To jest opowieść o dorastaniu. To jest opowieść o stracie. I o magii. O chłopcu w czerwonej pelerynie, który miał na imię Nic i był czarodziejem. O poszukiwaniu skarbów i zabawach w umieranie. O kocie, który nie chciał zostać Szarikiem, sercu napędzanym mechanicznym słowikiem i Dziadku z wąsami Hitlera. O śwince Marysi, która zjadła tęczę, o wszystkich bogach rzeki i Babci, która zmieniła się w drzewo. O karmieniu grobów, pladze biedronek i o tym, dlaczego koniec świata zaczął się w Niebie. To nie jest bajka o śmierci. `Wszystko zdarzyło się mniej więcej naprawdę`, jak pisał Kurt Vonnegut w `Rzeźni numer pięć`. Prawie na pewno to prawda.
Na końcu wąwozu, tuż przed polanką na której zimą zjeżdżało się na czympopadnie, stała ceglana, kwadratowa budowla. Częściowo zburzona, wypełniona gruzem i przypadkowymi śmieciami była dla nas kryjówką, bunkrem, wciąż odkrywaną tajemnicą. Wystarczyła jedna łuska po naboju znaleziona w jego okolicy, by do dziś pozostał dla mnie dziwnym, powojennym bunkrem z tragiczną historią zakończoną rozbiórką w środkowym kapitalizmie. Tutaj porośnięte sosnami zbocza wąwozu obniżały się i tuż obok mieliśmy odrobinę równej (jesteśmy w śródgórskiej okolicy) łąki, na której rąbaliśmy w gałę. Dorośli dopuszczali nas już do oglądania wraz z nimi mistrzostw świata w piłce nożnej, ale my chcieliśmy własnych mistrzostw. Czasem byliśmy Brazylią, czasem Włochami, niechętnie Tunezją, a już z pewnością nie byliśmy Polską. Może teraz tarzające się po trawiastych nieorlikach dzieciaki są Polską, myśmy nie byli. Nie chcieliśmy też być Niemcami, w końcu wszystko wokół było poniemieckie a tajemnicze autokary, które z rzadka zatrzymywały się na niszczejącym Placu Odrodzenia (sic!), budziły w nas grozę zmieszaną z podekscytowaniem. Nawet w nazewnictwie miejscowym niejedno Kohlau przemianowano na Koło (o oficjalnej nazwie Osiedla Grunwaldzkie dowiedziałem się przed chwilą, guglując stare zdjęcia). Było sielsko, radośnie i nawet wielka powódź nas ominęła, choć było to lato pamiętne ze swych niesłychanych deszczy. Nasz świat się rozszerzał - z obszaru kilku ulic do prawie całego miasteczka, od jednego lasu koło domu po szczyty widoczne na horyzoncie. Rozszerzała się też gorycz, jaką niosło ze sobą wyniszczające wszystkich bezrobocie i upokorzenie tworzone przez tzw. strefy ekonomiczne, które prały mózgi skuteczniej od biedaszybów, z których więcej legendy podobnej złotemu pociągowi niż prawdy przeciekło do mediów. Były matki-samobójczynie, matki-zmarłe-na-raka, znienawidzeni ojcowie, miłości pokątne, przepędzane przez dorosłych. Dramaty na skalę naszego świata, a więc potężne i silne, z dylematami etycznymi godnymi Sofoklesa. Ale to było nasze, mimo świadomości, że to ułomny świat, w którym królują przemoc i nienawiść. I chęci ucieczki. W moim przypadku całkiem udanej. W świecie podobnym do tego dzieje się książka, która zrobiła na mnie piorunujące wrażenie.
Krótko teraz i po harcersku. Przeczytałem “Sztuczki” Joanny Lech dwukrotnie i jest to najlepsza polska proza, jaką w tym roku miałem przyjemność czytać. Może chwilami męcząca, nie dająca się przeczytać na dwie herbaty, ale dzięki temu zyskująca siłę rażenia. Literatura, w której nikt mnie nie oszukuje sztuczkami, które już się zgrywają. Proza prawie mistrzowska.
