Już sam opis z okładki fascynuje i zaciekawia. Nie co dzień czyta się książkę, która ewoluowała z biegiem czasu i zmieniała swą treść. Jest kilka rozdziałów dopisanych przez autora, głównie w latach 40. XX wieku. Na szczęście wydawca zatroszczył się o to , by czytelnik mógł z łatwością zauważyć dopisywane przez Arkadego Fiedlera rozdziały. Zostały one wyróżnione zarówno przez odmienną szatę graficzną, jak i odpowiednie przypisy.
A skoro wspomniałam już o szacie graficznej, to trudno nie skomentować przepięknego wydania wydawnictwa Bernardinum, serii Poznaj Świat. Książka prezentuje się świetnie. Rzadko mi się zdarza, że trzymam książkę w rękach i nie mogę zabrać się za czytanie, bo przez ładnych kilka minut podziwiam okładkę, kolorystykę, wklejkę, zdjęcia... cudowną formę, w którą ubrana została treść.
Ale na szczęście nie sama forma jest tu piękna.
Muszę przyznać, że nie spodziewałam się aż tak bogatej i różnorodnej treści. Sam język i styl autora posiada tę niezwykłą moc przeniesienia czytelnika do minionej epoki, na odległy kontynent, do kanadyjskiej puszczy. Daje szansę wczucia się w tamten klimat i mentalność ludzi.
Przedstawiony jest dość wyczerpująco (jak na literaturę podróżniczą) zarys historyczny. Poruszone zostały takie tematy, jak: kolonizacja Kanady przez Anglików i Francuzów, stosunki Europejczyków z rdzennymi mieszkańcami, relacje między różnymi plemionami Indian, historia (znanej z kreskówki Disneya) Pokahontas- indiańskiej księżniczki. Przedstawione zostały też sylwetki kilku Polaków, którzy mieli dość duży wpływ na rozwój architektoniczny czy polityczny Kanady.
Książkę momentami czyta się jak publikację historyczną, czasem jak tomik poezji (z uwagi na używany przez autora piękny, poetycki język do opisu przyrody), jednak w przeważającej części jest to po prostu świetna i ponadczasowa przygodówka. Wraz z autorem i jego kompanami podróży przemierzamy puszczę, płyniemy canoe rzeką Oskelaneo na północ Kanady, uczestniczymy w polowaniach, śpimy pod namiotem, poznajemy różne gatunki zwierząt, dowiadujemy się w jaki sposób bobry stały się symbolem Kanady. Ale wróćmy do polowań... Są one opisywane dość obrazowo i wylewnie. Niewątpliwie trzeba być na to przygotowanym i mieć na uwadze czasy, w których książka została napisana. Opis odławiania niedźwiadka przez Gerarda, porwanie malucha niedźwiedzicy, by móc go sprzedać naprawdę mną wstrząsnął. Jednak wspomniane też zostało jak natura odpłaciła się wspomnianemu łowcy.
Autor opisuje też ciekawą historię sprowadzenia do Ameryki nowego gatunku zwierząt. Biolodzy i politycy z wielkim entuzjazmem prześcigali się w okazywaniu gościnności skrzydlatym gościom z Europy, by po kilku latach dowiedzieć się czym może skutkować nieprzemyślana decyzja i gmeranie w ekosystemie. Miłość do nowego, niepozornego gatunku zwierząt przerodziła się w tym przypadku w żywą nienawiść i zorganizowane tępienie szaro-burych, nieświadomych swej roli, stworzonek. Warto wyciągnąć z tego lekcję. Brak lub obecność jednego gatunku w danym ekosystemie może zmienić bardzo wiele...