To wstrząsający zapis rozbudowanego systemu oszustwa, którego ofiarą może paść każdy z nas. Dziesiątki rozmów z pracownikami największych polskich banków, firm ubezpieczeniowych, z doradcami finansowymi. Wszyscy oni przyznają: naszym zadaniem jest wcisnąć klientowi najbardziej niekorzystny kredyt, polisę, na której straci oszczędności. Im bardziej traci klient, tym więcej my zarabiamy.
Polski dziennikarz, korespondent „Rzeczpospolitej” w Moskwie w latach 2003–2006, od 2006 do 2009 szef działu śledczego „Dziennika”. W latach 2013–2017 członek redakcji „Tygodnika Powszechnego”. Od stycznia 2017 dziennikarz „Newsweek Polska”. W lutym 2019 przeszedł do tygodnika „Polityka”, gdzie został szefem działu krajowego. Był między innymi na wojnie w Gruzji i na Ukrainie.
Miesiąc temu spieniężyłem dokładnie taką polisolokatę, o jakiej często wspomina się w “Chciwości”. Przyznam, że bałem się nawet zerknąć w dokumenty, bo o agencie, który spisał ze mną umowę, dobrym znajomym, usłyszałem później, że “własną matkę sprzedałby, żeby podpisać”. Bałem się też, bo znalazłem w sieci opowieść właściciela takiej samej polisolokaty. Przez dziesięć lat płacił co miesiąc, na początku tysiąc, na końcu 1400 zł (stawka powoli wzrastała). Kiedy postanowił rozwiązać umowę, okazało się, że wypłacą mu... dziesięć tysięcy złotych. Ja nie wpłacałem aż tyle, za to moja umowa trwała piętnaście lat.
Los (i znajomy) był dla mnie łaskawszy. Okazało się, że odzyskam ok. jedną trzecią wpłaconych pieniędzy. Za to dowiedziałem się też, że duża część składki szła na kompletnie bezwartościowe ubezpieczenie, za którego wciśnięcie znajomy dostał pewnie tłustą prowizję.
Albo taka historia: jest rok 2007, chcę wziąć kredyt na samochód. Ląduję na zapleczu oddziału banku w Śródmieściu, w jakimś pokoiku z lamperią, starymi komputerami i ustawionymi pod ścianami odrapanymi stolikami wyglądającymi na szkolne ławki. Agentka każe mi spisać nazwy firm, z którymi współpracuje moja agencja, wychodzi gdzieś i wraca z informacją, że przyznano mi odnawialną linię kredytową w wysokości piętnastokrotnie przewyższającej wnioskowaną przeze mnie wysokość kredytu. Wciska mi jeszcze kartę kredytową - kiedy odmawiam, tupie gniewnie nóżką (serio!) i tak patrzy, że w końcu się zgadzam, biorę kartę z jakimś minimalnym limitem zadłużenia. Nie będę z niej nigdy korzystał, za to bank będzie mi o niej przypominał co rok, kiedy jak zwykle zapomnę zapłacić kilkanaście złotych opłaty rocznej. Będą do mnie dzwonić i straszyć wpisaniem do Krajowego Rejestru Dłużników. Z “Chciwości” dowiaduję się, że za prowizję z tego cyrku agentka mogła spokojnie przeżyć miesiąc. Mam jednak lekką satysfakcję - ta linia kredytowa jest naprawdę zajebista, ratuje mnie po wielekroć z kłopotów finansowych i jest nisko oprocentowana. Kiedy mój bank, z Polską w nazwie, przejmują od Greków Niemcy, przedstawiciele nowych właścicieli zaczynają do mnie regularnie wydzwaniać z pytaniem, czy nie chciałbym może zlikwidować tego kredytu, a kiedy odmawiam, bardzo im przykro.
Albo ta akcja z kredytem we frankach… Nie, to wszyscy znają, dużo dziś mądrych ludzi, którzy lubią przypominać, że i na początku wieku pojawiały się informacje o ryzyku i “trzeba było czytać”, a pomijają eleganckim milczeniem reklamową histerię i zgodny ton wszystkich medialnych ekspertów, w tym np. obecnego przywódcy popularnej liberalnej partii politycznej, że kredyt we frankach to najfajniusieńsza ze wszystkich fajniuśkich inwestycji.
