„Dożywocie” podobało mi się bardzo, a „Nomen omen” zachwycił. Do tego moja własna prywatna narzeczona jest hiperfanką „Dożywocia”, co objawia się tym, że niezmordowanie powtarza, że Licho nie śpi, Licho kicha i wzdycha tęsknie za Krakersem, zwłaszcza, kiedy to jej kolej kroić cebulę albo zmywać. Mieszkanie z hiperfanką sprowadza się do niecierpliwego odkreślania dni dzielących nas od premiery. Potem następuje premiera i podkradanie sobie nawzajem domowego egzemplarza, żeby czytać na wyścigi, która pierwsza skończy (wygrałam! Najszybsze oczy na Dzikim Wschodzie!).
I z taką nadbudową, z takim oczekiwaniem, z takimi oczekiwaniami… nie jestem zachwycona. W dalszym ciągu to miła komedyjka, ale trzeba przyznać, że czegoś tu brakuje, a czegoś było nadmiar. W dalszym ciągu podobało mi się, ale nie wbije się w pamięć tak, jak „Dożywocie”. Poza tym bardzo podoba mi się przesłanie, rodzina paczworkowa, kolektyw, trzeba wioski, aby wychować dziecko itp., naprawdę fajnie, tylko nie wiem, co konkretnie nie wyszło. W „Nomen omen” Kisiel udowodniła, że może stworzyć zabawną, spójną, trzymającą w napięciu powieść. W „Sile niższej” zasadniczo nic się nie dzieje, brak konfliktu, napięcia, osi akcji. Ot, zbiór scenek połączonych emocjonalnym rozmemłaniem bohaterów, co trochę drażni w okolicach sto pięćdziesiątej strony, bo chciałoby się wiedzieć, o czym się czyta. Jakimś cudem Konrad był jeszcze bardziej irytujący. Fakt, że ktoś taki jest głównym bohaterem jest dla mnie nie do przejścia, bo to dokładnie ten typ człowieka, którego usunęłabym ze znajomych na fejsie, zablokowała użytkownika, zrobiła cokolwiek, żeby pozbyć się toksycznej szumowiny ze swojego życia, które i bez tego jest dość trudne i skomplikowane. Trudno mi więc zdobyć się na sympatię, współczucie, zrozumienie, o identyfikacji z bohaterem nie wspominając. Zwykle widzę, że Konrad występuje w danej scenie i coś we mnie krzyczy „UMRZYJ”. Do tego Kisiel uparła się, żeby być zabawna, co stępiło jej dowcip. Każde zdanie – każde, a nawet równoważniki zdań – muszą być zabawne. Stężenie dowcipu na stronę jest powalające i przez to – łatwo zgadnąć – tak jakby nieśmieszne. I czasem niekomunikatywne. Nie ukrywajmy, to nie Dostojewski, to książka, którą z czystym sumieniem czyta się w tramwaju albo pod ławką na zajęciach. Z konieczności operując przy tym podzielną uwagą, żeby nie przegapić swojego przystanku. Tu łapałam się na tym, że w niektórych zdaniach pojęcia nie miałam, co właśnie czytam, bo więcej tam było przydawek i przymiotników niż sensu. Innymi słowy – „Sile niższej” przydałby się czerwony długopis Carmilli. Bardzo.
(Swoją drogą, jeśli „Siła niższa” jest po korekcie, to aż się boję myśleć, jak wyglądała przed).
Mam też personalny problem z robieniem z żołnierzy Wermachtu, martwych czy nie, pozytywnych postaci. Ciekawe jak się będzie rozwijać relacja pomiędzy nimi i tymi dybukami, które mają się wprowadzić.
Nie wspominając o tym, że pojechało kliszą „zamróź kobietę dla męskiego angstu” jako głównym motorem fabularnym i nie jestem w stanie nawet wywrócić oczyma tak bardzo, jak ten motyw na to zasługuje.
Z tego całego narzekania można wysnuć wniosek, że mi się nie podobało. Cóż, jestem rozczarowana, bo wiem, że mogło być lepiej, bo Kisiel stać na więcej. Ale zasadniczo, pomijając nazistów i męski angst, czyli pomijając bardzo, BARDZO dużo, było spoko. Przy kilku dowcipach zaśmiałam się w głos, a w gruncie rzeczy o to chodziło. Cthulhu jest zawsze miłym akcentem. Nie mogę powiedzieć, że mi się nie podobało, bo hiperfanka się rozpłacze i przesoli obiad. Więc. Podobało mi się. Ale nie aż tak bardzo jak inne książki Kisiel, co jest smutne, bo nie lubię obserwować tendencji spadkowej u lubianych autorek. Może więc pora, żeby Kisiel zmieniła klimaty i wzięła za coś innego niż mnożenie Konradowskich problemów. Bo znam fiki do Lichotki 2.0., które robią to lepiej.