Małe miasteczko na kresach w czasie I wojny światowej. Kiedy do miasta wkraczają Niemcy, mieszkańcy ukrywają przed rekwizycją dzwon, zwany „Florianem”. Na tle akcji z dzwonem toczą się wątki obyczajowe. Dziedzic Alfred Rupejko kocha się z wzajemnością w Bronce, wnuczce dziadka Wereszczyńskiego. Wkrótce idzie do legionów. Po pewnym czasie Niemcy opuszczają miasto, które zostaje z kolei zaatakowane przez Armię Czerwoną. Jednak na odsiecz przybywają legioniści... „Florian z Wielkiej Hłuszy” to ciekawa i wciągająca od pierwszego akapitu lektura.E-book w języku polskim.
Na początku ustalmy pewne fakty - Florian to rzeczywiście dzwon (dobrze, że nie cymbał czy inny dzban). Piękny okaz sztuki ludwisarskiej, ufundowany przez królową Bonę, wisi teraz sobie (i dzwoni) w Wielkiej Hłuszy. Ze względu na wojnę, mieszkańcy postanowili uchronić Florka przed nieuchronną zagładą, chowając go przed wojskiem. Sprawa niestety nie jest jednak prosta, ponieważ Florian swoje waży, a że na diety odchudzające jest już za późno, akcja ratunkowa musi ulec modyfikacji.
Książka z tych patriotycznych łopatologicznie, nigdy jej specjalnie nie lubiłam.
P.S. Jak zawsze muszę dodać trochę swojej prywaty: nasza czaszka, na której uczyłam się anatomii na pierwszym roku, miała na imię Florian. Ale nie mogę zdradzić, po kim miała to imię :P 5/10