“Chciwość” jest o tych wszystkich historiach, tylko widzianych z drugiej strony okienka. O wysokich prowizjach za wepchnięcie produktu, tym wyższych, im bardziej bezwartościowa była to umowa. O naciąganiu znajomych z liceum, z rodziny, sąsiadów (przez książkę przewija się opowieść, że kiedy boom minął, niektórzy bali się wracać do swoich miasteczek - nie tylko ze wstydu, że stracili dobrą posadę, ale i ze strachu przed przyjaciółmi, których naciągnęli).
Ale wiecie, co jest w tej książce najgorsze? Najgorsze są fragmenty motywacyjnych e-mailów. To się czyta najboleśniej. Korporacyjna nowomowa z totalną pogardą dla interpunkcji, prymitywnymi zdaniami i przesadnym entuzjazmem wyrzezanym na treningach motywacyjnych. Uśmiechnięte buźki, zdrobnionka, wykrzykniki, knajackie poganianie i zachęty (“Beczki już się chłodzą :-) A wszystkim, którzy w tym tygodniu sprzedadzą REGSA – wódeczka przy barze :-)”). Materiały szkoleniowe pisane przez troglodytów. Scenariusze rozmów z klientem rodem z telenowel.
"Mail motywujący na początek dnia: Temat: Tylko od ciebie, doradco, zależy, ile zarobisz – a możesz zarobić kupę kasy. Treść: Moi drodzy, na ożywienie w dniu dzisiejszym mam megabombę, która powinna obudzić wszystkich finansowych i spowodować, iż intensywność Waszych działań wzrośnie skokowo, bo to się Wam bardzo opłaci. A oto i wjeżdża BOMBA!! [zdjęcie bomby atomowej]. Na ostatni kwartał tego roku dostajecie możliwość skorzystania z braku opłaty marketingowych za klientów z CC!!! Zacisnąć pośladki, wziąć się w garść i być bardziej agresywnym w obsłudze klienta z marketingu, ale również w pozyskiwaniu pośredników, którzy będą naganiać wam klientów kredytowych z zewnątrz. (…) Mam nadzieję, że teraz pełni werwy grzejecie telefony w dłoni i szukacie kolejnych kredytów, bo jest biznes do zrobienia i kasa do zarobienia. W razie pytań piszcie śmiało".
"Nowy tydzień, nowe wyzwania! Potrzebujemy co najmniej 10 000 000 mln. WSZYSTKIE ręce na pokładzie szukają produkcji. Pierwsze 6 osób, które sprzeda regsa z IKE, otrzymuje buteleczkę scotch whisky. Otwieram listę. Już grzeją się telefony… Pamiętacie akcję IKE w zeszłym roku???? Ile zarobiliśmy kasy???? Powtórzmy to!!!"
Nie do końca się zgodzę z tym, co gdzieś przeczytałam - jakoby z "Chciwości" wyciągnąć można było jeden wniosek, wiadomo jaki: no co za złe banki. Myślę, że dokładniej podsumowuje wszystko ostatnia rozmowa Reszki, z tym facetem od Dzieci Hossy, a konkretnie to, co Reszka mówi: że to książka o ludziach bardziej, niż o bankowości. Że niektórzy sprzedawcy to łachy, owszem, ale i klienci czasami precyzyjnie wycinali po konturach te kawałki rzeczywistości, które mogłyby im nie pasować. Uogólniając: że to jest jednak dalece bardziej skomplikowane, jak to często bywa.
Dobrze napisana, ale podła w treści. Socrealistyczna w stylu, korpokapitalistyczna w antyprzesłaniu. Przeczytałem z donkiszotowego obowiązku. Z prezentowanymi postawami starałem się walczyć na co dzień. Klienci banków powinni przeczytać ją by wiedzieć, czego mogą się spodziewać. Bankowcy, by mieć narzędzie do zmiany. Kwartalna krótkowzroczność powoduje ślepotę w długim okresie. Czytajcie by nie wciskać kitu albo by nie dać sobie kitu wcisnąć.
