Każdy od czegoś zaczynał swoją przygodę ze światem książek. Moja bardziej poważna relacja z fikcyjnymi bohaterami rozpoczęła się co prawda od Wattpada, którego kiedyś poleciła mi kuzynka. Zaczęłam coraz częściej zaglądać do tej aplikacji, ale do dziś pamiętam, jakby to było wczoraj, jak bardzo byłam szczęśliwa, gdy w szkolnej szatni powiedziałam mamie, że mam nową książkę na wieczór. Mama rzadko czytała mi książki na dobranoc, ponieważ tego nie potrzebowałam i też nie oczekiwałam tego codziennie. Jednak, kiedy już to robiła, słuchałam jej głosu jak zaczarowana i nigdy nie lubiłam momentu, w którym nadchodziła pora spania. Te chwile miały w sobie coś wyjątkowego, poczucie bezpieczeństwa i bliskości, które dziś wspominam z ogromnym sentymentem. Wypożyczyłam wtedy książkę „Wróć, Alfiku!”. Jest to historia o pewnej parze, ich psie oraz dziecku, które ma się wkrótce pojawić na świecie. Gdy maleństwo przychodzi na świat, Alfik nie otrzymuje już tyle uwagi co wcześniej, przez co zaczyna rozrabiać. Właściciele nie potrafią sobie z nim poradzić i podejmują decyzję o oddaniu psa. Piszę tę recenzję jeszcze przed ponownym sięgnięciem po tę historię, ale doskonale pamiętam emocje, które mi wtedy towarzyszyły, ja, cała czerwona, z potokiem łez na twarzy, przeżywająca smutne losy Alfika, i mama, której oczy, ku mojemu zdziwieniu, nawet nie zaszkliły się od łez. Dla mnie, osoby niemal pełnoletniej, nie jest to już najlepsza forma rozrywki. Zaczynam dostrzegać powtarzalność schematów i podobieństwa między jedną historią a drugą. Jednak dla tej małej mnie, która dopiero odkrywała świat książek, była to opowieść pełna emocji, ucząca empatii i wrażliwości. Nieważne, ile będę miała lat i nieważne, co będą mówić inni, raz na jakiś czas wciąż będę sięgać po takie książki. Robię to nie tylko z sentymentu, ale też dla tej młodszej wersji siebie, która zakochała się w czytaniu i która wciąż na to zasługuje.