Pokolenie, które pamięta reklamę Kukuruku, powoli stwarza własny język mówienia o świecie. Ci odrobinę starsi próbują na swoich przykładach stawiać diagnozy dotyczące społeczeństwa i zmian, jakie obserwowali (Masłowska i Wilk jako wielkie socjolożki czasem męczą). Ci w moim wieku przyglądają się bardziej sobie, nie wychodzą za daleko, badają teren i zagarniają niewiele, choć objąć mogą cały świat. Wychowani na oczekiwaniach rodziców, bajce o awansie społecznym przez wiedzę i wytrwałą pracę nad sobą, obserwujący starszych kolegów i koleżanki uwikłanych w kredytowy krach, wycofujemy się do tego, co możemy zmienić i co możemy przeżyć. Mając na wyciągnięcie ręki cały świat, korzystamy z niego by się komunikować, ale szukamy zakorzenienia w lokalności, naszości, bliskości. Wychowani przez ludzi, którzy zastanawiali się czy lepszy od Wałęsy jest Tymiński, poszukujemy alternatyw i znajdujemy je nie w wolności rynkowej, a w bliskości, powszechności z odrobiną niesamowitości. Częściej wybieramy skromniej i mniej, może dlatego w tym pokoleniu widać powrót do opowiadań, do form mniejszych a precyzyjniejszych. Joanna Lech to pokazała w książce, którą musicie poznać, choćby po to by się ze mną nie zgodzić.
Często, czasami zupełnie nieświadomie, bagatelizujemy dziecięce emocje i doświadczenia. Zapominamy o tym, jak ważny jest to okres. Świat jest ogromny. Świat jest przerażający i skomplikowany. A my dopiero uczymy się go rozumieć. Przeżywamy pierwsze razy, świat za każdym rogiem ma nam coś nowego do oferowania. Z perspektywy dorosłego to same możliwości, ale z perspektywy dziecka wielka niewiadoma. Suma tych pierwszych razów, często będzie punktem odniesienia w życiu, doświadczeniem formującym.
Do takiego dziecięcego i nastoletniego świata zabiera nas Joanna Lech w „Sztuczkach”. To zbiór opowiadań, mikropowieści o dorastaniu. Zbiór chwil, emocji, zdarzeń, które zostają w człowieku na zawsze. Tu rozpięty między bieszczadzką wsią a miastem. Między czasem, gdy lepi się bałwana a rzuca pety w śnieg. Czasem najważniejszym, najbardziej intensywnym, ale też najbardziej naiwnym.
Lech zbiera momenty, kolekcjonuje chwile. A każdy z nich opowiada kolejną historię o dorastaniu. Raz są beztroskie, o tym jak wskoczyli na rowery i pędzili ile sił w nogach, ale zaraz kończą się picem piwa i nabijaniem lufki. Więcej, szybciej, bardziej intensywnie, aby zdobyć doświadczenia. Tylko jeszcze nie wiadomo po co. Niewinna zabawa w „Czterech pancernych”, aby poznać pierwsze doświadczenie śmierci.
Bo śmierć wyznacza rytm w „Sztuczkach”. Śmierć kota, śmierć przyjaciela, śmierć babci. Każda z nich przybliża nas do uświadomienie sobie własnej śmiertelności. Bo jeśli dojrzewasz, to w końcu musisz też umrzeć. Nie ma jedno wydarzenia, jedno kroku, który wykonuje się w kierunku dorosłości. To suma małych kroczków, drobnych rozczarowań i kolejnych pierwszych razów, które przybliżają nas do tego.
Ale to nie jest bajka o śmierci. Są też inne pierwsze razy. Pierwsza miłość, bo w końcu postanowiłaś się zakochać. Czy była jak z bajki? Niekoniecznie, bo gdy podszedł do ciebie, akurat wycierałaś kupę spod buta. Jest pierwszy wstyd, czerwone policzki. Pierwsze strach, ale taki prawdziwy, że nie wiesz, co robisz na świecie. Że wszystko jest obce i nie rozumiesz.
Lech pisze czule, ale nie tkliwie. Trzeba kochać bohaterów i świat w jakim żyją, aby go tak opisać. Poprzez szczegóły, momenty, chwile zbudować relacje, możliwość wymiany doświadczenia. Bo nie liczy się to, czy wydarzyło się to naprawdę. Tylko czy czujemy, że mogło się wydarzyć. I czujemy, że ten świat jest prawdziwy, składa się z obrazów i zapachów. I chcielibyśmy do niego należeć, choć wiemy, że nie jest wieczny.
W „Sztuczkach” jest mnóstwo chwil i obrazów, w których możemy poczuć się znajomo. Lech pisze o sprawach prostych, zdarzeniach przyziemny, ale pisze pięknie. Opowiada przez zapachy chwil, kolory, odgłosy. Buduje świat, który pędzi, bo dorasta. Ale przygląda mu się niespiesznie, wręcz zachłannie, aby jeszcze na moment w nim zostać.
Sprawdźcie czy odnajdziecie kawałek siebie w tej prozie. Mimo, że krótka jest niespieszna, wciąga i otula.
To nie jest zła książka, ale chyba nie dla mnie - za dużo śmierci i umierania. Do tego proza pełna abstrakcji, historii pomieszanych jak we śnie. Nie da się jej połknąć za 1-2 dni, pomimo że ma tylko 150 stron. Najfajniejsze były historie z dzieciństwa na wsi, wakacji u dziadków i wujostwa - można się s nimi utożsamić.