Pięć gwiazdek za mozolną dziennikarską pracę, za odwagę, umiejętność przekonywania do pokonania bariery niepewności, a nawet strachu. Za spisanie tej relacji językiem, który da się zjeść. Ta dziennikarska relacja powinna stać się obowiązkową lekturą dla wszystkich naiwnych, przestrogą, bo jeśli coś jest komponowane zbyt nachalnie, zapisywane zbyt małymi literkami, a łączność mamy raczej telefoniczną, to coś jest na rzeczy, coś nie gra. Nie dajmy się oszukiwać i naciągać.
Paweł Reszka, znany większości przede wszystkim z publikacji "Mali Bogowie" wziął tej książce na tapetę wielkie firmy i ujawnia metody manipulacji jakimi posługują się one żeby kantować zarówno szaraków jak i wielkie szychy.
"Chciwość" nie jest książką tak mocno uderzającą po emocjach jak wspomniani "Mali Bogowie", co nie znaczy że nie wzbudza złości czy też nawet gniewu. Chciałoby się wręcz momentami jak za młodzieńczych czasów zakrzyknąć "Fuck the system!". Kto z nas bowiem nie dał się ani razu złapać na handlowe sztuczki osób wciskających nam lokatę, polisę czy może kredyt bądź pożyczkę. Sam przejechałem się na polisolokacie i grono moich znajomych również się na niej wyłożyło niczym na skórce od banana. Na całe szczęście nie połasiłem się na kredyt we frankach, bo po książce Pawła Reszki mam teraz pojęcie o tym co się stało, że tyle ludzi wzięło kredyt właśnie w tej walucie i ku mojemu zdziwieniu nie była to tylko kwestia hazardowej kalkulacji. Już od początku książki, co osobiście bardzo mi się podoba, autor zaznacza że tytułowa chciwość która podtrzymuje patologie w systemie nie leży tylko po stronie banków, funduszy i firm ubezpieczeniowych ale jest też udziałem ich ofiar bo przecież do tanga trzeba dwojga. To bardzo ważne założenie, gdyż nie bardzo rozumiem narracji gdzie wielkie korporacje to rekiny, a ich klienci to niczego nieświadome ofiary. Wiedza i jeszcze raz wiedza! Dlatego właśnie należy sięgać po książki takie jak ta, żeby potem nie dać robić się w konia. Co najważniejsze jednak, trzeba nauczyć się wyciągać wnioski.
Kiedy śledzimy kolejne rozmowy przeprowadzane przez Pawła Reszkę z jednej strony wkurzamy się na manipulacje i sztuczki stosowane przez handlowców, a z drugiej strony można się momentami śmiać z nas (klientów) samych, że na takowe wałki się łapiemy. Okazuje się, że wystarczy towar ładnie opakować, poświecić eleganckim zegarkiem, przyszpanować eleganckim garniturem i klient kupuje na pniu produkt o którym nie ma zielonego pojęcia. Mało tego zdarza się, że handlowiec za pomocą prostych sztuczek jest w stanie opchnąć towar o którym sam nie ma bladego pojęcia. Co to mówi o nas samych? Choćby to, że żyjemy w czasach gdzie potrzeby można sztucznie generować, że często brakuje nam cierpliwości i wszystko musimy mieć już teraz zaraz, że zanika gdzieś zdolność samodzielnego myślenia i można nas łatwo złapać w pułapkę łatwego zysku. Tutaj właśnie główną rolę odgrywa tytułowa chciwość, z tym że tak samo chciwi są handlowcy wciskający ryzykowne, bądź nawet trefne instrumenty finansowe jak i duża część ich klientów, którzy w pogoni za łatwą i szybką kasą tracą czujność. Wszelkie oskarżenia, co do tego iż to system się zdegenerował muszą wziąć pod uwagę, że by ten system funkcjonował to do tanga trzeba dwojga.
