To było zadziwiająco lepsze niż poprzedni tom. Może dlatego, że "Sieciech" ma połowę objętości "Słowo i miecz" i nie zdążyłam zmęczyć się stylem. Ale też konstrukcja - chociaż wciąż retrospektywna - nie daje gwarancji, co się stanie z bohaterami i w związku z tym funkcjonuje pewne napięcie. Było kilka zaskakujących momentów (największy zaskoczeniem było to, że Bolesław IV przestał być sodomitą, kiedy fabuła tego wymagała). Nie wiem, czemu Sieciech jest w podtytule powieści, nie wysuwa się na pierwszy plan bardziej niż inni - bo znowu mamy bohatera zbiorowego, wyznawców rodzimych bogów, niedobitki dawnych kapłanów, którzy już nie tyle chcą powstrzymać zwycięski pochód chrześcijaństwa, co utrudniać chrześcijanom życie, głównie mącąc politycznie. Sieciech praktycznie znika w drugiej części powieści, co wychodzi fabule na dobre. Jeśli już te dwa tomu powinny nazywać się "Ślepy demon i Kościej". Wracają Andaj i Pukis (czego się nie spodziewałam), postaci kobiece mdleją albo są w połogu w kluczowych momentach, bo autor nie wie, co z nimi robić (co mnie nie dziwi). I lubię, kiedy powieść, którą analizuję, zawiera własną wykładnię ideologiczną (to nie są dawni bogowie! to rodzimi bogowie!), bardzo ułatwia mi to pracę.