To jest chyba niezła, a może i nawet dobra książka, ale zupełnie nie dla mnie. No, w połowie, bo druga połowa jednak trochę mnie zaciekawiła - ale mimo to z pewnością nie jest to coś, do czego będę wracać.
Mam wrażenie, że Tołstoj się mylił i że jest dokładnie odwrotnie, niż twierdził: to wszystkie nieszczęśliwe rodziny są do siebie podobne. Ileż można czytać historie o niekochanym dziecku, które wynagradza to sobie, uciekając w świat fantazji? Czuję się trochę podle z tym zarzutem, bo ta książka ma być niby na poły autobiograficzna, więc pewnie, niech każdy sobie pisze takie pół-wspomnienia, jeśli chce - ale ja nie mam zbytniej ochoty tego czytać.
Coś tu jest bardzo nie tak z wiekiem bohaterów. Przez większość powieści Adri ma bodajże 11 lat, Gawryła jest o parę lat starszy, ale czytając o nich, widziałam ich jako może 7-8-letnie dzieciaczki. Poziom oderwania głównej bohaterki od rzeczywistości jest aż niewiarygodny. Byłoby to słodkie i urocze, gdyby była pięciolatką, jak na początku tej historii, ale na litość, toż to już prawie nastolatka. Jak na mnie albo autorka spaprała sprawę i przypisała Adri (a już na pewno Gawryle!) nie ten wiek, co trzeba, albo główna bohaterka plasuje się gdzieś w szerokim spektrum autyzmu. To by wiele wyjaśniało. Nie wiem tylko, czy było zamierzone.
Chyba nie lubię takich głęboko introspektywnych książek, w których wszystko kręci się wokół głębokiego życia wewnętrznego jednej osoby. Zwłaszcza jeśli tą osobą jest niedojrzała emocjonalnie dziewczynka, która mówi zagadkami, nie potrafi porozumiewać się ze światem i w jednej chwili oburza się, że traktują ją jak głupią, a w drugiej dowodzi, że naprawdę nie rozumie nic z tego, co dzieje się wokół niej. Czy może raczej: rozumie tylko na jakimś intuicyjnym poziomie, ale nie potrafi tego przeanalizować. Może to kwestia tego, że nie polubiłam jakoś szczególnie głównej bohaterki, więc przez większość czasu towarzyszyło mi uczucie z gatunku "No dobrze, doczytam, skoro już zaczęłam - ale tak szczerze, Adri, to co mnie to wszystko obchodzi?"
No i oczywiście, że musiało się to skończyć tak, jak się skończyło, no po prostu MUSIAŁO. Ugh.
PS. Jak tak teraz o tym myślę, dużo bardziej zaciekawiły mnie historie wszystkich bohaterów pobocznych: ojca, Cristiny, Isabel, Teo, Niani Marii, Edouardy... Ale zostają praktycznie urwane, w dość przypadkowych momentach, kiedy kończy się główny wątek powieści. Zwł. w przypadku Edouardy ciężko mi to zrozumieć: w pierwszych rozdziałach jest kreowana na bardzo ważną postać, która odegra wielką rolę w życiu Adri, by potem zniknąć bez śladu i pojawić się tylko na samym końcu. Co za marnotrawstwo interesujących bohaterów!
PS2. Muszę dopaść kiedyś tę bajkę o Królu Kruków - coś mi się zdaje, że to może być klucz do głębszego zrozumienia tej powieści.
PS3. Trochę lepsza znajomość najnowszej historii Hiszpanii też by pewnie nie zaszkodziła. Biorę pod uwagę możliwość, że umknęła mi tu niejedna aluzja, którą czytelnik - w przeciwieństwie do Adri - miał zrozumieć.