Co ukrywa Summer? jest jedyną książką z tej serii, do której nigdy nie dotarłam w czasach, gdy święciła triumfy na moich półkach. Czemu tak się stało? Nie wiem, może czułam, że z niej wyrosłam, a może hasło "Afganistan" w opisie trochę mnie przeraziło (nie lubię i nigdy nie lubiłam, gdy ktoś wykorzystuje wojny i ludzkie nieszczęście jako tło dla romantycznej historii).
Mam wrażenie, że trochę straciłam, bo ta książka pod wieloma względami najlepsza ze wszystkich. Wydaje mi się, że jest to kwestia tego, jak warsztat autorki się zmienił oraz jak przez lata ewoluował gatunek young adult i tego typu romanse.
Zostawmy sobie słodkie na koniec i przejdźmy szybko przez to, co mi się nie podobało:
1. Wątek Victora. Czekałam na niego jak na zbawienie przez całą serię, bo sam Victor jest najbardziej enigmatycznym z braci Benedict i byłam ciekawa, jak rozwiąże się jego wątek. Fakt, że większość z tego dzieje się jeszcze przed rozpoczęciem akcji powieści, a na samą fabułę przypada tylko sprzątanie konsekwencji niezmiernie mnie rozczarował.
2. Hal Robinson. This dude, I can't. Niemal każdy z głównych love interestów w tej książce był bucem albo toksykiem, ale ten to bije ich wszystkich na głowę. Naprawdę nie rozumiem sympatii autorki do tworzenia facetów, którzy działają na zasadzie "kto się lubi, ten się czubi" i są straszliwie kontrolujący.
3. "Główny" (poza oczywiście romansem) plot - strasznie poszatkowany i mega dużo się tu dzieje, a samej końcowej (ostatnie 120? stron) przez dłuższą chwilę trochę nie rozumiałam.
Ponarzekałam sobie i basta. Teraz dobre rzeczy.
Przede wszystkim Summer. Chciałoby się rzec, moje słoneczko, o ironio. Zdecydowanie najlepsza ze wszystkich bohaterek. Tak bardzo... jakaś, tak bardzo inna pod względem charakteru od wszystkich poprzednich. Niezwykle podobał mi się jej portret psychologiczny i to, jak podchodzi do życia. Cały czas miałam wobec niej cały garnek współczucia i wsparcia. Uwielbiam też jej relację z nestorem rodu Benedictów - Saulem. Była tak przeurocza aaaaa. Saul jest takim ojcem, którego chcieliby mieć absolutnie wszyscy i serce mi mięknie gdy myślę o tym, jak wiele wsparcia oferował Summer i jak szybko zaczął ją traktować jak rodzoną córeczkę (plus omg to, że wszyscy bracia Benedictowie podjęli to od razu - rozpływam się).
Na plus zasługuje też napięcie między Summer i Halem. O ile tego drugiego szczerze nie lubię, o tyle bardzo podobała mi się dynamika między nimi, ich przepychanki i żarciki i ta jedna bardzo dobra, romantyczna scena.
Wreszcie, na ogromne wyróżnienie zasługuje końcówka. Tak, wiem, że w rubryczce "nie lubię" też ją umieściłam, bo fabularnie jest dość... nijaka i prosta, ale OMG, w końcu wielka bitwa dobra ze złem, Benedictowie i Spółka kontra największe zło? No błagam, chyba wszyscy na to czekali. I fakt, że pojawili się złole z pierwszej i drugiej części!!! Mega mi się podobało, jak ta historia zatoczyła koło.
Czuć mocno, że wszystkie wątki, które mogłyby w tym uniwersum się pojawić zostały rozwiązane. Ostatecznie cała ta seria wychodzi mocno na plus, jako taki odmóżdżacz, nawet mimo tego, jak bardzo stereotypowe są pierwsze części. Czuć zmianę w tych książkach na przestrzeni lat i bardzo się z tego cieszę, bo stanowiły one naprawdę dużą część moich wczesnonastoletnich lat.