Uwielbiam reportaże Pawła Reszki przede wszystkim za to, że jak mało komu udaje się mu pozostać w swych książkach bezstronnym i pomimo tego że sięga po chwytliwe tematy ( "Chciwość" przecież powstała na zamówienie wydawnictwa) to za każdym razem dąży do demaskowania człowieka. Bada on nasze popędy i motywacje, sięga w głąb nas samych i wyciąga na światło dzienne to czego często najbardziej się wstydzimy. Pomimo, iż często są to prawdy niewygodne i takie które chcielibyśmy jednak zostawić w ukryciu, to Paweł Reszka zdaje się nie oceniać i kwestie tejże oceny pozostawia już nam samym. Choćby z tych względów warto sięgnąć po "Chciwość". Może nie jest to książka tak świetna jak "Mali Bogowie", ale bardzo dobra i mogę z czystym sercem ją polecić.
Czytadło, ale łatwe w odbiorze. Opis mechanizmów naciągania klientów na kredyty, polisy, ubezpieczenia i grę na giełdzie w znaczone papiery. Chciwość po obu stronach, a teraz krzyk rozpaczy i delikatnie przemycona informacja w tle, ze pod naszymi nogami tyka bomba wielu miliardów polis i utraconych pieniędzy. Cieszę się, że nie jestem frankowiczem a polisolokatę zlikwidowałem tylko z 50% stratą.
Książka ciekawa, chociaż czegoś zabrakło. Może więcej zróżnicowania? Autor skupił się na bankach i doradztwie finansowym. Podział na rozdziały wydaje się nieco sztuczny, większość treści traktuje o tym samym. Mimo to czyta się dobrze. Warto się zapoznać, a później sto razy zastanowić się przed podjęciem decyzji w banku.
Książka jest efektem rozmów z pracownikami banków, firm ubezpieczeniowych i doradcami finansowymi. Poznajemy mechanizmy sprzedaży i kulisy transakcji. Dowiadujemy się jakim małym trybkiem w tej machinie jesteśmy i że chodzi tylko o nasze pieniądze. Chciwość w czystej postaci.
„(…) Umawiasz się z klientem, żeby udzielić mu kredytu, ale przecież możesz mu sprzedać ubezpieczenie na życie, ubezpieczyć kredyt albo sprzedać jakiś instrument inwestycyjny. Dasz mu kredyt na dom, ale część tego kredytu wydasz na jakiś instrument finansowy. Zbajerujesz go, że strzaska tyle kasy, że kredyt mu się spłaci sam. Nie chce go ubezpieczyć? To mu powiedz, że to jest obowiązkowe… inaczej nie dostanie kredytu. Wybrał już mieszkanie, czeka na kasę, chce się wprowadzić. Myślisz, że będzie z Tobą dyskutował czy wykupi ubezpieczenie? Nieetyczne? W tabelkach nie ma takiej rubryki. Jest tylko rubryka: Kowalski sprzedał za milion, a Nowak za tysiąc. Kto jest fajny?”. Tamże, s. 44.
„MAIL WEWNĘTRZNY: KIWKA NA SPRZEDAŻ ROR – do obowiązkowego zastosowania na każdym spotkaniu tandemowym. Doradca w trakcie spotkania omawia kwestie wynagrodzenia: DN [pracownik działu nieruchomości]: Szanowny kliencie, dla klientów, którzy nie mają historii współpracy z naszą firmą, wynagrodzenie za usługi pośrednictwa w obrocie nieruchomościami wynosi 2,9 proc. netto wartości nieruchomości i zasadniczo nie podlega jakiejkolwiek negocjacji. Musze też nadmienić, że dla naszych stałych klientów, którzy już z nami współpracują w zakresie usług pośrednictwa lub rozwiązań finansowych, ta sama usługa wynosi zaledwie 2,32 proc. Z panem jako nowym klientem mogę pracować tylko na prowizji 2,9 proc., ale… W tym momencie po chwili namysłu DN zwraca się w obecności klienta do DF [pracownik działu finansowego]: A jak myślisz? Może moglibyśmy zrobić z pana stałego klienta? Gdybyśmy już dzisiaj założyli dla pana najprostszy przydatny i darmowy produkt w postaci ROR-u? Wtedy stałby się pan naszym stałym klientem, a przecież ROR na pewno się panu przyda. DF: Tak myślę, że w ten sposób moglibyśmy podpisać umowę na prowizję 2,32 proc., ale muszę wyjść i zapytać kierownika, czy to przejdzie. DF wchodzi do back office i wraca po chwili z rewelacyjna informacją, że możemy tak zrobić, a klient podpisuje ROR i umowę pośrednictwa. A wy obowiązkowo zabieracie zadowolonego klienta na viu. OGIEŃ!!!!!!!!!!!!!!!!!”. Tamże, s.198-199.
