosu. No i do faktu, że autor lubi sobie od czasu do czasu odpłynąć w świat swoich przemyśleń, z których nie zawsze (jak w przypadku rozważań na temat psiego gówna) coś sensownego wynika. Jeśli sobie to wszystko poukładać, to z zamętu wyłania się interesująca, pełna pasji historia o ludziach. Nie tylko o tych z "Solidarności", także o ich rodzinach i znajomych. To nie laurka - Hugo-Bader swoich kolegów portretuje szczerze jak tylko potrafi. Jego rozmówcy to ludzie z krwi i kości - chleją, obrażają się nawzajem i nie żałują dosadnych słów. Dzięki temu nawet jeśli ich historie nie są zawsze szczęśliwe, z satysfakcjonującym zakończeniem, to sprawiają wrażenie autentycznych. Losy bohaterów tej książki układają się różnie, uświadamiają nam radości i rozczarowania życia w realiach nowej Polski, o którą z takim zawzięciem walczyli. Pan Jacek w swoim stylu - bez nadęcia i patosu - pokazuje czytelnikowi blaski i cienie życia. Zarówno wtedy, za komuny, jak i teraz, kiedy się tej komuny wreszcie pozbyliśmy. I za to należą mu się brawa.
Jestem skonfliktowany w ocenie tej książki. Myślę, że autor napisał ją bardziej dla siebie i swoich kolegów niż dla mnie - zwykłego czytelnika. Hugo-Bader chce w niej ocalić od zapomnienia ludzi, którzy mieli odwagę trzymać się swoich przekonań bez względu na okoliczności. Nie zawsze przy tym otrzymując nagrodę współmierną do poniesionego ryzyka, a czasem nawet nie otrzymując jej wcale. I ja to szanuję, bo wiem, że to są historię zasługujące na to, żeby o nich pamiętać. Ale jednak rozgardiasz panujący na kartach tego reportażu sprawia, że trudno jest mi stawiać go na równi z poprzednimi, w mojej opinii lepszymi dziełami tego autora. Może gdyby ta książka nie powstawała na przestrzeni ponad dwudziestu lat, ze zlepków wywiadów, notatek i reportaży byłaby bardziej spójna, lepiej by na mnie oddziaływała? Nie wiem. Wiem jednak, że wspomniany już przeze mnie sentyment do autora sprawił, że oczekiwałem od niego jednak trochę więcej.
P.S. Panie H-B, jeżeli jakimś nieprawdopodobnym zbiegiem okoliczności zdarzy się panu przeczytać tę recenzję (w co wątpię) to bardzo Pana proszę - niech Pan nie ma do mnie żalu. I tak już dawno temu postanowiłem, że kiedy okoliczności pozwolą mi w przyszłości mieć kolejnego psa, to dam mu na imię Jacek. Na Pana cześć.
Zwykle jestem pierwszą osobą do krytykowania "Polskiej Szkoły Reportażu", tego słownego napuszenia, efekciarstwa i swobodnego stosunku do faktów. A Jacek Hugo-Bader ma na koncie wiele przewin, które poważnie nadwyrężyły zaufanie do całego gatunku.
Rzecz w tym, że akurat tutaj ta forma pasuje. Nie da się przecież przedstawić obiektywnej prawdy na temat lustracji czy polityki. Zdrada i walka o władzę to najbardziej subiektywne pojęcia w historii ludzkości.
Biografie osób z tamtej Solidarności też są rozgrzebane, rozdygotane, zwichrowane. Tak się złożyło, że "Skucha" wypełniona jest historiami fascynujących osób, które nie zupełnie nie potrafiły sobie poradzić w Wolnej Polsce. Wciąż brakowało im wrażeń, ambicji, ucieczki od zwykłego życia. Mam nadzieję, że jest im lepiej, że to tylko kolejne z literackich wyolbrzymień autora.
Pomysł na książkę świetny, i potrzebny. Realizacja niestety nie satysfakcjonuje w pełni. Dla mnie w książce jest za dużo autora, jego skupienia na własnych rozważaniach, doświadczeniach, roli rozmówcy. Raził mnie również barokowy momentami język, gdzie dbałość o sążnistą metaforę dominowała nad historią. Bardzo skomplikowana struktura książki: z porzucaniem bohaterek_ów w połowie wydarzeń, powrotem za kilkadziesiąt stron, skupienia na paru nazwiskach i dodaniem strzępów o innych, powoduje, że ciężko podążać ścieżką konkretnych biografii i wszystko się miesza. Dla mnie osobiście, niektóre historie, biorąc pod uwagę założenia reportażu, były zbyt intymne, zbyt grzebiące w trudnych doświadczeniach, zbyt uwłaczające dla bohaterek_ów. Przez to nagromadzenie metafor, wydumanej struktury i niepotrzebnych wtrąceń i anegdot zastanawiam się na ile to reportaż, a na ile literatura oparta na faktach. Nie do końca wierzę autorowi.
Skucha, redakcyjna przede wszystkim. Dziwnie, że Hugo-Badet tak ułożył tę książkę i że redaktor mu na to pozwolił. Miała swoje momenty, bardzo szybko się czytała.
Bywa ciekawe, krótkie rozdziały wprowadzają dynamikę ale… może to ta różnica pokoleń, jednak w wielu miejscach mam wrażenie że odczytuję romantyzowanie alkoholizmu i patriarchatu.
A story how independent Poland didn't meet dreams and expectations of many people fighting for it. Hits you hard and repeatedly. The multitude of facts overwhelmed me quickly and soon after starting reading I couldn't tell which Ewa is which, nor connect the dots in some of the stories. This is not the point though. The point is that with very few exceptions all the stories sound the same. Anger, pain and resentment are layered on top of each other; all often sprinkled with alcohol and spiced with hatred.
One star less because of the dog shit chapter - why, oh why??
Nie lubię maniery Hugo-Badera, chyba w ogóle jest dla mnie jakiś śliski. Zawsze mam wrażenie, że swoich bohaterów zywczajnie dość paskudnie wykorzystuje. Tutaj też miałem takie wrażenie. Ale i tak z uwagi na historię jaką opowiada, jest to rzecz warta polecenia. (Chociąż JHB tutaj wyjątkowo nieznośnie jest zanierowany)
Po książki tego autora sięgam bez namysłu...i tym razem się nie zawiodłam. I choć bardzo trudna, myślę że jest to jedna z ważniejszych rzeczy jakie Bader do tej pory napisał.
To be honest, I struggled a bit with this book. I put it down and came back again several times. It is definitely something different, to which Mr. Jacek has already accustomed me.