Książka składa się głównie z relacji pracowników banków różnych szczebli, pośredników i doradców finansowych, pseudodoradców oraz agentów. W przerażającej większości są to osoby pozbawione wszelkich zahamowań, jeśli w grę wchodzą pieniądze. Spore pieniądze. Żądza ich posiadania, ale też nacisku od przełożonych popychają ich do stosowania różnych chwytów i sztuczek w celu skłonienia klienta do zakupu tego, czego mu... najmniej potrzeba. Chcesz zainwestować 100 tysięcy? Świetnie! A my damy ci milion kredytu. Po co? Co z nim zrobisz? Jak to co? Zainwestujesz! Najlepiej w poliso-lokaty, żeby uniknąć podatku. Napalony klient już zaciera ręce na myśl o zyskach, kiedy okazuje się, że trzeba jeszcze założyć konto koniecznie w tym samym banku. Koszty się mnożą, ale klient... ślepnie. Drobny druk go nie interesuje. Ba! Nawet tego większego nie będzie czytał. Jak dziecko wierzy w scenkę odgrywaną przez sprzedawcę, której gotowy scenariusz dostał od szefa i wykuł go na blachę, w jego szkice rysowane odręcznie markowym piórem i przekonujące tabelki, przewidujące wyłącznie profity. Ale spokojnie, niedługo czar pryśnie, a klient zostanie z gołym tyłkiem. Za to zarobi agent. I to jest ważne. Wyda je na markowy zegarek, piękną furę, drogi garnitur, prostytutki, kosztowne libacje, które pozwolą mu zagłuszyć resztki sumienia i żal po rodzinie, która mu się rozpadła. Agent dobrze wie, że nie powinien zostawać w tym samym miejscu zbyt długo. Trzeba odejść z placówki zanim wkurzeni klienci otworzą oczy i przyjdą do banku w zupełnie innym nastroju, a wtedy nie będzie już miło...
Kto za to ponosi odpowiedzialność? Czy chciwość to cecha wyłącznie pracowników banków, pośredników i sprzedawców? Czy klient wmawiający sobie, że już za kilka lat będzie panem świata z ogromną kasą pozostaje bez winy? W końcu jest dorosły, potrafi myśleć, liczyć, czytać, więc...? A może jednak nie? Gdzie w grę wchodzą pieniądze, szczególnie duże, trzeba umieć zachować zdrowy rozsądek i trzeźwo oceniać sytuację. I trzeba wiedzieć, że zwycięża silniejszy i bardziej bezwzględny.
Książka stanowi bardzo ciekawe uzupełnienie "Czasu niewolników", które dopiero skończyłam.
"Chciwość. Jak nas oszukują wielkie firmy", Paweł Reszka – 2/5
Po tytule książki miałem nadzieję poznać mechanizm działania polisolokat i innych tego typu instrumentów finansowych, na których klient może tylko i wyłącznie stracić, jednak zostało to przedstawione w bardzo ograniczonym stopniu. Książka jest pełna stwierdzeń anonimowych pracowników banków czy firm doradztwa finansowego, którzy, w dużym skrócie, piszą o tym że oszukiwali swoich klientów i że sami tak naprawdę nie rozumieli co sprzedawali. Po 1/3 książki miałem szczerą ochotę zakończyć lekturę, bo cała ta część jest poświęcona w zdecydowanej większości tego typu ogólnikowym stwierdzeniom. Zdecydowałem się kontynuować czytanie i okazało się, że pozostałe 2/3 książki to w dużej mierze to samo. Zaznaczyłem w całej książce kilkanaście interesujących mnie fragmentów i nie uważam lektury za całkowitą stratę czasu, jednak większość książki jest bardzo powtarzalna. Jeśli komuś wydaje się, że bank czy doradcy finansowi rzeczywiście działają w interesie klienta, lektura ta może to zmienić; jeśli natomiast ktoś zdaje sobie sprawę z tego, że instytucje finansowe działają tylko i wyłącznie w swoim interesie, książka ta w większości będzie dla niego stratą czasu.
To dobry, interesujący reportaż dla każdej osoby, która rozważa lub rozważała kiedykolwiek wzięcie na przykład kredytu. Byłyby 4 gwiazdki, ale w połowie lektury uświadomiłam sobie, że książka skupia się w większej części na mechanizmach sprzedaży i marketingu różnych form inwestycji oraz na sprzedawcach, którzy "wciskali" ten towar klientom (tu od razu przypomniał mi się "Zwał" Shutego), więc tytuł jest dla mnie trochę mylący. Naprawdę warto jednak przeczytać - zarówno w celach edukacyjnych, jak i uświadamiających. I warto się nad naszą zbiorową chciwością pozastanawiać po tej lekturze.
Świetna książka o systemie, w którym jedyną wartością jaką ma człowiek jest to, ile można z niego wycisnąć. I nie dotyczy to tylko klientów banków, ale też jego pracowników. Przygnębiające, ale czyta się świetnie, łącznie z końcowym słowniczkiem. Forma - krótkie wypowiedzi pracowników banków - jest smakowita i czuć różnorodność języka, doświadczeń i podejść. I im głębiej w ten świat czytelnik wchodzi, tym bardziej mu żal - bo ten system niszczy nawet gorliwych wyznawców.
Autor wybrał sobie bardzo ciekawy (i gorący) temat książki. Niestety nie wykorzystał jego potencjału. Cała książka to tak naprawdę zapisy rozmów z anonimowymi pracownikami na różnych stanowiskach w instytucjach finansowych, przeplatane korespondencją pomiędzy nimi. Wszystkie rozdziały są do siebie podobne, pomimo odrębnych tytułów. Zabrakło mi w tej książce zgłębienia tematu; wszystko jest w zasadzie oparte na rozmowach o bardzo podobnej treści.
Świetna książka skupiona na przemyśle ubezpieczeniowo-kredytowym (generalnie prostych produktach finansowych dostępnych w polskich bankach). Wiele rozmów o tajnikach sprzedaży, legalnego wpływania na ludzi, relacji między pracownikami i sumieniu, które nie pozwala spać. Świetna przestroga przed "doradcami finansowymi" w tradycyjnych bankach i mocna lekcja o tym, jakie mechanizmy są wykorzystywane do manipulacji nami- klientami. Wartościowe!
"Sprzedać, sprzedać jak najwięcej i jak najdrożej, przegonić konkurencję. Mówiąc wprost, należy naciągać i oszukiwać klientów. Żeby sprzedawać dużo i drogo, trzeba jechać po bandzie - pokazywać tylko jasną stronę produktu, nie wspominać o ryzyku, nie martwić się, że kogoś nie stać na jakąś inwestycję. To nie są jednostkowe przypadki naciągania klientów - to system."
Było trochę chaotycznie i miałam wrażenie, że podział na rozdziały był trochę sztuczny. Natomiast co to treści to cynizm i nastawienie na pieniądz jest przerażające. Banki nie są instytucjami charytatywnymi i ich głównym celem jest zysk, ale skala oszukiwania klientów jest zatrważająca.
Czyta się szybko i z zaciekawieniem. Książka skupia się na mechaniźmie sprzedaży polisolokat i udzielaniu kredytów we frankach i tym jak wiele rzeczy było robionych nie tak jak powinno. Spodziewałem się trochę większej liczby motywów.
Ciekawe ale autor jest trochę stronniczy. Mogło to być bardziej skoncentrowane niż takie chaotyczne i urywkowe bo od pewnego momentu różni rozmówcy powtarzają to samo innymi słowami.
Książka pokazuje, jak wielkie firmy wykorzystywały niewiedzę ludzi na tematy prawne i finansowe oraz chciwość zarówno pracowników, jak i klientów. Kredyty, pożyczki, polisolokaty - kto tam by czytał umowy ich dotyczące.
Przeczytałam/przesłuchałam książkę za jednym posiedzeniem! Na razie tylko w audiobooku, ale mam w planach kupić wersję papierową i pozaznaczać istotne fragmenty ;) Szybko mi się czytało, a czy mną wstrząsnęła treść? Raczej nie. Niestety. Miałam przyjemność raz przez miesiąc pracować w sprzedaży (również z szablonem rozmowy z potencjalnym klientem, ze spotkaniami motywacyjnymi itp)... to był najgorszy miesiąc w życiu. Naprawdę podziwiam ludzi, którzy są zniszczeni psychicznie przez swoją pracę, a dalej w niej trwają... No ale do sedna, Paweł Reszka przeprowadza rozmowy z pracownikami banków; doradcami finansowymi. Odsłania kulisy umów kredytów we frankach, omawia z byłymi pracownikami jakie były kruczki prawne, albo też jakie chwyty były stosowane, żeby po prostu wcisnąć klientom kredyt walutowy. Poruszana jest też szeroko kwestia polisolokat. Wszystkie rzeczy są objaśniane, tak na "ludzki język", tak, że nawet osoby nie związane z finansami, ekonomią będą w stanie zrozumieć o co chodzi w książce. Myślę, że mogę polecić tą lekturę osobą zastanawiającym się nad kredytem. Jakimkolwiek ;) Jak wiadomo porad w internecie zawsze znajdziemy dużo, ale z tego reportażu sporo się dowiemy na co zwracać uwagę, jak nie dać się zrobić w przysłowiowe bambuko :)
Słusznie, że ta książka została napisana, niemniej celuje ona w sektor finansowy, a tymczasem ujawnia głównie patologie panujące w systemach sprzedaży, choć właśnie na przykładzie sektora finansowego. Tytuł trafny. Książka jest dość wyważona, opiera się głównie na wywiadach z pracownikami sektora finansowego zajmującymi się sprzedażą (na różnych szczeblach - od sprzedawców/pośredników do dyrektorów), przez co prezentuje ich doświadczenia i subiektywne opinie. Czasem jednak brakuje odniesienia do sytuacji obiektywnej bądź skonfrontowania opinii poszczególnych rozmówców z faktami - to w pewien sposób dzieje się dopiero w 'Słowniczku' na końcu książki. W trakcie czytania miałem mieszane uczucia i jak dla mnie jest to książka o niewykorzystanym potencjale niezwykle gorącego tematu.
Honest written conservations of what banks, financial undertakings, insurance companies and other of such do to sell their products and how unprofitable it is for clients.
Dobra ksiazka. Zly asekurancki tytul. Jest o bankach i tylko bankach. Ja tez sprzedawalem ten syf, tez widzialem wciskanie kitu, szczescie, ze chyba nie bylem w tym zbyt dobry lol... bo sie po pol roku zwolnilem. Zadnych frankow nie sprzedawalismy, ale polisolokaty i owszem. Och te czasy... W sumie nie wspominam najgorzej. Ciekawe doswiadczenie. Sprzedawac nauczylem sie tam i troche mi to potem pomoglo.
Ech. Nie mieści się w głowie. Na wielu poziomach. Z obrzydzeniem myślę teraz o wszelkich okołokredytowych spawach, a swoja umowę przeczytam na dniach od deski do deski. Technicznie książka trochę gubi się w treści - podział na rozdziały jest dosyć sztuczny, a niektóre wypowiedzi osób na tyle podobne do siebie, że niepotrzebne. Ale i tak trzeba przeczytać.